Curry lepszy od Hardena, Warriors nadal bez przegranej

Starcie Warriors – Rockets było rywalizacją dwóch niepokonanych do tej pory drużyn. Przed spotkaniem w Toyota Center gospodarze wygrali sześć kolejnych meczy, a ekipa z Kalifornii odniosła cztery zwycięstwa. Jasne zatem było, że któraś z tych serii będzie musiała się skończyć. Na parkiecie swoją wyższość nad Rakietami pokazali podopieczni Steve’a Kerra pokonując Houstończyków 98:87.

 

Faworytem meczu byli goście, bowiem w ekipie Teksańczyków zabrakło przeziębionego Dwighta Howarda oraz kontuzjowanych Terrence‚a Jonesa oraz Patricka Beverly‚ego. Wśród przyjezdnych nie mógł zagrać David Lee, co i tak znacznie bardziej stawiało w kłopocie Kevina McHale’a, któremu wypadło aż 3 graczy z wyjściowego składu.

Rockets jednak wcale nie mieli zamiaru usprawiedliwiać się brakiem wspomnianej trójki i szybko pokazali, że nie mają zamiaru położyć się przed przeciwnikiem. Świetnie w mecz wszedł Isiah Canaan, który szybko uzbierał 8 pkt, aby pierwsze 12 minut skończyć z 10 oczkami. W ekipie z Oakland pierwsze skrzypce grali Green i Curry, jednak ich starania w pierwszej odsłonie nie przynosiły zamierzonego efektu i to gospodarze prowadzili czterema punktami na jej finiszu.

W kolejnej części gry na słowa uznania zasługuje gra wysokich podkoszowych. O ile jednak Andrew Boguta trzeba pochwalić za grę „na desce”, tak Danatas Motiejunas znakomicie spisywał się na dystansie – trafiając dwa razy za trzy punkty. Bardzo dobrze w ekipie Wojowników prezentował się w trakcie II kwarty Andre Uguodala. Popularny „Iggy” dwa razy zaskoczył rywali zza łuku, a do tego oczywiście był pewnym punktem w obronie swej drużyny.

Run 9:2 w końcówce pierwszej połowy pozwolił nieco odskoczyć Rakietom i po 24 minutach prowadziły one 56:48.

Druga połowa to już jednak czas dominacji Golden State Warriors. Przez kolejne dwie kwarty pozwolili rzucić Houstończykom tylko 31 punkty, gdy sami zdobyli ich 50. Fantastyczną partię rozgrywał Steph Curry, który zakończył zawody z 34 oczkami (6 na 9 za 3 pkt). To on rozstrzelał praktycznie sam oponentów w końcówce spotkania i zapewnił tym samym 5 wygraną w bieżącym sezonie.

Kluczem do wygranej była jednak nie tylko fenomenalna dyspozycja Currego, ale także dominacja Boguta pod tablicami. Australijczyk skrzętnie korzystał z absencji Dwighta Howarda łatwo radząc sobie pod koszem z rywalami. Pewnie 8 punktów w jego wykonaniu wrażenia nie robi, ale już 18 zebranych piłek powinno.

W Rockets kiepską skuteczność zaprezentował  natomiast duet Harden – Ariza. Lider Rakiet był wprawdzie najskuteczniejszym strzelcem w swej drużynie, ale do uzyskania 22 pkt potrzebował oddać aż 24 rzuty, aby trafić ich ledwie 8. Jeszcze gorszy mecz zaliczył Ariza. Na 16 prób trafił tylko 3 razy, przy czym celu nie doszedł dziś żaden z jego 6 rzutów za 3 pkt.

Jasnym punktem ekipy McHale’a był natomiast Canaan, który pokazał, że śmiało można zapomnieć w Houston o Jeremy Linie. Gracz ten zagrał najlepszy mecz w swej karierze (jak do tej pory) rzucając 21 punktów i zbierając 4 piłki.

Dla Warriors seria 5 wygranych to najlepszy start sezonu od 20 lat. Przypomnę, że w sezonie 1994/95 też rozpoczęli rozgrywki od bilansu 5-0, a ich trenerem był wówczas Don Nelson. W ich składzie grali wówczas tacy gracze jak Tim Hardaway, Latrell Spreewell czy też Chris Mullin. Ówczesnego sezonu jednak w Oakland nie wspominają zbyt dobrze, gdyż zakończyli go stosunkiem 26-56.

Wspomniany sezon sprzed 20 lat to dość ważny okres dla Rockets, którzy zdobyli wówczas drugie swoje mistrzostwo pod wodzą Hakeema Olajuwona i Clyde’a Drexlera.

 

GOLDEN STATE WARRIORS (5-0) – HOUSTON ROCKETS (6-1) 98-87

(25:29, 23:27, 28:13, 22:18)

S. Curry 34 pkt, A. Iguodala 15 pkt, D. Green 14 pkt – J. Harden 22 pkt, I. Canaan 21 pkt, D. Motiejunas 16 pkt.

Paweł Kołakowski

Od lat wierny kibic Houston Rockets i wielbiciel Charlesa Barkleya (głównie z czasów gry w Suns). Wychowany na transmisjach NBA w TVP2 wspominający z łezką w oku te godzinne transmisje w piątkowe popołudnia z komentarzem Szaranowicza i Łabędzia :). Ahh te lata 90-te :)

5 komentarzy

  1. Adrian89 pisze:

    I co najważniejsze Warriors jedyni niepokonani w tym sezonie – czuje siłę- Warriors- Ptb finał możliwy :)

    Tak szczerze to zachód moim zdaniem strasznie się spłaszczył.

    THunder ma szpital ale to może być za dużo – jeśli będą przegrywać na potęgę dalej.

    Spurs- nie zachwycają i o przewagę parkietu moim zdaniem będzie ciężko

    Clippers – też nie tak solidni ale z całej trójki najlepiej wyglądają.

    No i to szansa dla Warriors może i Memphis na wywalczenie przewagi parkietu. Bo W Rockets do końca nie wierzę. PTB będą blisko ale wydaję mi się bardziej realne miejsce 5-6.

    A co do meczu – Warriors odcieli trójki – nie próbowali nawet bronić pomalowanego w drugiej połowię. I Houston przestało istnieć. Ale Howard to jednak połowa tej drużyn. Daje więcej niż Harden więc nie ma co się dziwić

  2. sasoo pisze:

    No właśnie nie ma co przeżywać porażki. W pełnym składzie mecz wyglądałby zupełnie inaczej.

  3. Currose pisze:

    Poprawcie „Uguodale” xd

  4. Currose pisze:

    sasoo- nie wiadomo czy wynik byłby inny,podejrzewam że Lee dałby więcej niż Jones a Curry i Bogut poradzili by sobie z Beverleyem i DH

    • sasoo pisze:

      Howard jest w formie, więc Bogut miałby duży kłopot, Lee śmiem twierdzić w obecnych Warriors będzie dosyć zmarginalizowany i sezon zakończy w innej drużynie, a Jones z każdym treningiem się rozwija. Curry natomiast po bronionej stronie parkietu jest mniej więcej tak przydatny jak Harden, a Beverly to czołowy defensor na jedynce więc istnieje prawdopodobieństwo że Steph zagrałby słabiej. Wiem, że dużo czynników musiałoby się dla Houston zgrać, ale w optymalnych składach widziałbym ich przewagę nad Wojownikami.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *