Playoffowy Fast Break: Nigdy nie lekceważ serca (pokonanego) mistrza

Rok temu Golden State Warriors doznali być może najbardziej kompromitującej porażki w historii Finałów NBA, tracąc prowadzenie 3-1 i przegrywając mecz numer siedem na własnym parkiecie, przez kilka ostatnich minut nie potrafiąc zdobyć ani jednego punktu, a jednym z symbolicznych zagrań był niesamowity blok LeBrona Jamesa na Andre Iguodali. W Święta Bożego Narodzenia, przy okazji pierwszego spotkania tych drużyn od czerwca, Kyrie Irving ponownie trafił najważniejszy rzut w meczu, rzucając tym razem nad Klayem Thompsonem. Jakże odwrotnie potoczyły się zdarzenia przy okazji meczu numer trzy tegorocznych Finałów.

Kevin Durant był spektakularny w samej końcówce meczu, zdobywając siedem punktów pod rząd, trafiając między innymi trójkę w kontrataku nad LeBronem, która dała Wojownikom jednopunktowe prowadzenie. W odpowiedzi grający swój najlepszy mecz w Finałach Kyrie Irving postanowił nie oddawać nikomu piłki, nie zagrał jednak akcji 2-for-1 (na zegarze było prawie 40 sekund), odrzucił nawet zasłonę od J.R.’a Smitha, dzięki której mógłby rozgrywać izolację przeciwko Stephenowi Curry’emu, a nie Thompsonowi. Kilka tych złych decyzji zaowocowało słabym rzutem przez ręce fantastycznego w tym meczu (jak i w większości serii) po obu stronach parkietu Thompsona, wolnymi Duranta, ale Cavs mieli jeszcze jedną szansę.

Tyronn Lue rozpisał niezwykle prostą akcję, w której po jednej zasłonie Tristana Thompsona Irving miał wyjść na czystą pozycję do rzutu za trzy, a jeśli nie miałby dobrego rzutu, to Thompson stawiał już w tym czasie kolejną zasłonę, dla stojącego w rogu Smitha. Problemy pojawiły się dwa – Warriors (Klay i Draymond Green) nie mieli problemu z właściwym odczytaniem zamiaru Cavs, a sami gracze Cleveland zbyt wolno przeprowadzili całą sytuację, przez co Kevin Love był zmuszony do szybkiego podania piłki i na ich szczęście przytomnie do podania wyszedł James. Na ich nieszczęście, nie patrząc na kryjącego go Andre Iguodalę próbował wyjść w górę próbując oddać nieprzygotowaną trójkę i doświadczony defensor gości po prostu wybił mu piłkę z rąk. Sfrustrowany James wiedział, że ten błąd pozbawił ich szans na zwycięstwo.

Te dwie świetnie wybronione przez najlepszych 1-na-1 obrońców Warriors mogą być gwoździami do trumny Cavs, którzy są teraz w najbardziej beznadziejnej sytuacji, jaka tylko była możliwa. Były to też mini-rewanże zarówno Thompsona, jak i Iguodali zarówno za spotkanie w Cleveland w tym sezonie regularnym, jak i za ubiegłoroczne Finały, które tak jak największych mistrzów – zmotywowały ich do jak najszybszego odzyskania tytułu mistrzów NBA.

W samej drugiej dekadzie XXI wieku mieliśmy już aż 3 sytuacje, w których zespół jednego roku przegrywał Finały, a już kolejnego rehabilitował się i zdobywał tytuł. Miami Heat LeBrona Jamesa nie zapomnieli o porażce z Dallas Mavericks w 2011 roku, przeciwnie – mówili o niej od samego końca lokautu, do końca finałowego starcia z Oklahomą City Thunder. To samo robili po absolutnie wyczerpującej psychicznie porażce z 2013 roku San Antonio Spurs, którzy nie chcieli odciąć się od pojedynku, w których przegrali wygrane już praktycznie Finały (The Shot Raya Allena w Game 6). Chcieli rewanżu i chcieli, by na ich drodze stanęli Heat, których pokonali potem w 5 spotkaniach. Aż w końcu Cleveland Cavaliers, rok po Finałach w których nie mieli do dyspozycji swoich dwóch gwiazd, zrobili jeden z najbardziej imponujących comebacków w historii i wygrali pierwsze mistrzostwo w historii klubu. „Don’t ever underestimate the heart of a champion” to jeden z najlepszych koszykarskich cytatów i w tym przypadku pasuje jak znalazł.

Warriors są na dobrej drodze, by zostać kolejnym zespołem odpowiadającym na porażkę i widać niesamowicie jak bardzo chcą, nie tyle pokonać Cleveland, co ich po prostu zesweepować. Widać to po wielu graczach. Draymond Green dopiero w meczu numer trzy dostał swój pierwszy faul techniczny w tej serii i choć ma często problemy z faulami, to w niezwykle wyważony (jak na siebie) sposób reaguje na ściągnięcie go na ławkę rezerwowych. Klay Thompson pokazuje, że nieważne od tego czy trafia rzuty, czy nie – jego priorytetem w tej serii jest obrona Kyriego Irvinga i potraktował to jako osobiste wyzwanie. Stephen Curry wzmocnił się fizycznie przed rozpoczęciem tego sezonu, za cel postawił sobie dobrą grę w playoffach i oprócz popisów w ataku, robi masę „małych rzeczy” (takich jak 13 zbiórek w Game 3) i gra, jak na lidera drużyny przystało.

Niebędący częścią tej drużyny rok temu i nieposiadający jeszcze pierścienia Kevin Durant jest za to na drodze do MVP Finałów i swojego pierwszego mistrzostwa NBA. On sam jest zmotywowany perspektywą wzięcia rewanżu za przegrane Finały 5 lat temu. Wielu ludzi powie, że poszedł drogą na skróty by je zdobyć i może i mają rację. Tylko jakie to ma znaczenie? Jakie to ma znaczenie dla samego zawodnika? Jakie będzie to miało znaczenie dla postrzegania jego kariery za 5-10 lat?

Bardzo prawdopodobne, że znajdą się ludzie, którzy również wówczas będą mu wypominać, że pierścień (a raczej pierścienie) zdobył odchodząc do największego wroga, który rok wcześniej go pokonał. Równie dobrze może okazać się także, że będzie wtedy jednym z piętnastu najlepszych zawodników w historii NBA i takie opinie będą należały do rzadkości, a wygłaszający je będą klasyfikowani jako „hejterzy” – dokładnie tak jak jest teraz, w przypadku LeBrona Jamesa posiadającego już teraz trzy mistrzowskie pierścienie. Liczba ludzi krytykujących go za transfer do Miami Heat (a może raczej za sposób, w jaki to się odbyło) radykalnie zmniejszała się z każdym jego mistrzostwem, a po wygraniu pierwszego tytułu dla swojego miasta, James uzyskał status bohatera u ludzi, którzy sześć lat wcześniej palili jego koszulki.

Przykładów, jeśli chodzi o graczy z najwyższej półki w historii NBA jest więcej (super-team Celtics z 2008 roku, Heat Jamesa, Wade’a i Bosha, opisywani kilka dni temu w komentarzach Sixers z początku lat 80), ale jeden wydaje się najbardziej wyrazisty. Latem 1968 roku Wilt Chamberlain (nomen omen legenda Warriors) poprosił Philadelphię 76ers o transfer i odszedł do Los Angeles Lakers, gdzie utworzył pierwszy (lub drugi, jeśli liczyć Celtics Reda Auerbacha i Billa Russella) prawdziwy super-team w NBA, który dzięki skali talentu jest jednym z niewielu (a w mojej opinii – jedynym), który może równać się z Warriors A.D. 2017. Jerry West i Gail Goodrich (ten drugi wrócił do Lakers w 1970 roku) są przez niektórych uznawani nawet za pierwowzór Splash Brothers, nie mówiąc już o Elginie Baylorze, na którego grze swoją technikę wzorował sam Michael Jordan.

Nikt nie podważa wielkości Chamberlaina, bo wiadomo jak dużo zrobił dla rozwoju całej ligi i jej popularności. Bardzo możliwe, że tak samo będzie z Durantem. Kevin Durant ma realną szansę na stanie się w ciągu kilku lat jednym z 3-4 najlepszych niskich skrzydłowych w historii ligi i mogę się założyć, że wówczas jego transfer do Warriors będzie tylko tłem dla jego fantastycznych sezonów, jakie ma jeszcze przecież przed sobą w swojej karierze. Sam Durant zrobił w tym sezonie świetną robotę, wyciszając w swojej głowie opinie innych, a skupiając się na jednym jedynym celu – zdobyciu mistrzostwa. Będzie robił to dalej, bo nie obchodzą go i nie powinny obchodzić głosy ludzi, mówiących o nim w kategoriach zdrajcy, czy używając określeń typu cupcake.

Na koniec dnia, to kariera Duranta i jego decyzje. Czy tak samo na jego miejscu postąpiliby Russell, West, Jordan, Magic, czy Bird? Prawdopodobnie nie, choć jednoznacznie na to pytanie też nie można odpowiedzieć – każdy z tych graczy nie miał w najlepszych latach swojej kariery w swojej konferencji rywala, który rok po roku dominowałby tak, jak Warriors dominowali Zachód w poprzednich dwóch sezonach (przeciwnie – sami grali w takich dominujących drużynach). Nawet jeśli nie – jakie to ma znaczenie w kontekście kariery Duranta? KD jest w trakcie budowania swojego własnego legacy. Tak samo jak LeBron. Ani jeden ani drugi z panów nie chce być Jordanem, nie chce być Birdem, nie chce być Dr. J’em. Nie będą oglądać się na to, co robili, albo co robiliby na ich miejscu zawodnicy, grający w lidze dawno temu (w zupełnie innych realiach), bo piszą obecnie własne historie.

Pomimo bycia wrogiem publicznym numer jeden i nieposiadania tytułu mistrzowskiego, to właśnie Durant gra w tych Finałach jak mistrz, którym niedługo prawdopodobnie oficjalnie się stanie. Warriors są za to na drodze do historycznego tytułu, zdobytego po 16 kolejnych wygranych. Czy im się to uda? W myśl podawanego już przeze mnie cytatu Rudy’ego Tomjanovicha, nie powinniśmy jeszcze ostatecznie skreślać LeBrona Jamesa i kompanii, natomiast trudno sobie wyobrazić ich powrót do serii. Wygrana w meczu numer 4 jest za to całkiem prawdopodobna.

Paweł Mocek

Redaktor naczelny Enbiej.pl. Kiedy miał 12 lat obejrzał swój pierwszy mecz NBA, po czym wpadł w nałóg, z którego do dziś nie może się wyleczyć. Sympatyzuje z Miami Heat. Twórca Enbiej Insidera. Prywatnie wielki fan piłki nożnej.

16 komentarzy

  1. badger pisze:

    Fajny artykuł. Faktycznie, oprócz tej walki, którą widzimy, walka emocji i nerwów musi być niewspółmiernie większa…
    Opinia na temat transferu KD wydaje się wyważona i pod tym względem podoba się mi. Dorzucę jednak taką tylko myśl w związku z tworzeniem super drużyn… Po prostu trochę odbiera to i kibicom, a myślę, że i samym zawodnikom, radości z niepewności, kto naprawdę okaże się najmocniejszy…. Ilość talentu w lidze jest zawsze ograniczona. Ale gdy się kumuluje zamiast rozkładać równomiernie to mamy w sezonie szereg nudnych meczy, w których od początku „zagadką” jest jedynie rozmiar porażki „średniaka” przeciwko „gwiazdozbiorowi”… A nawet w play off jedyną niespodziankę mogą sprawić – o zgrozo! – kontuzje, błędy sędziów, wykluczenia z gry…
    W historii NBA był okres takiej dominacji Boston Celtics (1957-1966) – 10 tytułów mistrza dla Celtics… osobiście nie chciałbym doczekać takich powtórek…
    Przepraszam, za retrospekcje do lat dziewięćdziesiątych i początku dwutysięcznych, do których nader często odwołują się wspominający je ciepło kibice w średnim wieku, ale czy nie emocjonujące było to, że rozkład „gwiazd” gwarantował naprawdę niespodziewaną rywalizację? A w meczu gwiazd było co najwyżej dwie osoby z tej samej drużyny?
    Przykłady:
    Rockets: Olajuwon
    Jazz: Malone/Stockton
    Spurs: Robinson, potem + Duncan
    Blazers: Drexler
    Bulls: Jordan/Pippen
    Knicks: Ewing
    Pacers: Miller
    ….
    Ci ludzie robili różnicę w każdym meczu. Obecnie nie wiem co powinna zrobić liga, ale jeśli chce podnieść atrakcyjność gry, to dobrze byłoby zadbać o bardziej równomierny rozkład sił.
    Pozdrawiam!

  2. magik4i4 pisze:

    Po to jest salary cap. Golden State wykorzystują swoje 5 minut, za 2, 3 lata może się skończyć dominacja

  3. FanNBA pisze:

    Tworzenie super teamów jest rzeczą naturalną bo to przybliża do tytułów choć ich nie gwarantuje … tak było jest i będzie mimo licznych ograniczeń w wynagrodzeniach draftach itd…. jedna uwaga do artykułu WARRIORS wygrywają bo są lepsi koszykarsko grają bardziej zespołową i wszechstronną w ataku koszykówkę…. same gwiazdy jeszcze nie dają zwycięstwa … poza tym GSW mają lepszą obronę i to nie tylko 1:1 ale też w mojej prywatnej opinii lepszych trenerów pod względem taktyki i reakcji na to co się dzieje na parkiecie … stąd wynik … chciałbym 4:0 bo to zmotywuje inne zespoły do grania jeszcze lepiej żeby bić Mistrza :)

  4. cynik pisze:

    Dobry, wyważony artykuł. Bardziej niż w NBA irytuje mnie dominacja jakiegoś zespołu w piłce nożnej.
    Włoch: 6 tytułów z rzędu Juve (któremu kibicuję od dziecka); Niemcy: Bayer 5 tytułów z rzędu. Hiszpania: W ciągu ostatnich 10 lat: 3 tytuły Realu, 6 Barcelony (też kibicuję jej od ponad 20 lat) , 1 Atletico. W Angli jest już lepiej, ale też jest to taki zamknięty krąg: Chelsea, MC, MU. Jakimś fuksem udało się wygrać ostatnio Leicester City.

  5. bazyl pisze:

    Śmieszą mnie teksty tworzenie super drużyny to zło! Ludzie ogarnijcie się ZłO to wydanie 100baniek na kontrakty dla zawodników i 15 wygranych. To jest dramat. A GSW życzę by im ósma drużyna WC skopała tyłki :) a w roli głównej widzę KAT.
    Mnie zastanawia co wymyśli cwany Danny Ainge i Brad Stevens i za kogo oddadzą jedynkę w drafcie. Bugie? Paul George? Boston bardzo na plus w tym sezonie ale bez wzmocnień progresu nie będzie. Ja bym wyłuskał od Pelikanów Bugiego potrzeba więcej trójek więcej asyst i zbiórek. A za dwa lata George nie koniecznie do LA :( Boston to też świetne miejsce do gry :) a na zachodzie zawsze będzie ciężko wbić nawet do WCF

  6. Emigrant pisze:

    Propsy za artykuł, aczkolwiek mam obawy, że obrona Duranta ze strony Pawła Mocka troszeczkę jest wynikiem jego (autora) młodego wieku, bo mniemam, że nie urodził się jak np. ja w 1980r. Za czasów chociażby końca XXw. nie tylko koszykarze, ale ogólnie mężczyźni mieli jaja, charakter, honor, czego coraz bardziej brak w obecnych czasach. Kevin jest niezaprzeczalnie świetnym zawodnikiem i wydaje się być normalnym, skromnym gościem, ale ja muszę przyznać, że jak Lebrona nie szanowałem, tak od 2 lat ma mój respekt, natomiast Durant go stracił. Nie można mieć pretensji do GSW za poziom jaki osiągnęli i ich pozycję w lidze, bo tam są tylko wychowankowie, do których dołączył MVP ligi i to jednak uznaję za miękki ruch. Jeśli CP3 nie mógł dołączyć do LAL swego czasu, to dlaczego pozwolono na podpis Duranta? Brak logiki, choć wiem, że te sytuacje kontraktowo są jednak odmienne. Jordan miał charakter i pokazywał go na parkiecie, nie posiłkując się GMem – jak choćby James. Grał z tym co miał i walczył. Lebron prosi o więcej szefostwo, Durant dołącza do najlepszej ekipy w historii i co ja mam myśleć o dzisiejszej lidze? Weak ass pussies! Chcesz wygrać to pracuj nad sobą i pokaż wyższość, a nie idź na łątwiznę i łącz się w supergrupy – takie moje zdanie. Rozumiem ruchy Karla Malone’a czy np. teraz Davida Westa – chcieli mieć na koniec kariery pierścień, bo gdy byli w prime-time zwyczajnie walczyli. Kevin i Lebron byli (są) na to za młodzi i dlatego ja będę zawsze pamiętał te słabe ruchy…

    • Paweł Mocek pisze:

      Rozumiem i szanuję opinię, natomiast nie rozumiem użycia słowa „obawy”. Czemu są to obawy? Urodziliśmy się w innych czasach, więc to oczywiste, że punkty widzenia są różne. Nie ma się tu czego obawiać, trzeba to po prostu zaakceptować, bo ile ludzi, tyle opinii.

    • ruffneck pisze:

      Trochę dziwne są Twoje wywody.
      Wszystko się zmienia, cała koszykówka się zmienia ale superdrużyny były robione zawsze. Żeby przypomnieć chociażby Showtime lakersów jeśli pamiętasz lata 80.
      Teraz rządzą Big 3 – Boston 2008-2013, Miami. A Cavs ? oddali 2 pierwsze picki w drafcie żeby dostać Love’a i stworzyć swoją Big 3. A potem tylko dopisywał weteranów. To nie jest budowanie superdrużyny ? on ma twój szacunek gdzieś, odszedł do miami, zobaczył jak zbudować zespół który będzie w stanie wygrać mistrza, wrócił do Cavs bo widział co się dzieje w Miami. chory Bosh, kulawy Wade, a w Cleveland – młody Irving, 1 pick i rodzina. Wrócił. Ale zaraz powiedział – oddawaj młodego Wigginsa do Soty, ja potrzebuję następnej gwiazdy.
      Lakersi chcieli zrobić to samo, najpierw próbowali z CP3, potem z Howardem – nie wyszło.
      Spurs to też superdrużyna – Duncan, Parker, Ginobili, teraz Leonard, Aldrige i chcą CP3.
      Durant to wszystko wiedział i odszedł tam, gdzie miał największą szanse na mistrza.
      Nie rozumiem co w tym złego.
      Czy może miał iść do Sacramento, żeby podnieść ich beznadziejną organizację?
      mistrzów się nie krytykuje.

  7. mrph pisze:

    Świetny tekst, który idealnie podsumowuje wojny w komentarzach, jakie toczą się od paru tygodni na temat Duranta.

    @Emigrant
    Sytuacja z CP3 była inna – wtedy drużyną zarządzała NBA. A nawiązania do lat 90… cóż, inne czasy, zupełnie inne pieniądze i inne podejście do gry. Koszykarze wychowywani byli wtedy w innych warunkach, nic nie „było dane”, pojęcie rywalizacji znaczyło o wiele więcej. Ale obecna koszykówka też ma plusy, jak choćby taki, że jest szybsza, dla potencjalnego kibica sportowego ciekawsza, podczas gdy „tamte” czasy docenić może przede wszystkim koneser. No, ale to temat to zupełnie innej dyskusji :)

  8. bazyl pisze:

    to były czasy:) Jordan skopał tyłki złym chłopcom i to było piękne

  9. Lolkoski pisze:

    Fajny komentarz i w pełni zgadzam się z tym że GSW są mega zmotywowani w PO – widać, że zapomnieli o rekordach , statystykach indywidualnych itp. na rzecz powrotu na szczyt.
    Ok skład mają mega mocny , ale też widać, że mają tylko jeden cel i czekali na PO żeby odpalić

  10. trochę się ogarnijcie z bulem DUPY pisze:

    cynik.
    ty czytasz co piszesz? bayer leverkusen wygrał 5 razy mistrzostwo z rzędu? brawo, brawo. ligi mistrzów nie oglądasz bo nie masz o piłce i drużynach ŻADNEGO pojęcia, mylisz nawet drużyny. jesteś zwykłym frustratem onanistą

    • magik4i4 pisze:

      Wyluzuj chlopie. Zwykły chochlik zjadł „n”, kazdy wie o co chodzi

    • cynik pisze:

      Kolo, ale mi dowaliłeś. Chyba się nie podniosę. Chłopcze piłkę nożną to ja zacząłem oglądać, gdy ty po drabinie na dywan wchodziłeś. Nie chce mi się zniżać do Twojego poziomu. Jak magik4i4 zauważył to był zwykły chochlik. Mogłem to poprawić, ale wiem, że tu piszą i czytają ludzie na poziomie i będą wiedzieć, że chodzi o BAYERN. Swoje pomyje i żale wylewaj gdzie indziej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *