Playoffowy Fast Break: Dwie kwarty w dwóch meczach zabiły Boston w Waszyngtonie, świetna seria Spurs-Rockets

Washington Wizards rozegrali w meczu numer cztery swoją najgorszą pierwszą połowę w serii z Boston Celtics – w ataku pozycyjnym popełniali stratę za stratą, John Wall nie dostawał się pod kosz i pudłował z półdystansu, w obronie gubili się na seriach zasłon bez piłki gości i oddawali łatwe rzuty spod kosza, na dodatek Isaiah Thomas trafiał trójki sprzed nosa obrońców. A i tak na koniec połowy był remis, dzięki obudzeniu się Walla w końcówce drugiej kwarty, kilku szybkim atakom przy powolnie wracających się Celtics i ponowieniach akcji po zbiórkach w ataku.

Nie potrafię rozgryźć tych Celtics od samego początku playoffów. Na początku w centrum była rzecz jasna tragedia Isaiaha Thomasa, ale potem wydawało się, że po czterech wygranych z rzędu znaleźli swój styl i rytm, którym wygrali w tym roku Wschód. Wygrali nawet jeszcze dwa kolejne mecze z Wizards, przedłużając serię zwycięstw do sześciu, ale już wtedy nie grali jak faworyci i napisałem wówczas, że nie zdziwi mnie, jeśli do Bostonu pojedynek ten wróci przy stanie 2-2. Coś jest z nimi nie tak i nawet Brad Stevens wydaje się nie mieć pełnej kontroli nad tym, co się dzieje.

W czterech kolejnych meczach, Stevens nie mógł się zdecydować, czy grać small-ballem z Geraldem Greenem, czy powalczyć na tablicach z Amirem Johnsonem i wystawiał ich na zmianę w pierwszej piątce. W Game 3 od początku zagrał Green, w Game 4 Johnson. Co stało się w meczu numer jeden pamiętamy – Celtics popełniali mnóstwo strat w ataku w pierwszej kwarcie, Wizards karcili ich za to w kontratakach, Isaiah Thomas grał dużo bez piłki i nie dostał szansy na wzięcie spraw w swoje ręce i właściwie po pierwszej odsłonie było już po zawodach. Jedna kwarta.

W meczu numer 4 Celtics rozpoczęli spotkanie zdecydowanie lepiej – szczególnie w defensywie – i utrzymywali dobrą formę też w drugiej kwarcie… a i tak na jej koniec był remis. Nie wiem, czy w trzeciej kwarcie uderzyło ich zmęczenie, czy to Wizards aż tak podkręcili tempo – ale mieli w niej deja vu z pierwszej kwarty Game 3. Straty niesamowicie pressowanego po zasłonach Thomasa i po niecelnych podaniach, mnóstwo punktów Czarodziejów w kontrataku i pół-kontrataku, świetne czytanie gry przez Walla, który podejmował właściwie same dobre decyzje. Powietrze uszło z Celtów jak z balonika. Druga kwarta i drugi mecz.

Dlatego przewaga parkietu może być w tej serii kluczowa. Boston nie grał dobrze na przestrzeni pełnych 48 minut w żadnym ze spotkań u siebie, ale potrafił w kluczowych momentach czerpać energię z trybun, a co może ważniejsze – wyssać tą energię z drużyny Wizards. John Wall nie był sobą ani w drugiej połowie Game 1 ani w czwartej kwarcie i dogrywce Game 2. Wyglądał na zmęczonego – tak samo jak Celtics przez 5 z 6 kwart granych w Waszyngtonie (nie liczę czwartych kwart, bo były to garbage-time).

Jeśli miałbym jednak obecnie zaufać któremuś z zespołów, że wygra mecz na wyjeździe, to byliby to Wizards. Kelly Oubre wróci na mecz numer 5 i nie jestem wcale przekonany, czy to taka dobra wiadomość dla Wizards – Celtics mogą ukrywać na nim w obronie Thomasa, a jego gorąca głowa nie skutkowała tylko wyrzuceniem z parkietu w Game 3, ale również w liczbie fauli, jaką popełniał w pierwszych dwóch spotkaniach, szybko wpuszczając Boston w bonus i robiąc problemy swojemu trenerowi z konstruowaniem rotacji, wtedy jeszcze pozbawionej Iana Mahinmiego.

Coś jest jednak niepokojącego w tych Celtics i bez kolejnego wielkiego meczu Isaiah Thomasa może być im ciężko wygrać Game 5.


Która z pozostałych serii jest trudniejsza do przewidzenia, jeśli chodzi o jej rezultat? Patrząc na cztery pierwsze mecze, wydaje się, że jednak pojedynek Spurs z Rockets. To, jak bardzo nie da się do końca przewidzieć, co się stanie w kolejnym meczu jest świetne i nieco osładza nam playoffy, w których próbujemy się tylko oszukiwać, że nie skończą się one rywalizacją Tego (Nad)człowieka z Tą (Nad)drużyną.

Realizatorzy transmisji z Game 4 w kilku momentach zrobili zbliżenie na spokojną, ale jednocześnie jakby zrezygnowaną twarz Gregga Popovicha po trójkach Rockets z nie do końca otwartych pozycji i przez resztę dnia zastanawiałem się, co on mógł wtedy sobie myśleć? „Pieprzę to i jadę w Bieszczady”, czy raczej „U nas już tak nie będą trafiać, cwaniaczki”?

Obrona Spurs była dużo lepsza niż w Game 1, a i tak Rockets w pierwszej kwarcie zrobili im powtórkę właśnie z pierwszego meczu tej serii. Trafiając trójki z dość trudnych pozycji i narzucając szaleńcze tempo tak zniecierpliwili Spurs, że ci ponownie dali się wciągnąć w wymianę szybkich akcji i nieprzygotowanych rzutów. Bardzo dobrze zareagowali jednak w drugiej kwarcie, wracając do swojego spokojnego ruchu piłką, który kompletnie rozbił obronę Rakiet i otwierał im pozycje do rzutów za trzy. Rockets nieco się wystrzelali i wydawało się, że mamy mecz.

Ale wtedy przyszła trzecia kwarta. Spurs zmieniali krycie na pick-and-rollach Hardena, ten trafiał trójki przy wątpliwej jakości obronie LaMarcusa Aldridge’a i znajdował kolegów po minięciu pierwszym krokiem, a ci – na czele z Erikiem Gordonem – tym razem nie zawiedli. Rockets grali już nie tak szybką jak w pierwszej kwarcie, ale bardzo mądrą koszykówkę, wykorzystując to, co dawała im obrona rywali. Po drugiej stronie parkietu lepiej kryli strzelców i nawet przy kilku lay-upach, które przez to oddali, matematyka była po ich stronie. Rakiety samymi trójkami – znowu wcale nie takimi łatwymi – wypunktowali ich w tej części meczu (24-23, łącznie było 34-23) i choć Spurs się nie poddawali, to na nic się to nie zdało, przy kontynuacji bombardowania na początku czwartej kwarty.

Mecz numer 3 i druga kwarta meczu numer 4 pokazały jednak, że Spurs są w stanie przetrwać nawałnicę Rockets, jednak muszą to robić przez co najmniej 2 i pół kwarty, żeby wygrać spotkanie. Dlatego nie stawiam ich na straconej pozycji, bo po kontuzji Nene dostali narzędzie, z którego muszą skorzystać – Rockets w wydłużonych minutach z Andersonem na „piątce” będą niezwykle wrażliwi w obronie, będzie mnóstwo zmian krycia w tym ustawieniu i Ostrogi muszą to wykorzystać – zarówno grając Kawhi’em Leonardem w pick-and-rollu, jak i LaMarcusem Aldridgem w grze tyłem do kosza. Ważne w obu przypadkach są przede wszystkim szybkie reakcje, następujące jeszcze przed podwojeniami graczy Houston, z czym mieli problemy w Game 4.

Niech to trwa do Game 7!

Paweł Mocek

Redaktor naczelny Enbiej.pl. Kiedy miał 12 lat obejrzał swój pierwszy mecz NBA, po czym wpadł w nałóg, z którego do dziś nie może się wyleczyć. Sympatyzuje z Miami Heat. Twórca Enbiej Insidera. Prywatnie wielki fan piłki nożnej.

3 komentarze

  1. pop pisze:

    co tu napisać, Spurs muszą zagrać na wysokiej skuteczności i trzymać się wyniku, wtedy mają szanse ale raczej w 7 niż 6 meczach, Pop na pewno wiązał spore nadzieje w Parkerze który nie zawiódł, teraz pewnie sam trochę nie wierzy w ostateczny sukces, szkoda że nie docisnęli na 3-1 byłoby po sprawie, a tak nerwówka do końca, z drugiej strony jak rakietom nie idzie to COTY D’Antoni nie specjalnie ma pojęcie co robić i przeważnie spokojnie się przygląda porażce

    game 5 stawiam 60/40 na Spurs, jak to przegrają to mogą do Houston lecieć w rezerwowym składzie albo posłać tam Austin Spurs

  2. Islandor pisze:

    Świetny artykuł. Go spurs!!!

  3. Elwood pisze:

    Fajna analiza. Więcej takich proszę :-)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *