Boston (Wildcats) Celtics 1997-98

Jest niedzielne popołudnie i tych z Was, którzy aktualnie nie mają nic ciekawszego do roboty (bo chyba nie będziecie oglądali meczu TVN-TVP) zapraszam do podróży w czasie małym koszykarskim wehikułem, który zabierze nas w lata 1997-98. Miejsce Boston, a dokładnie miejscowa drużyna Celtics, która wówczas powstawała jak feniks z popiołów i próbowała nawiązać do wcześniejszych sukcesów.

Drużyna prowadzona przez Ricka Pitino nie należała do krezusów ligi. Był to typowy średniak ligowy z młodymi i zdolnymi graczami na dorobku, uzupełnionymi o kilku bardziej doświadczonych koszykarzy. Niezwykle ciekawa wydaje się być sama postać trenera. Tak tak! to ten sam trener, który w zeszłym roku z uczelnia Louisville zdobył mistrzostwo ligi NCAA. Kilka lat wcześniej, nim jeszcze trafił do Celtów, był szkoleniowcem innej uczelni ze stanu Kentucky – Wildcats. Tym samym miał miejsce bardzo ciekawy proceder, gdyż w przeciągu kilku lat szeregi Bostonu zasiliło paru graczy występujących w Kentucky właśnie pod skrzydłami Pitino.

MercerSama przygoda z NBA wybitnego coacha akademickiego nie zdała egzaminu i w 2001 ostatecznie został on zwolniony przez włodarzy klubu z ówczesnej Fleet Center. Podobnie sprawa miała się w zbliżonym czasie z Johnem Caliparim, który także nie podbił ligi z New Jersey Nets.

Wracając jednak do Bostonu to patrząc na ich kadrę z sezonu 1997-98 można dojść do podobnego wniosku, jaki wysnułem kiedyś analizując skład Baby Bulls. Gdyby szkielet pozostał niezmieniony to śmiem twierdzić, że w niedługim czasie mogliby się oni liczyć w walce o najwyższe laury na wschodzie.  Fundament ekipy z Bostonu wyglądał następująco:

ANTOINE WALKER – młody Antoine to istny diament koszykarski, który miał życie u stóp. Kiedy przychodził do NBA został wraz z Kobe Bryantem twarzą Adidasa. To miał być gracz, na którym przez następne lata miała opierać się gra zespołu Ricka Pitino, a obaj znakomicie znali się  z ekipy Wildcats. Gracz o niesamowitych możliwościach koszykarskich i o ograniczonych możliwościach mentalnych, które w większym lub mniejszym stopniu zatrzymały jego rozwój. Tak czy inaczej gracz pokroju all star, którym przez pewien czas faktycznie był.

CHAUNCEY BILLUPS – tego pana też chyba nikomu nie trzeba przedstawiać. W niedługim czasie stał się podporą Pistons, którzy sięgnęli szczytu, a to oznacza, że w Celtics długo miejsca nie zagrzał. Miał też sporą konkurencję na pozycji numer jeden w postaci nieobliczalnego Dana Barosa.  Ogólnie nie ugrał tu nawet pełnego sezonu, gdyż został wytransferowany do Toronto za Kenny Andersona. Kto jak na tym wyszedł wiadomo, ale wyobraźcie sobie, co by się mogło stać gdyby Mr. Big Shot pozostał dłużej w zespole Pitino.

BRUCE BOWEN – Fani San Antonio Spurs zaczynają piszczeć z zachwytu i oddają hołd jednemu z lepszych defensorów ligi – bo takowym był Bruce w barwach ekipy z Teksasu. W Bostonie szału nie robił i był jedynie zmiennikiem, któremu zdarzało się grywać w startowym składzie. Trener nie powierzał mu jakiś szczególnych ról, a to skutkowało tym, że sam gracz był cieniem siebie z lat kolejnych… Jeśli dobrze analizujecie to już trzeci gracz, jakiego wymieniłem, który po opuszczeniu ekipy Koniczynek zdobywał mistrzowski pierścień i nie był w Spurs graczem z głębokich rezerw.

google.com, pub-2915109786295953, DIRECT, f08c47fec0942fa0

RON MERCER – kolejny z wychowanków Pitino – dla mnie jednak to człowiek zagadka. Co się stało, że nie zrobił wielkiej kariery? Nie mam pojęcia – miał wszystko co tylko było mu potrzebne. Chyba to pokolenie Wildcats dotknięte było jakimś fatum, gdyż on jak i Walker z czasem popadli w przeciętność. Gracz bardzo dynamiczny, świetnie czujący się w szybkiej grze, lubił wchodzić pod kosz, troszkę gorszy na dystansie. Niestety był tylko ligowym tułaczem, gdyż najdłużej w jednym klubie w swej karierze przebywał przez 2 sezony. Zawsze gra Mercera cieszyła oko, ale niestety mało, który ze szkoleniowców potrafił zamienić to w wynik. Niestety wpada do szuflady z takimi graczami jak Darius Miles, Al Harrington, Stephon Marbury czy też Larry Hughes.

epps-walker-mercer

KENNY ANDRRSON – on akurat najlepsze lata miał już za sobą. Te przypadały mu na okres gry w Nets, kiedy to z Derickiem Colemanem tworzyli duet młodych i niepokornych. Potem już można było tylko podziwiać jego indywidualne popisy, ale nie potrafił robić pożytecznych rzeczy dla drużyny, To był największy problem tego gracza w trakcie jego kariery. Taki stan rzeczy można tłumaczyć faktem, że koszykówki uczył się na ulicy i wiele zachowań streeballowych pragnął przenieść na zawodowe parkiety. To raczej nie daje egzaminu. To już dziś wiemy, a w dalszych latach regułę tą potwierdzili Jason Williams, Sebastian Telfair czy też Rafael Alston. Magicy z piłką, których nie sposób nie kochać, ale nie nadawali się na rolę mózgu drużyny. A jeśli już to wychodziła drużyna umysłowo chora…  (czytaj bez sukcesów).

DEE BROWN – pompowane języki i konkurs wsadów… Kto to pamięta? Tak tak to Dee Brown – moim zdaniem jeden z symboli Celtów z lat 90-tych. Mimo, że w tym okresie zespół dołował to D. był sercem zespołu i prawdziwym energizerem w szatni. Niezwykle pozytywna jednostka!

DANA BAROS – gracz, który w 1995 roku załapał się nawet do ASG w Phoenix. Kieszonkowy rozgrywający ze świetnym rzutem za trzy. Urodził się w Bostonie, wychował się w Bostonie, studiował w Bostonie i grał w Celtach. W jego żyłach płynie zielona krew i to kolejny z graczy, który należał do grona weteranów starających się trzymać w ryzach młodych gniewnych ( z różnym skutkiem). Wielu ludzi zapomina o tym graczu, albo go nie docenia, a to był na prawdę bardzo dobry zawodnik. A przy tym bardzo zdolny raper…

Nie będę dorabiał żadnej ideologii, że na przestrzeni dłuższego czasu byłaby postrachem ligi. Problem polegał na tym, że odrzucano wartościowych młodych graczy, a zatrzymywano zawodników, którzy szybko zatrzymali się w rozwoju. Jeden plus to Paul Pierce, który do Celtics trafił w następnym roku i przez kilka lat do spółki z Walkerem stanowili o obliczu klubu z Massachusetts.

PS.

Dla uściślenia dodam, że w kadrze Celtów byli jeszcze Walter McCarty oraz Reggie Hanson – gracze z Kentucky.

 

Paweł Kołakowski

Od lat wierny kibic Houston Rockets i wielbiciel Charlesa Barkleya (głównie z czasów gry w Suns). Wychowany na transmisjach NBA w TVP2 wspominający z łezką w oku te godzinne transmisje w piątkowe popołudnia z komentarzem Szaranowicza i Łabędzia :). Ahh te lata 90-te :)

2 komentarze

  1. Majecha pisze:

    Super artykuł. Uwielbiam te retro sprawy :)

  2. Thegodnr12 pisze:

    Również jestem zachwycony, zwłaszcza że kibicowałem tej drużynie ze względu na trenera, ale ciągle ciągle czegoś brakowało. Ps. nawet nie pamiętałem, że tam grał Billups… wow pamieć jest zawodna

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *