Pacers wygrywają Game 3 i obejmują prowadzenie w serii

 

pacers-wizards

To nie był łatwy mecz do oglądania. Jeśli ktoś postanowił zarwać całą noc i skusić się na Game 3 pomiędzy Thunder i Clippers to mógł sobie zadawać pytanie, czy na pewno Wizards i Pacers reprezentują tę samą ligę. Koszykarze z Waszyngtonu zagrali swój najgorszy mecz w historii Playoffs i rzucili raptem 63 punkty w całym spotkaniu! Dla porównania – wczoraj Spurs do przerwy uzbierali ich 70. Goście z Indianapolis dostosowali się do tego słabego poziomu i w pierwszej połowie oglądaliśmy tragiczne widowisko. Na szczęście po przerwie podopieczni Franka Vogela zaczęli już wyglądać jak drużyna NBA i spokojnie pokonali rywali aż 85-63. Liderem Pacers kolejny raz był Paul George – autor 23 punktów, 8 zbiórek i 4 asyst, ale warto odnotować, że drugi mecz z rzędu Roy Hibbert postanowił aktywnie zagrać w koszykówkę i pomalutku zaciera za sobą tragiczne wrażenie z serii przeciwko Hawks.

 

Od początku spotkania obie ekipy miały ogromne problemy ze skutecznością co spowodowało, że oglądaliśmy seryjnie pudłowane rzuty z obu stron (8/24 Pacers i 8/27 Pacers). Gospodarze starali się zacząć to spotkanie w swoim stylu – skuteczną obroną i szybkim przejściem do ataku, które otworzy im drogę do łatwych punktów. Trzeba przyznać, że właśnie tak wyglądała gra Wizards, ale ich liderzy w osobach Nene i Beala nie potrafili się przełamać i zacząć punktować. Nie wykorzystali tego jednak goście, bo nawet Paul George, który był konstruktorem ofensywy Pacers popisał się sporą ilością spudłowanych rzutów. Wynik ciągle oscylował w granicy remisu, a zmieniło się to dopiero na 3 minuty przed końcem pierwszej części gry, kiedy to najpierw punkty zdobył Marcin Gortat, a potem po asyście Walla zza łuku trafił Trevor Ariza i Wizards wyszli na 5-punktowe prowadzenie. Wszyscy ci, którzy mieli nadzieję na jakiś chociażby malutki serial punktowy szybko spadli na ziemię. Goście w kilka chwil doprowadzili do remisu, bo najpierw trójkę trafił Stephenson, a później Paul George zdobył 4 oczka z rzędu, na co gospodarze potrafili odpowiedzieć tylko czterema z rzędu niecelnymi rzutami. Buzzera sprzed nosa George’a trafił jednak Wall i po 12 minutach gry w Verizon Center mieliśmy remis 17-17.

W drugiej części spotkania gra przeniosła się nieco bardziej w pomalowane, ale nic nie zmieniło się w aspekcie trafiania do kosza. Siedem celnych rzutów Wizards i o jeden mniej Pacers – wyglądało to jak mało śmieszny żart, który robią sobie zawodnicy obu zespołów. Wykorzystał to po cichu Roy Hibbert, który zaliczył w tej kwarcie sześć punktów i sprawił, że defensywa Wizards musiała zacząć myśleć jak zatrzymać centra rywali. Nie przyniosło to jednak żadnego efektu, bo ani Stephenson, ani George nie potrafili pociągnąć gry swojego zespołu i odjechać Czarodziejom na chociażby kilka oczek. W ataku gospodarzy kompletnie niewidoczny był za to Marcin Gortat, który w drugiej kwarcie piłkę w swoich rękach miał praktycznie tylko kiedy ją zebrał, lub jak na szczycie przenosił ją od jednego gracza obwodowego do drugiego. Nasz rodak grał jednak bardzo dobrze na desce i do przerwy zapisał na swoim koncie aż 9 zbiórek, co dawało nadzieję na potężny wynik w końcowym rozrachunku. Drugą część gry minimalnie wygrali Pacers i dzięki temu do przerwy był remis – po 34. Serio. 34-34.

Długo oczekiwane przełamanie nastąpiło wreszcie w 3 kwarcie. Koszykarze z Indianapolis przebudzili się po obu stronach parkietu i zaczęli wyglądać w miarę normalnie. Potężną trójkę z 8 metrów załadował Paul George, a chwilę później wybrał piłkę z kozła Nene i wyprowadził szybki atak, który na punkty zamienił Lance Stephenson. Goście poszli za ciosem i kolejne oczka dorzucił Vincent Kompany David West i Roy Hibbert, a Pacers zaliczyli run 11-0. Wizards wyglądali na przerażonych tym co właśnie dzieję się z ich obroną, a w ataku standardowo odpowiedzieli rywalom tylko niecelnymi rzutami Arizy, Nene i Beala. Ciężko mówić o jakiejkolwiek grze w ofensywie jeśli zespół NBA w finale konferencji trafia w 12 minut 5 razy na 18 prób. Goście natomiast poszli za ciosem i Paul George do spółki z Westem wyprowadzili swój zespół na rekordowe – 17 punktowe prowadzenie. Jeszcze w samej końcówce celną akcją (o dziwo) popisał się Wall i przed decydującą kwartą gry Pacers prowadzili 60-45.

W zasadzie to ciężko nazwać tę kwartę decydującą, bo chyba nikt łącznie z fanami Wizards nie wierzył, że ich ulubieńcy będący w takiej dyspozycji będą w stanie się obudzić i wyrwać zwycięstwo z rąk Czarodziejów. Trener Frank Vogel powoli zaczął rotować składem i wiedział, że jego zespół tego meczu już nie przegra. Czwarta kwarta to spektakl jednego aktora. Luis Scola zabawił się z defensywą rywali i rzucił im 11 punktów w 7 minut, które spędził na parkiecie. Co prawda także 11 oczek zdobył w tej części gry Bradley Beal, ale było już za późno na odrabianie strat, o czym najlepiej świadczyły smutne twarze jego partnerów. Pacers pewnie dowieźli zwycięstwo do końca spotkania i pokonali na wyjeździe Wizards 85-63 odzyskując tym samym przewagę własnego boiska.

Trzeba przyznać, że to spotkanie było mało porywające i obudzenie się Pacers w trzeciej kwarcie, oraz one man show Scoli w czwartej części spotkania, były jedynymi historiami w tym spotkaniu. Jeśli ktoś ma w pamięci grę Wizards z serii przeciwko Bulls – pełnej szybkich ataków, łatwych punktów, pięknych trójek i solidnej defensywy to dzisiaj musiał czuć się jak po zderzeniu ze ścianą. Miejmy nadzieję, że Marcin Gortat i spółka szybko zapomną o tym spotkaniu i Game 4 będzie wyglądał już normalnie. Jakby nie patrzeć przed Wizards spotkanie z serii ‚must win’ i ewentualna ich porażka może praktycznie skreślić ich marzenia o finale konferencji.

P.S Roy Hibbert is still alive.

Stan rywalizacji: Pacers 2-1 Wizards

Indiana Pacers – Washington Wizards 85-63
(17-17, 17-16, 26-12, 25-18)

Pacers: George 23, Hibbert 14, West 12, Scola 11, Stephenson i Hill po 9, Turner 4, Mahinmi 2, Turner 1.

Wizards: Beal 16, Wall 15, Ariza 12, Nene 8, Gortat 4, Temple 3, Miller 2, Harrington 2.

Krzysiek Czyż

Wierny fan Ersana Ilyasovy. Wychowany na Euro Stepie D-Wade'a i akcjach Paula Pierce'a. Kiedyś zaproszę na grilla Z-Bo. W dzień zamienia się w psychofana Premier League.

8 komentarzy

  1. Adrian89 pisze:

    „W zasadzie to ciężko nazwać tę kwartę decydującą, bo chyba nikt łącznie z fanami Wizards nie wierzył, że ich ulubieńcy będący w takiej dyspozycji będą w stanie się obudzić i wyrwać zwycięstwo z rąk Czarodziejów.”

    Ciężko nie nazwać jak dla mnie, bo zadecydowała o wyniku

    Co do meczu i serii to Pacers nie musieli się specjalnie namęczyć chwilę zagrali solidnie i to wystarczyło. Marcin to pomysłu za bardzo nie miał zostawili go w poscie to przerzucał kosza albo jakos dziwnie o kant tablicy chyba nawet rzucil.

    Ta seria przypomina mi serię Portland – Spurs. Gdzie Portland to dobrej serii wrócili znów w opinii wielu do czołówki i są w stanie easy ograć Spurs, z kolei Spurs po „słabej ” serii z Dallas gdzie każdy spodziewał się mniejszego oporu ( ja też typowałem sweep) wszyscy przed meczami z Portland stwierdzili ze to nie to samo SPurs.

    A Pacers i Spurs to nadal ekipy które mają spore szansę się ze sobą spotkać w PO. Choć do końca będę trzymał kciuki za Portland to ciężko wierzyć w wygranie w Teksasie- chyba na tą chwilę Sweep jest bardziej prawdopodobny niż wygranie na wyjeździe. Ale dopóki piłka w grze ..

  2. Barzay pisze:

    jak jeden mecz może odwrócic serię

  3. Finley pisze:

    „To nie był łatwy mecz do oglądania. Jeśli ktoś postanowił zarwać całą noc i skusić się na Game 3 pomiędzy Thunder i Clippers to mógł sobie zadawać pytanie, czy na pewno Wizards i Pacers reprezentują tę samą ligę”

    Ja zarwałem i cmokałem nad defensywą Indiany. To jest właśnie prawdziwy mecz koszykówki.

    • ale Wizards już po dwóch kwartach wiedzieli, że to nie jest ich dzień. Pacers świetnie bronili i nie dawali im zdobywać łatwych punktów(co w przypadku Wizards odcina im skrzydła), ale ani Beal ani Wall nie potrafili dzisiaj się przełamać. O Nene nie wspominając.

    • Adrian89 pisze:

      Mi też się bardzo dobrze oglądało. Ale z perspektywy naszego rodaka to ten mecz bolał bo był bezradny dziś. J

  4. Jimi pisze:

    Wkradł się mały błąd :) „W zasadzie to ciężko nazwać tę kwartę decydującą, bo chyba nikt łącznie z fanami Wizards nie wierzył, że ich ulubieńcy będący w takiej dyspozycji będą w stanie się obudzić i wyrwać zwycięstwo z rąk Czarodziejów.” Indiana może nie prezentuje się tak jak przystało na contendera, ale coś wyraźnie zaczęło znów działać, tak jak w pierwszej połowie RS.

  5. GPRbyNBA pisze:

    Ja zasnąłem pod koniec 2 kwarty. :-)

  6. amon pisze:

    Zawodnicy Wizzards wiedzieli(byli w szoku po prostu),że nie ma transmisji na Polskę,to się nie przyłożyli:-)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *