Cousins rozstrzyga losy meczu w Toyota Center

KingsZanim zawodnicy Sacramento Kings i Houston Rockets pożegnali rok 2013 i złożyli sobie życzenia noworoczne, rozegrali jeszcze mecz w Toyota Center. W lepszych humorach zabawę sylwestrową spędzili z pewnością koszykarze z Kalifornii, którzy pokonali swych rywali 110:106, a kluczowym graczem w tym zwycięstwie był Demarcus Cousins.

Na samym początku spotkania lepsze wrażenie sprawiali goście, którzy szybko objęli prowadzenie. Błyszczał Ben McLemore, a jednocześnie nie najlepsze wejście w mecz miał DeMarcus Cousins. Środkowy Kings notował głupie straty oraz  błyskawicznie złapał dwa faule i musiał usiąść na ławce.  Można to uznać za pewien punkt zwrotny tego okresu gry, gdyż drugie sześć minut to etap, który należał do Jamesa Hardena. Jego indywidualne akcje pozwoliły na chwilę dogonić wynik, ale przede wszystkim poprawić grę zespołu z H-town. Zdeterminowani Królowie szybko jednak wrzucili drugi bieg.  Za sprawą dobrej gry Jason’a Thompsona i Isaiah’a Thomasa zyskali 5-7 pkt przewagi, które utrzymali do końca pierwszej kwarty.

W dalszej części gry wynik ten w powolnym tempie topniał i gospodarze zmniejszali dystans dzielący ich od oponentów. Przyczyniła się ku temu zwiększona aktywność w ataku Dwighta Howarda, który zdobył dla Rakiet 9 z 11 punktów na otwarcie drugich dwunastu minut. Mimo wysiłków Rudy’ego Gay’a, który napędzał akcję ofensywne podopiecznych Mike’a Malone’a, Rockets dopięli swego po trójce Hardena i było po 42.  Kolejny okres gry to bardzo wyrównane spotkanie, którego obraz zaburza trochę niemrawa końcówka Teksańczyków. Ich niecelne rzuty (w wykonaniu Hardena i Howarda) przełożyły się na punkty strony przeciwnej i do przerwy to Kings prowadzili 58:52.

Na drugą połowę bardzo zdeterminowany wyszedł James Harden, który postanowił wziąć odpowiedzialność za wynik w swoje ręce. To dzięki jego kolejnym punktom, Houstończycy najpierw dogonili ponownie rywali, a następnie prowadzili grę kosz za kosz, utrzymując wynik na styku. W samej trzeciej ćwiartce lider Rockets rzucił 16 oczek i był ewidentnie kluczową postacią w szeregach gospodarzy. Z letargu spowodowanego przymusowym pobytem na ławce rezerwowych przebudzał się powoli również Cousins. Absolwent uczelni Kentucky skutecznie walczył na desce, a także zdobył 9 oczek w tej części gry. Końcówka trzeciej odsłony to jednak bardzo dobry okres gry byłych graczy Kings grających aktualnie w barwach zespołu Houston. Francisco Garcia i Omri Casspi skutecznie punktując wyprowadzili swój team na prowadzenie 86-80.

Jednak spokojnie fani Kings, wszystko co najlepsze dla widowiska miało miejsce w finiszującej odsłonie. Jako, że zbliżała się końcówka roku nie mogło zabraknąć fajerwerków. Te najefektowniejsze zaprezentował nam DeMarcus Cousins:

[youtube=http://youtu.be/3nT1_bwDzxo&w=585]

 

Goście szybko nadrobili straty i wszyscy kibice już zacierali ręce na arcyciekawą końcówkę spotkania, która zbliżała się nieuchronnie. Rewelacyjnie prezentował się Harden, po którego trójce Rockets odskoczyli na cztery punkty, a do końca spotkania pozostało pięć minut. Niestety jego koledzy nie poszli za ciosem i pozwolili rozwinąć skrzydła kieszonkowemu playmakerowi Kings w osobie Thomasa. Zawodnik rodem z Tacomy rzucił sześć kolejnych punktów po czym na minutę przed końcem meczu do głosu doszedł Cousins. Najpierw wyprowadził swój zespół na prowadzenie 105:104 (po punktach zdobytych na 56 sekund przed finałową syreną), a następnie zabrał piłkę  Hardenowi, a jego podanie na punkty zamienił Ben McLemore. W kolejnej akcji znowu piłkę stracił Harden (była to jego 5 strata w spotkaniu) i już było po meczu. Gwoździami do trumny gospodarzy były rzuty osobiste, którymi to gracze z Kalifornii przypieczętowali swoje zwycięstwo.

Marnym pocieszeniem zapewne dla samego Jamesa Hardena jest fakt, że mecz z Kings był jego najlepszym występem w bieżących rozgrywkach. Gwiazdor ekipy z Houston zdobył 38 pkt, trafiając pięć trójek, notując 10 zbiórek i dwa przechwyty. bardziej martwiło go zapewne to, że w kluczowych momentach zawiódł dziś swój zespół i głupio tracił piłkę. Dobre zawody rozegrał też Howard. Zakończył on mecz z 15 pkt oraz ośmioma zbiórkami. Trzeba jednak zaznaczyć, że w najważniejszych momentach dał się zdominować Cousins’owi.

W zgoła odmiennym nastroju niż Harden był właśnie DeMarcus Cousins, który w decydujących chwilach swymi zagraniami zadecydował o losach spotkania. To on pogrążył brodacza zabierając mu piłkę, a także punktował w końcówce meczu. Łącznie center zespołu z Sac-Town uzbierał 17 pkt, 16 zbiórek oraz 4 razy wykradał piłkę z posiadania przeciwników. Najlepszym strzelcem w ekipie gości był jednak Rudy Gay, który do dorobku zwycięzców dodał 25 pkt.

Wygrana w Toyota Center była już drugą victorią zespołu Sacramento w rywalizacji z Houstończykami w tym sezonie. Poprzednio 15-tego grudnia wygrali we własnej hali 106-91.

 

SACRAMENTO KINGS (10-20) – HOUSTON ROCKETS (21-13) 110-106

(29-24, 29-28, 22-34, 30-20)

R. Gay 25 pkt, I. Thomas oraz D. Cousins po 17 pkt – J. Harden 38 pkt, D. Howard 15 pkt (8 zb.), J. Lin 14 pkt.

 

[youtube=http://youtu.be/4DdI7re73iM&w=585]

Paweł Kołakowski

Od lat wierny kibic Houston Rockets i wielbiciel Charlesa Barkleya (głównie z czasów gry w Suns). Wychowany na transmisjach NBA w TVP2 wspominający z łezką w oku te godzinne transmisje w piątkowe popołudnia z komentarzem Szaranowicza i Łabędzia :). Ahh te lata 90-te :)

5 komentarzy

  1. Cosmo111 pisze:

    Nie ma się co czarować, tak jak Harden przez 95% czasu był nie do zatrzymania, tak totalnie spieprzył końcówkę i przegrał ten mecz Rakietom (1/6 z gry i 2 TO w ostatnich 4 minutach). Rozumiem, że jak ktoś jest w gazie i siedzi mu rzut z dystansu to się nadal próbuje, ale momentami te decyzje Brodacza są dość mało mądre, przez ręce to się w crunch time powinno unikać rzutów….
    Swoją drogą starterzy Houston znów grube minuty, ciekaw jestem czy ich McHale nie zajedzie…

  2. woy pisze:

    Wygraną Kings obstawialem w ciemno;-)sugerowałem podczas Power Rankingu.

  3. Mario pisze:

    Groźne potrafi być Sacramento, a w związku z brakiem większych szans na PO obstawiam, że będą uprawiać taki koszykarski trolling. Tzn. zaliczą wtopę z Bobcats czy Jazz, by następnie umilić życie drużynom pokroju Miami, Houston czy San Antonio (wprawdzie przegrali, ale walka była). Jeśli dorzucą z 2-3 ludzi bardziej ogarniających defensywe za rok powinni już powalczyć o „8”.

  4. sasoo pisze:

    Glupio gra to Houston i zaczyna mnie to denerwowac, a Harden ma zbyt duzo tej pewnosci siebie. Moze H-Town wymieni Asika i Lina na Rondo+Lee :) Zyczenie noworoczne, bo chyba ktos musi zabrac Hardenowi pilke z rak, przynajmniej na troche.

  5. sebson pisze:

    Houston gra strasznie nierówno. Potrafi wygrać 5 meczy pod rząd by następnie przegrać 3 kolejne!!! W ogóle jest problem z stabilizacją poprawnej gry poszczególnych graczy. Przykłady: Lin po powrocie 1 mecz w miarę, 2 następne super, po czym kolejne to znowu cienizna. Howard i Harden podobnie raz ok, następnie do bani, po czym średnio. Jedynym graczem S5 grającym równo na swoim poziomie jest Parsons. Jakoś nie do końca pasi mi ta ich gra.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *