Thompsonshow w Oracle Arena!

Pewne rzeczy nie zdarzają się dwa razy z rzędu. Dlatego z dużą dozą prawdopodobieństwa można było przypuszczać, że zawodnicy Lakers nie zagrają tak dobrze, jak w derbach Los Angeles z Clippers, tym bardziej, że pojedynek z Golden State Warriors był dla nich meczem back-to-back. Jednak tak dotkliwej porażki Jeziorowców nie spodziewał się nikt.

Wojownicy byli nie do zatrzymania, a szczególnie Klay Thompson, który rozegrał najlepsze spotkanie w dotychczasowej karierze. Rzucił 38 punktów (rekord kariery) trafiając 15 z 19 rzutów z gry, w tym 5/7 za trzy. Już po pierwszej kwarcie miał na koncie 16 oczek, czyli tyle ile pozostali zawodnicy Lakers.

Ale nie tylko Thompson zagrał dzisiaj dobre spotkanie. Świetny był również David Lee, autor 25 punktów, 8 zbiórek i 5 asyst. 13 oczek dodał z ławki Toney Douglas, a 10 Stephen Curry.

Gospodarzom w ataku wychodziło praktycznie wszystko. Już po pierwszej połowie mieli 19 punktów przewagi i z każdą kolejną minutą jeszcze ją powiększali. Po trzeciej kwarcie prowadzili już 33 oczkami i w zasadzie można było już zakończyć spotkanie. Mecz trzeba było jednak rozegrać i do końca i na parkiecie pojawili się rezerwowi. Ci z Warriors na początku czwartej kwarty powiększyli jeszcze prowadzenie do 35 punktów i spokojnie dowieźli zwycięstwo do końca.

Zawodnicy Jeziorowców byli bardzo nieskuteczni i przede wszystkim słabo bronili. Zostawiali zbyt dużo miejsca do rzutu koszykarzom gospodarzy. Ci chętnie korzystali z takich prezentów, a biorąc pod uwagę, że byli dziś tak dobrze dysponowani rzutowo – 53,5 proc. skuteczności z gry, w tym 55,6 za trzy, wysokie zwycięstwo nie powinno szczególnie dziwić.

Goście dopiero w ostatnie ćwiartce wzięli się do gry, którą wygrali 31:29, ale na jakiekolwiek zrywy było już za późno. Mecz był już dawno rozstrzygnięty.

To co mnie dzisiaj szczególnie zdziwiło w postawie Lakers to decyzje Mike’a D’Antoniego. Rozumiem, że jest wierny swojej wizji gry, ale w takim meczu jak ten aż prosiło się by w składzie wystawić dwóch wysokich graczy. Taki Jordan Hill grający obok Pau Gasola na pewno poradziłby sobie lepiej w pojedynku z Lee, niż Shawne Williams, który wyszedł na boisko w pierwszej piątce obok Hiszpana.

Trzeba jednak pochwalić trenera Jeziorowców za jedną rzecz. W tym sezonie korzysta z większej ilości zawodników niż w poprzednich rozgrywkach, gdzie ograniczał się zazwyczaj do siedmiu, maksymalnie ośmiu graczy. Wczoraj na parkiecie pojawiło się aż 12 koszykarzy.

Zabrakło przede wszystkim Steve’a Nasha, ale to nie powinno dziwić. Kanadyjczyk to najstarszy zawodnik w lidze i D’Antoni powiedział, że ma zamiar wystawiać go w tylko jednym pojedynku, jeśli Lakers będą grać mecz back-to-back.

Kolejny mecz Warriors zagrają już dziś na wyjeździe z Los Angeles Clippers, z kolei Jeziorowcy w piatęk zmierzą się w Staples Center z San Antonio Spurs.

Los Angeles Lakers – Golden State Warriors 94:125 (16:26, 24:33, 23:37, 31:29)

Liderzy zespołów:

Punkty: Meeks, Henry 14 – Thompson 38

Zbiórki: Gasol, Hill 7 – Lee, Bogut, Speights 8

Asysty: Farmar 5 – Curry 6

Przechwyty: Blake, Johnson 2 – Iguodala, Bogut 2

Bloki: Johnson 2 – Bogut, O’Neal, Green 2

Dawid Ciepliński

Fan koszykówki od 1997 roku, kiedy jako dziesięciolatek obejrzał na żywo swoje pierwsze finały NBA pomiędzy Utah Jazz i Chicago Bulls. Od 1999 roku wierny kibic Los Angeles Lakers.

9 komentarzy

  1. artur pisze:

    Warto dodać, że H. Barnes nie zagrał w tym spotkaniu przez kontuzję. Ma grać jako 6th man, więc GSW byli lekko osłabieni

  2. Robak pisze:

    A więc jednak Lakers tankują…

  3. Woy pisze:

    @ROBAK jak popatrzysz trzeźwym okiem to w pre-season w żadnym starciu z GSW nie wygrali.

  4. Lucjusz pisze:

    Moze glupie pytanie ale co oznaczaja te mecze back-to-back?

  5. Woy pisze:

    dzień po dniu

  6. 2utakt pisze:

    Czy ktoś wie dlaczego Kobe zmienil nr na 24?

    • Adrian696 pisze:

      a kto miał 23 i od kogo Koby chce byc za wszelka cene lepszy w historii NBA?? ;)

    • melo pisze:

      z powodu kompleksów… zhejtujcie mnie fani Mamby ;)

  7. 2utakt pisze:

    Ej no przecież Kobe to Jordan :D

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *