Dziękuje Allen za cudowne lata…

allen-iverson-tattoos3[1]Stało się. W bieżącym tygodniu do mediów trafiła informacja, że Allen Iverson postanowił zakończyć swoją koszykarską karierę. Nie jest to wprawdzie żadna zaskakująca wiadomość, gdyż było niemal pewne, że w NBA „The Answer” zatrudnienia by nie znalazł. Mimo wszystko jednak tak najzwyczajniej mi przykro i smutno, bo postać to była nietuzinkowa, a koszykarz wybitny. Stąd mój niekryty smutek z faktu, że z koszykarskiej sceny znika jeden z najlepszych aktorów, jacy kiedykolwiek grali w tym spektaklu.

 

Nie będę Wam opisywał biografii Iversona, bo zapewne większość z Was doskonale ją zna i tak zwyczajne w mojej opinii byłoby to miałkie. W pewnym sensie swoim felietonem chce pokazać swój ogromny szacunek i respekt, który zawsze żywiłem do tego gracza. Zatem wybaczcie jeśli spodziewaliście się chronologicznego zapisu przebiegu kariery, który wszystko by podsumował.

W zamian chce się podzielić z Wami swoim uwielbieniem dla talentu Allena Iversona. Być może zarzucicie mi, że tekst jest tendencyjny, ale z dalszej perspektywy wcale tak nie jest. Iverson to ikona tej ligi w takim samym stopniu jak Wilt Chambarlain, Magic Johnson, Larry Bird, Julius Erving i wielu graczy jeszcze. Niewątpliwe drugiego takiego gracza w tej lidze nie będzie. Samego gracza można nie lubić, ale nie można nie szanować jeśli choć trochę mamy jakiekolwiek pojęcie o koszykówce. Nawet jeśli nie mamy to gra tego zawodnika musiała zrobić na każdym wrażenie. Taka jest prawda i to całkowicie niezaprzeczalna.

Może się tak zdarzyć, że ktoś mnie zapyta „za co ten szacunek?” i „dlaczego mu się on należy?” Odpowiedź na to pytanie jest bardzo prosta i już spieszę z jej udzieleniem.

Kiedy Iverson przychodził do NBA trafił do drużyny, która była na dnie ligi. Owszem tak ta liga już jest skonstruowana, że najsłabszej drużyny wybierają sobie w drafcie najzdolniejszych graczy, aby móc się odbić od dna. Z numerem pierwszym trafił zatem do Philadelphii 76-ers, a więc do miasta braterskiej przyjaźni. Trafił do drużyny z wielkimi tradycjami, sukcesami, której barwy reprezentowali tacy gracze jak Julius Erving, Charles Barkley czy ŚP Wilt „Szczudło” Chamberlain.

Z racji pierwszego numeru w drafcie oczekiwania wobec młodego gracza były wielkie, a sami doskonale wiecie, że nie każda „jedynka” z naboru oznacza sukces sportowy i lepsze wyniki w przyszłości… Zresztą sami zapytajcie Joe Smitha czy Kwame Browna

Wydawałoby się, że zadanie przed jakim stanął młodzieniaszek z Georgetown nie należy do najłatwiejszych i faktycznie w rzeczywistości dla przeciętnego człowieka by nie było. Co natomiast robi Allen? Z miejsca zawłaszcza sobie tą drużynę. Tak jak kiedyś Jordan zawładnął Chicago czy też Isiah Thomas ekipą Detroit Pistons. Niedość, że z miejsca staje się gwiazdą 76-ers, to jego gwiazda zaczyna błyszczeć w całej lidze. Niech Was nie zmyli brak jego osoby w meczach gwiazd w latach 1996-98.  To efekt niepokornego charakteru, który niekoniecznie pasował włodarzom ligi do jej wizerunku. Otóż Iverson posiadł serca fanów z Philadephii (i nie tylko) w sposób najbardziej bezczelny z możliwych.

Będąc absolutnym liderem Phila nazwał legendę tego zespołu – Charlesa Barkleya – „nikim” – kiedy ten stwierdził w jednym wywiadzie, że Iverson za bardzo skupia się na indywidualnych osiągnięciach niż na drużynie. Najlepsze w tym wszystkim jest to, że gdyby Barkley mówił o kimś innym to miałby całkowitą rację. W przypadku Iversona było inaczej. To on był sercem tego zespołu i to on miał być jego zbawcą, mesjaszem czy też tak zwyczajnie mówiąc graczem, który wprowadzi ekipę z Pensylwanii na szczyt NBA.

Jakże symboliczna byłą akcja z 1996 roku, a więc debiutanckiego sezonu AI, w której to rookie z łatwością ogrywa największą gwiazdę ligi – samego Michaela Jordana. Dla mnie było to bardziej wymowne niż utarczki słowne ze Sir Charlesem. Była to zapowiedź i jasny sygnał: Miejcie się na baczności!!! Nadchodzę.  Już niedługo ta liga miała być jego…

[youtube=http://youtu.be/QZARgv6ulkg&w=585]

Pierwszoroczniak bez żadnego respektu ogrywa być może najlepszego gracza wszechczasów!!! Do tego trzeba mieć duże „cojones” i niesamowitą pewność siebie. I na dodatek trzeba mieć wyjątkowy charakter. On nie wszedł tak zwyczajnie do tej ligi, on wbił się tam wraz z drzwiami… i framugą.

Osobowość zwycięzcy dostrzegli w nim także włodarze klubu z Filadefii, którzy szybko z zespołu pozbyli się młodych zdolnych Jerry’ego Stackhousa czy też Larry Hughes’a. Tam nie było dla nich miejsca. Oczywiste bowiem stało się, że trzeba budować drużynę wokół gwiazdora, a idealnym otoczeniem byli zwyczajni role player. Gracze, którzy nie zabiorą nic z błysku tego zawodnika, a jedynie pomogą mu świecić jeszcze jaśniej.

Iverson zresztą w moich oczach odmienił tą ligę. Do jego przyjścia na świeczniku byli gracze bogaci, wystyngowani pokroju Jordana, Olajuwona, Malone’a, Barkleya – wyznacznik końcówki lat 80-tych i wczesnych lat 90-tych. Nagle w lidze pojawił się ktoś o wyglądzie rapera z teledysku. Młody gniewny, który wypowiada swą grą wojnę wszystkim dotychczasowym gwiazdom. Jest wyznacznikiem rewolucji jaka dokonała się w stylu gry i oblicza NBA. Liczne tatuaże, opaski na głowie, nagrywanie płyt hip-hopowych – wszystko to wpisane naturę tego gracza, który tak najzwyczajnie w świecie taki był. Chłopak wywodzący się ghetta w Hampton w stanie Virginia nie miał nic do stracenia. W przeciwieństwie do wielu innych koszykarzy to nie NBA odmieniła jego. Iverson pozostał taki sam jaki przychodził do tej ligi: bezczelny, niepokorny, zbuntowany i cholernie ambitny. To on odmienił tą ligę dzięki wszystkim tym cechą, które chwilę wcześniej wymieniłem.

Miał jeszcze coś bez czego by nie został jednym z najwybitniejszych koszykarzy w dziejach tego sportu. Upór z jakim kształtował swój talent. To jest niezwykle ważna cecha sportowca. Mający 183 cm zawodnik wcale nie ma łatwo w sporcie naszpikowanym wieżowcami wyższymi niejednokrotnie o 30-40 cm. Oczywiście predyspozycje jakie miał nasz bohater do uprawiania tego sportu nie ulegają wątpliwości. Szybkość, świetne panowanie nad piłką, niesamowity wyskok czy też znakomicie ułożony rzut. Śmiem jednak twierdzić, że w NBA było kilku jeśli nawet nie kilkunastu graczy o bardzo zbliżonych umiejętnościach do Iversona. Dla przykładu podam choćby Steve Francisa – w moim odczuciu postać, która zarówno pod względem osobowościowym jak i umiejętności koszykarskich można uznać za odbicie lustrzane Allena. Jednak Steve równie szybko popadł w przeciętność jak zabłysł. Nie podołał wyzwaniu jakie stawiła mu kariera koszykarza i nie wytrzymał ciśnienia. Po kilku dobrych sezonach po prostu się zatracił. Iverson natomiast stał się legendą ligi dzięki swemu specyficznemu stylowi bycia, z którego uczynił swój największy atut. W jego głowie siedziało przekonanie „jestem najlepszy” i tego się trzymał, to go pchało do przodu. Francis po odejściu z Houston, gdzie stracono do niego zaufanie jakby sam stracił wiarę w swą wyjątkowość i to jest właśnie ten czynnik, który dzieli obie te persony.

Ogromny sentyment budzi u mnie przywiązanie Iversona do barw Philadephii. Może to zabrzmi nieco naiwnie bo przecież miał on swoje epizody w Detroit, Denver czy Memphis, ale sam zawodnik nigdy nie ukrywał, że w jego sercu jest zespół, w którym przeżył najlepsze lata kariery. Zawsze z łezką w oku wspominam jego pierwszy mecz w Wells Fargo Center po zmianie barw klubowych i tą chwilę, kiedy całuje logo Philly na środku parkietu…

[youtube=http://youtu.be/oUEupN11h0s&w=585]

Nieczęsto się zdarza, aby w NBA jeden gracz był tak związany z macierzystym klubem. Pamiętacie Kobe Bryanta, który mówił, że mógłby grać nawet na Plutonie i ma dość Lakers. O LeBronie James’ie nawet nie wspomnę. Stąd mój ogromny szacunek właśnie za tą wierność i miłość, jaką dzierży w sercu dla Siedemdziesiątek Szóstek. W lidze NBA nie jest to standard, a wręcz przeciwnie. Ta liga to jeden wielki rynek i tylko najlepsi mogą sobie pozwolić na tego typu luksus, a mimo to nie zawsze z tego korzystają. Iverson nigdy z Filadefii odchodzić nie chciał. To on wydostał ten klub z czeluści piekieł i z zespołu, który ocierał się o dno ligi stworzył jednego z potentatów. Wszystko to przy wzajemnej miłości z obu stron. Miłości często trudnej i z wieloma zgrzytami, jak choćby odejście właśnie do Denver po 10 latach. Nie ma jednak wątpliwości, że jest to miłość bezgraniczna bez względu na wszystko.

Dziś kiedy wymawiam imię i nazwisko: Allen Iverson widzę tego niewielkiego wzrostem, ale ogromnego sercem gracza, dającego z siebie za każdym razem wszystko na parkiecie. Widzę jego crossovery, trójki, wejścia pod kosz czy też wspólną radość z kibicami z Philly po udanych zagraniach. Wszystko to okraszone niezwykłym charakterem tej barwnej postaci powoduje, że żegnamy gracza wybitnego. Żegnamy z wielkim smutkiem, bo oglądanie jego gry było dla mnie jednym z najprzyjemniejszych przeżyć jakich doznać może fan koszykówki. I wprawdzie on przecież jeszcze nie umiera (oby żył jak najdłużej!!!) to ciężko pogodzić się z faktem, że już nigdy nie zobaczę go na parkietach ligi NBA.

Chciałbym, żeby ten tekst został przez Was odebrany jako pewnego rodzaju hołd, który pragnę złożyć Iverson’owi i podziękowanie za wszystkie te wspaniałe chwilę, kiedy to po jego zagraniach podrywałem się  fotela i nieraz jeszcze wielokrotnie przewijałem na wideo czy też na komputerze, żeby zobaczyć je jeszcze raz. Za wszystkie rozmowy o nim z kumplami na boisku do kosza. Podsumowując za wszelkie wrażenia jakie mi dane były za sprawą talentu, który przejawiał.

Dziękuje Allen…

[youtube=http://www.youtube.com/watch?v=L8yfR9uTxjA&w=585]

 

Paweł Kołakowski

Od lat wierny kibic Houston Rockets i wielbiciel Charlesa Barkleya (głównie z czasów gry w Suns). Wychowany na transmisjach NBA w TVP2 wspominający z łezką w oku te godzinne transmisje w piątkowe popołudnia z komentarzem Szaranowicza i Łabędzia :). Ahh te lata 90-te :)

15 komentarzy

  1. gratek pisze:

    Świetny wpis, aż się łezka w oku kręci.

  2. GRD pisze:

    Także się pod tym podpisuję!!!! Świetny felieton.

    Szacunek dla AI!!!!!!!!!

  3. melo15 pisze:

    Człowiek dzięki któremu pokochałem koszykówke,pokochałem NBA, dzięki któremu wychodziło się na boisko żeby ´porzucać´.Brzmi to banalnie ale tak właśnie jest.Obok MJ największy symbol NBA.
    ” a teraz popatrz na swojego kolege mierzącego 180 cm, warzącego 75 kg a zrozumiesz co on wyprawiał w lidze wielkoludów i siłaczy”

  4. LeoDar pisze:

    Podpisuję się nogami i rękami – świetny, nieduży facet, który miał niepowtarzalny styl:)

    PS. Błagam! Zamiast „…wypowiada swą grą wojnę wszystkim dotychczasowym gwiazdą.” – „gwiazdom”!! To jakaś epidemia…

  5. blazers.pun.pl pisze:

    Zgadzam się w 100%! Nietuzinkowy gracz.

  6. Tomek pisze:

    Ciekawy zawodnik, ciekawy tekst. Tylko te 30-40 cm to przesadzone o 10 chyba

    • Mike pisze:

      213 – 223 cm. Przesadzone? A Manute Bola, Georga Muresana kojarzysz? 221 to chyba nawet Rick Smith miał.

  7. rolex pisze:

    Świetny gracz jeden z najlepszych, król strzelców, MVP, a jednak zmarnowana kariera przez charakter, prawdopodobnie kolejny bankrut jak Derrick Coleman lub Antonie Walker. Ale koszykówka była na najlepszym wydania DZIĘKI AI3 !!!!

  8. sahim80 pisze:

    AI był na pewno jednym z najlepszych koszykarzy przełomu wieków, ale IMHO wymienienie go w jednym szeregu z Wiltem Chambarlainem, Magiciem Johnsonem, Larrym Birdem, Juliusem Ervingiem jest zdecydowanie na wyrost – oni są symbolami całej koszykówki, graczami których było zaledwie kilku w historii. „Wielkość gwiazdy” AI-a porównałbym raczej do Ewinga, Barkleya, Drexlera

    Karl Malone dystyngowany(bo chba o to słowo Ci chodziło)? nawet On o sobie mówił, że jest black redneck(czarnoskórm wieśniakiem) na mecze dojeżdżał harleyem w jeansowej koszuli bez rękawów, a w wolnym czasie łapał ryby i jeździł cieżarówkami…

    Wymienie Joe Smitha i Kwame Browna jako niewypałów w stosunku do tego pierwsego jest moim zdaniem obraźliwe – nie spełnił pokładnych w nim nadziei ale „wyrósł” na bardzo solidnego gracza. Brown tymczasem jest totalnym niewypałem. W historii jest sporo nr 1 którch mogłeś wpisać zamiast Smitha

    artykuł poza tym fajny -jeszcze co do crossoveru na Jordanie rzeczywiście jeden z lepszych w historii, w dłuższej wersji filmiku sam AI przyznaje, że to był jego najlepszych ruch a MJ i tak był bardzo blisko, żeby go zablokować

  9. shw pisze:

    Mocno wywyższony obraz Iversona tu jest. Owszem odmienił ligę poprzez „Liczne tatuaże, opaski na głowie, nagrywanie płyt hip-hopowych” i to że był poprostu graczem niewysokim i bardzo efektownie grał co pozwoliło mu zyskać miliony fanów, ale jego wartość dla drużyny za wielka nie była. Barkley miał sporo racji w swojej opinii, a dziś wiemy, że to Iverson znacznie prędzej był nikim przy Chucku niż na odwrót. Stwierdzenie typu „(…) jednym z najwybitniejszych koszykarzy w dziejach tego sportu.” to gruba przesada.

    • GRD pisze:

      A Philly sama wyciągnęła się z dna ligi do finałów ?

    • shw pisze:

      A gdzie jest powiedziane, że akurat Iverson był za to odpowiedzialny? Phila skleiła raz przyzwoity zespół więc jak wschód był żałośnie słaby to się dostali do finału w jednym roku, ale tak poza tym to przez pozostałe 10 lat gry Iversona tam sukcesem było wejście do PO. A poza 76ers to żadna drużyna już się na niego za bardzo pisać nie chciała, bo jedyne co gwarantował to zruinowanie zespołu.

  10. maciek pisze:

    „Iverson to ikona tej ligi w takim samym stopniu jak Wilt Chambarlain, Magic Johnson, Larry Bird, Julius Erving…” chyba żartujesz, gość wygrał 1 mecz w finałach
    „wojnę wszystkim dotychczasowym gwiazdą….” Celownik (komu? czemu?): Przyglądam się gwiazdom

    • Paweł Kołakowski pisze:

      Mój błąd ortograficzny, faktycznie – późna pora pisania tekstu robi swoje. Wybacz :)
      Jednak myślę, że co do oceny samego gracza to troszkę go nie doceniasz…
      Bez A.I Philly do tego finału by raczej nie doszła…
      polecam sprawdzić bilanse Sixers przed tym jak był tam A.I w swym prime time oraz po jego odejściu…
      dwukrotny lider klasyfikacji pkt w NBA, MVP sezonu 2001, dwukrotny MVP ASG, pozatym jego wpływ na tą drużynę i jej osiągnięcia był ogromny. Jego średnia pkt w finałach 2001 to 35,6 pkt…
      Idąc tokiem rozumowania, że „gośc wygrał jeden mecz w finałach” można dojśc do wniosku, iż Barkley, Malone, Ewing też raczej wybitnymi graczami nie byli… a tym samym można by Iversona postawić w jednym rzędzie z Stevem Kerr’em… ale to chyba raczej nie tak i taka logika jest bardzo złudna…
      Wpływ jaki wywarł na ligę ten gracz jest niepodwarzalny…

    • shw pisze:

      Nie wygłupiajmy się. Jeden szczególnie dobry sezon na bardzo słabym wschodzie przez 10 lat to argument przeciwko niż za zawodnikiem. A w pozostałych zespołach gdzie nie poszedł to robił rozpierdziel, nikt go już nie chciał za bardzo u siebie, bo był gwarantem problemów. Te osiągnięcia które wymieniłeś są zdecydowanie za słabe, żeby go określić mianem jednego z najwybitniejszych w dziejach tego sportu, chyba że takim zwrotem określimy z 40-50 innych zawodników. Barkley czy Malone byli zdecydowanie bardziej wartościowi, to poprostu znacząco wyższa półka.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *