Wyjątkowy Grant Hill mówi „koniec”

Po 19. latach występów na parkietach ligi NBA, były już skrzydłowy Clippers, Suns, Magic i Pistons postanowił zawiesić buty na przysłowiowy kołek. Hill wchodził do ligi z Glenem Robinsonem i Jasonem Kiddem w 1994 roku i od razu stał się ulubieńcem publiczności w Mo-town. Po chwili był już wymieniany w czołówce ligowych gwiazd, wygrał wschodnie głosowanie do All Star Game, a po pierwszym sezonie odebrał nagrodę Debiutanta Roku. Stał się wielką nadzieją Detroit Pistons, których powoli wyciągał z kryzysu. Niestety jego karierą targały kontuzje i to one sprawiły, że nigdy tak naprawdę – po wspaniałych pierwszych latach w lidze – nie obejrzeliśmy pełnego potencjału zawodnika czy wielkiej eksplozji jego wielkich nieprzeciętnych możliwości.

Hill to skrzydłowy, który łączył epoki – tą dawną Jordana oraz te bliższe O’Neala, Bryanta czy Jamesa. Gracz, który miał okazję występować z prawdziwymi legendami – np. na Igrzyskach Olimpijskich – oraz ten, który budził swoim graniem wielki szacunek (jak wiecie w NBA czasami trudno go zdobyć bądź potrzeba wielu lata by na niego zapracować). Do wielkiego grania wprowadzał go Mike Krzyzewski z Duke, z którym to wygrywał Final Four NCAA. W NBA mentorem jego był Joe Dumars, w pierwszych latach prowadząc nieco za rękę – w stylu matki zakazującej mu szybkiej jazdy samochodem – kiedy odradzała się siła Pistons.

Hill to ktoś, kto będzie kojarzył mi się z dwoma zawodnikami. Pod względem wszechstronności ze Scottiem Pippenem, gdyż z gwiazdą Bulls nie raz rywalizował na parkiecie o miano najlepszego point forwarda ligi. Oceny, który z nich był lepszy zostawiam już Wam;-) Pod względem dominacji w grze, z LeBronem Jamesem; dominacji na swojej pozycji, której obejrzeliśmy tylko cząstkę, bo na więcej nie pozwoliło nam słabsze zdrowie Granta.

Hill będzie mi się zawsze kojarzył z epoką Anfernee Hardaway’a, bowiem Grant i Penny mieli być nowymi twarzami ligi, wynoszącymi się ponad przeciętność. Obaj okazali się jednak pechowcami i do dziś pozostają w jednym gronie z takimi nazwiskami jak Ralph Sampson, Tracy McGrady oraz Brandon Roy. Wszyscy z nich świetnie nam się zaprezentowali, myśmy zasmakowali ich nieprzeciętnych zagrań i możliwości, a po chwili niespodziewane kontuzje zahamowały sny o wielkości graczy.

Hill to zawodnik, który niestety nie zasmakował finałów NBA. To jeden z tych graczy świetnie się zapowiadających, ale i nie do końca spełnionych. Obok Granta podobnie wielkie kariery nie skwitowali w NBA Finals Dave Thompson i Alex English (z Denver), Bernard King (NYK), David Bing (Detroit), George Gervin (San Antonio), Pete Maravich (Utah), Dominique Wilkins (Atlanta) i  Chris Webber.

Hill to jeden z 17. zawodników ligi, którzy w końcówce kariery mieli 17 tys punktów, 6 tys zbiórek i 4 tys asyst. Ci pozostali i aktywni to Jason Kidd, Kevin Garnett, Paul Pierce i Kobe Bryant. Grant był niczym Oscar Robertson (do niego porównywany jest LeBron James najczęściej, też) , bo jako drugi gracz w historii ligi notował podczas pierwszych sezonów przeciętne: 21pkt, 7zb i 6as. Ponadto jest w szóstce innych, szczyczących się w pierwszych sześciu latach średnimi 20-5-5 – a te pozostałe nazwiska to: Oscar Robertson, Jerry West, Larry Bird, Michael Jordan i LeBron James.

Jak widać na powyższych informacjach i poniższym video to naprawdę wyjątkowy gracz.

Więcej o Grancie Hillu przeczytacie w jednym ze starszych felietonów

Woy

Największy i najstarszy Dinozaur na Enbiej.pl, współtwórca strony. Fan koszykówki z lat końcówki lat '80-tych oraz początku lat '90-tych ; show-time Lakersów czy mocnej defensywy Pistons oraz Knicks. Kibic Chicago Bulls oraz Magica Johnsona czy Scottiego Pippena.

6 komentarzy

  1. lenin pisze:

    to jeden z tych graczy o których się mówi gdyby nie….
    wielki gracz ale również wielki człowiek
    pokazał charakter i siłe
    szacunek

  2. Paweł pisze:

    Jeden z moich ulubionych graczy kiedy zaczynałem się moja fascynacja NBA.

  3. IreK pisze:

    Fantastyczny zawodnik – Mr. Triple Double, jak kiedyś o nim mówiono; prze lata grałem na boisku w koszulce Pistons z nr 33…

  4. Woy pisze:

    •Rick Bonnell of The Charlotte Observer: Back in the spring of 1994, I asked then-Charlotte Hornets coach Allan Bristow who would be the best point guard in that draft. “Grant Hill,” Bristow replied. “Hill is a small forward,” I shot back. “Grant Hill is anything he wants to be,” Bristow concluded. Bristow meant that in a basketball sense, but the description applied more broadly. Hill was and is one of the more eclectic and intellectually curious athletes I’ve met. To define him purely as a basketball player disregards what made him so interesting. The former Duke star announced his retirement from the NBA Saturday at age 40, nearly 20 years after he left Durham for the Detroit Pistons. Remember that “SportsCenter” commercial where Hill was playing a grand piano? It was funny because it was also accurate. Hill could diagram a pick-and-roll as well as anyone, but he was just as interested in studying music or language or art. That didn’t detract from his basketball; I think the fact that he had other interests kept him mentally fresh to play as long as he did. … I was looking around Twitter Sunday morning to see what Hill’s fellow players thought of him. Three words kept coming up: “Teammate,” “professional” and “integrity.” No better way to be remembered in retirement.

  5. M pisze:

    Zaryzykuję stwierdzenie, że przypominał mi trochę, zaznaczam trochę, stylem gry Carmelo Anthony-ego- chodzi mi głównie o crossover, wykorzystywanie przewagi fizycznej i szybkościowej oraz poruszanie się po boisku. Oczywiście różnią się również w wielu kwestiach chociażby Carmelo dysponuje lepszym rzutem, a Hill miał lepszy ball-handling (nie mówiąc o obronie), ale podczas ich gry można doszukać się analogii.

  6. bartol86 pisze:

    zawsze mialem do niego wielki szacunek swietny gracz i czlowiek. Klasa sama w sobie

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *