Na półmetku sezonu: Houston Rockets

Najlepsza ofensywa w lidze – tym mogą się poszczycić jak na razie Houston Rockets w obecnych rozgrywkach. Zespół, który jest obecnie w całkowitej przebudowie zmienił też całkowicie swój styl gry i jak na razie wychodzi na tym całkiem dobrze cały czas zajmując lokatę gwarantującą udział w Play off. Gra w rozgrywkach posezonowych jest celem numer jeden dla ekipy z Teksasu po trzech latach absencji. Po to sprowadzono Jamesa Hardena i budowany wokół niego zespół wyraźnie idzie w dobrą stronę, co z pewnością cieszy kibiców drużyny z H-Town.

8xe4813lzybfhfl14axgzzqeq

Diametralnie przebudowana kadra zespołu Houston Rockets nie gwarantuje co prawda stu procentowego udziału w rozgrywkach po zakończeniu sezonu regularnego. Cieszy natomiast fakt, że Rakiety są w tym sezonie raczej nad kreską niż pod nią, jak miało to miejsce w poprzednich trzech latach. Niby zawsze kończyli sezon na plusie lub na 50% bilansie to nie dawało im to udziału w PO.

Widać, że włodarze wyciągnęli odpowiednie wnioski i w tym sezonie widać wyraźną poprawę w stylu gry zespołu. Nie można powiedzieć już, że Rockets grają mało atrakcyjną koszykówkę. Mają obecnie najlepszy atak w lidze ze średnią zdobywanych punktów 107 na mecz. Grają szybko i widowiskowo, a ich mecze obfitują w strzeleckie popisy i są raczej gwarantem dużej ilości punktów.

Kevin McHale oparł swoją koncepcję gry na szybkich kontratakach, w których jego podopieczni czują się bardzo dobrze. Wielką siłą jest też skuteczność rzutów za trzy punkty, a gracze Rockets bardzo chętnie z tego atutu korzystają oddając średnio 10,6 prób rzutów z za łuku ( pod tym względem ustępują tylko New York Knicks).

Ich szybka gra wymaga zrozumienie i zespołowej gry. W tym aspekcie także wydaje, że wszystko działa poprawnie w ich ofensywnej maszynie, bowiem pod względem asyst zajmują piąte miejsce w NBA.

Oczywiście nie wszystko jest też takie słodkie, bo inaczej Rockets byliby najlepszą ekipą w lidze. Ponieważ skupiają się głównie na ofensywie to odpuszczają obronę i tracą wiele punktów. Z tym, że nie wolno mylić pojęć, bo jeśli chodzi o defensywę to wiele punktów rzucają po przechwytach czy blokach, a także bardzo dobrze zbierają. Największym problemem w ich grze jest duża liczba strat i dość schematyczna gra, która łatwo przeczytać.

Najlepiej pokazał to ostatni mecz przeciwko Mavs, którzy zupełnie zastopowali ich grę z kontry, a przy średniej skuteczności rzutów z dystansu Rockets zaczynają być uzależnieni od Jamesa Hardena. Tutaj pojawia się zatem loteria, czy Harden ma dobry dzień czy nie za bardzo. Myślę, że w takich przypadkach zbyt wiele akcji jest granych pod izolację „Brodacza” na czym traci zespół. Potencjał w tej ekipie na zdobywanie jest spory, ale pojawia się pytanie czy w głowach graczy jest gotowość do brania na siebie odpowiedzialności za wynik.

Tutaj wychodzi kolejna wada ekipy z Toyota Center. Małe doświadczenie. Tylko Carlos Delfino miał okazję zdobywać mistrzostwo NBA ( w barwach Detroit Pistons, gdzie wyróżniającym zawodnikiem nie był). Po za nim każdy z zawodników w Houston otrzymał zupełnie nową rolę w porównaniu ze swoim poprzednim klubem. Tak jest w przypadku Jeremy Lina, Jamesa Hardena, Omer Asika, a więc najważniejszych graczy w drużynie. Nie wspominam tutaj o Parsonsie, który zalicza dopiero drugi sezon w NBA i o nim będzie w dalszej części. Wracając jednak do wymienionej czwórki w poprzednich klubach nikt od nich nie wymagał, żeby brali na siebie ciężar wygrywania. Tak – dotyczy to też Jeremy Lina, który tak na prawdę całkiem przypadkowo eksplodował formą i mimo rewelacyjnej gry, każdy wiedział, że gra Knicks będzie oparta na Melo Anthonym czy Amare Stoudemirze. Sam absolwent Harvardu oczywiście udowodnił, że drzemie w nim ogromny potencjał, ale jego rewelacyjne statystyki były raczej handicapem w poprzednim sezonie i nikt nie miał złudzeń, że taką grą będzie zachwycał już przez resztę swojej kariery. Podobnie Asik, który w Bulls był tylko rezerwowym tutaj otrzymał rolę pierwszego środkowego. Pytanie teraz brzmi następująco – jak wiele czasu potrzebują, żeby dojrzeć do nowej roli w Houston.

James Harden jak na razie udowadnia, że jest gotowy, żeby być liderem. Myślę, że w tej roli spełnia się w 100% i jest wart maksymalnego kontraktu, który otrzymał od Rakiet. Wymiana za Kevina Martina wydaje się być jedną z najlepiej przemyślanych bo tak jak ex gracz Rockets nie do końca sprawdzał się w roli lidera, tak w Thunder rola gracza wchodzącego z ławki pasuje mu idealnie. Bardzo dobrze wywiązuje się ze swoich zadań w ekipie Scotta Brooksa. Harden natomiast posiada natomiast o wiele większą charyzmę od swego poprzednika i przede wszystkim jego talent ciągle się rozwija. Otrzymuje w H-Town więcej minut gry co owocuje bardzo uniwersalnymi statystykami. Jest piątym strzelcem ligi ze średnią 26,3 pkt, ale także sporo asystuje (5,8) i notuje niemal 5 zbiórek na mecz. To pokazuje jak ważnym jest graczem dla Rakiet.

Jedyne zastrzeżenie jakie można mieć do niego to zbyt liczne straty, którymi czasami wręcz irytuje. Jest to element jednak zależny od ustawienia zespołu. I znowu wracamy tu do akcji izolacyjnych, które ustawia pod niego coach McHale. Często Harden po prostu jest osamotniony, bo jego koledzy zwłaszcza w decydujących momentach meczów tylko patrzą co zrobi z piłką, nie dając mu żadnej alternatywy zagrania oprócz rzutu. To czasami kończy się nie zbyt korzystnie dla jego zespołu.

W Houston nie ma już „Linsanity” i jak już pisałem nikt się raczej tego nie spodziewał. Jeremy Lin gra na bardzo przyzwoitym poziomie. Początek sezonu miał dość niemrawy, ale można to tłumaczyć kontuzją kolana, z którą się zmagał przez okres przygotowawczy.   Obecnie jest już jednak znacznie lepiej. Dobrze prowadzi grę zespołu, z wyczuciem nakręca tempo akcji i bezapelacyjnie jest pierwszym rozgrywającym w tej drużynie. Nie rzuca też już na siłę z dystansu, a swoją szybkość częściej wykorzystuje w akcjach penetracyjnych z korzyścią dla drużyny. Kiedy trzeba potrafi tez być liderem, co pokazał kilkakrotnie przypominając tym samym swoje występy w Knickerbockers.  Problemem dla Jeremy Lina jest brak wartościowego zmiennika. o powoduje, że jest on zbytnio eksploatowany, a to powoduje w jego grze chimeryczność przez co dobre występy przeplata z bardzo przeciętnymi meczami. Być może rozwiązaniem tego kłopotu będzie Aaron Brooks, który niedawno ponownie dołączył do Rakiet.

Moim faworytem do nagrody gracza, który poczynił największy postęp w tym sezonie jest ktoś z dwójki Omer AsikChandler Parsons. Turecki środkowy przeszedł niesamowitą metamorfozę. Przyznam się, że słysząc o jego kontrakcie na początku sezonu pukałem się w czoło, ale jego gra dla Rakiet bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła. Jest prawdziwym dominatorem strefy podkoszowej. Jego 11,7 zbiórki na mecz daje mu drugą lokatę w tej klasyfikacji w tym sezonie tuż za placami Dwighta Howarda. Gracz znad Bosforu potrafi też zdobywać punkty co nie raz już udowadniał, a kolejne double double ( już 28 w obecnych rozgrywkach) przekonują do słuszności decyzji zatrudnienia go w Houston. Jego transfer to był strzał w dziesiątkę. jego walka na bronionej tablicy jest podstawą do „transition offense”, w której Rockets się tak lubują. Asik powinien jednak popracować nad wykonywaniem rzutów osobistych, bo w jego przypadku (podobnie jak wielu innych wysokich graczy) jest to raczej pięta achillesowa i zbyt wiele punktów z dorobku drużyny najzwyczajniej ucieka.

Chandler Parsons pokazuje, że jest znakomitym strzelcem dystansowym. Zachwyca nie tylko dobrą skutecznością rzutów, ale wraz z  Hardenem świetnie biega do kontr, które potrafi zakończyć efektownymi dunkami. Jest dowodem na to, że „biali jednak trochę potrafią skakać”. Jego szybkość i przebojowość przekonały Kevina McHale, który wprowadził go do pierwszej piątki kosztem Chase Budingera w minionych rozgrywkach. Absolwent uniwersytetu z Florydy całkowicie spłaca kredyt zaufania, który otrzymał od legendy Celtów. Jest obecnie drugą strzelbą w zespole i w jego grze widać progres, który prognozuje świetlaną przyszłość przed tym zawodnikiem. ten chłopak ma charakter, temperament i umiejętności o czym świadczy choćby taka akcja z minionego sezonu…

Przed zamknięciem okienka transferowego Rakiety dokonały jeszcze kilku zmian w składzie. Oddano Patricka Pattersona do Sacramento ( w pakiecie z Toney Douglasem), gdzie silny skrzydłowy spotkał kolegę z uczelni Kentucky, a mianowicie DeMarcusa Cousninsa, a otrzymano w zamian perspektywicznego Thomasa Robisnona. Do Phoenix odszedł też Marcus Morris i obecnie występuje u boku brata bliźniaka (dobrze, że mają inne numery na koszulkach).

Zarówno Morris jak i Patterson dysponowali dobrym rzutem za trzy. Robinson to typowy gracz podkoszowy i nie można od niego oczekiwać, że będzie straszył trójkami rywali wyciągając ich spod kosza i robiąc tym samym miejsce pod koszem dla Asika. Niby zatem decyzja o oddaniu obu tych graczy wydaje się głupia, ale tylko na pierwszy rzut oka. Otóż w składzie jest przecież Donatas Motiejunas, który ciężka pracą przekonał trenera i dostał miejsce w pierwszej piątce. D-Mo potrafi rzucać za trzy i tym samym McHale otrzymał alternatywę. Rozciągamy grę z Motiejunasem, albo dajemy wsparcie pod koszem w postaci Robisnona. Obaj ci gracze dobrze biegają, czym idealnie wpisują się w styl gry Houstończyków.

Dodatkowy wariant to Carlos Delfino na „czwórce” co jeszcze bardziej potęguje zagrożenie rzutami z dystansu, ale to wydaje się zbyt czytelne i schematyczne na stały wariant i będzie wykorzystywaną opcją w szczególnych przypadkach. Argentyńczyk to przede wszystkim zmiennik, który ciągnie grę Rockets, gdy na parkiecie znajdują się zmiennicy. taka jest jego główna rola i raczej nie powinno się jej zmieniać.

W ostatnich dniach do Houston dołączył Aaron Brooks, który ma pełnić rolę zmiennika Jeremy Lina. Bardzo jestem ciekaw jak sobie poradzi. W Sacramento nie bardzo wychodziło mu siedzenie na ławce na rzecz Isaiaha Thomasa. Przypomnijmy, że z Rockets odszedł, bo niezbyt pasowała mu rola zmiennika Kyle Lowry’ego.  Wrócił jednak do Rakiet, żeby odbudować formę. Tutaj zaliczał najlepsze sezony w swojej karierze i miał sezon, gdy był czołową postacią zespołu prowadzonego wówczas przez Ricka Adelmana. W porównaniu z oddanym do Kings Toney Douglasem nowy nabytek Teksańczyków zaliczał niemal bliźniacze statystyki, a więc można dopatrywać się kilku pozytywów w tym ruchu. Ogromnym atutem Brooksa jest gra jeden na jeden i szybkość. Wadą natomiast zbytnia tendencja do kozłowania i przytrzymywania piłki, co może skutkować na spowalnianiu gry. Tutaj jednak myślę, że zbytniego zagrożenia nie ma i Kevin McHale jasno wytłumaczy Brooksowi czego od niego oczekuje. Jeśli obaj panowie dojdą do porozumienia to będzie to realne wzmocnienie w dalszym etapie rozgrywek.

Przeglądając kadrę zespołu, który walczy o play off brakuje mi tutaj jednego elementu. Nie od dziś wiadomo, że NBA to nie jest liga dla grzecznych chłopców, a skład Rakiet wydaje się zbyt „cukierkowy”. Mam tu na myśli brak takiego typowego złego chłopca, który w trudnych momentach swym zachowaniem ( często niezbyt eleganckim) będzie starał się wyprowadzić przeciwników z równowagi. Można krytykować Rona Artesta czy niektóre zachowania Dwayne Wade’a. Można negatywnie odnieść się do ostatniej bójki w Davida Lee z Royem Hibbertem. Co by jednak nie mówić – to jest element tej gry i im ważniejszy moment sezonu i im większa stawka tym takie zachowania obserwujemy częściej na parkietach NBA. jeśli przykładowo Rockets trafią na OKC Thunder w PO to Serge Ibaka czy Kedrick Perkins z pewnością nie będą głaskać po głowie Omera Asika. Tego można być pewnym. Ciekaw jestem czy do takiej roli gotowy jest Thomas Robinson, bo wydaje się on najbardziej zadziornym graczem w tym zespole. Mimo wszystko jednak brakuje mi tu takiego prowokatora, który niewątpliwie urozmaiciłby wydarzenia na boisku. Kevin McHale, który był niezwykle ważnym ogniwem mistrzowskich Celtów z pewnością wie jak potrzebni są tacy gracze. On miał u boku Larry Birda czy Danny Ainge’a, a sam świętoszkiem nie był…

Teraz wiecie co mam dokładnie na myśli. Cytując klasyka z końca powyższego filmu „That’s the part of the game

Na koniec jeszcze chciałbym podsumować pierwszoroczniaków. Tutaj jednak nie ma się zbytnio czym zachwycać. Tylko Motiejunasowi udało się przebić do rotacji i w końcu wskoczyć do wyjściowego składu. Ani Scott Machado, ani Terrence Jones nie okazali się wzmocnieniem i grają głównie w NBDL. Nawet już nie wspomnę sagi z Royce’m Whitem, który swoimi występami w Grand Valley Vipers (zapleczu Rockets) nie prezentuje się jakoś rewelacyjnie, czym udowadnia rację włodarzy Rakiet w całym konflikcie, który trwał do lutego. On póki co nie jest gotowy na grę w NBA i tyle w temacie.  Światełkiem w tunelu jest jednak fakt, że McHale nie zbyt chętnie daje szansę debiutantom, a ci muszą bardzo ciężko pracować na swoją pozycję w zespole. najlepszy przykład to Marcus Morris, który dopiero drugi sezon pod wodza obecnego coacha Rox mógł zaliczyć do udanych pod względem sportowym.

Podsumowując całą analizę widać, że zespół ten zmierza w dobrym kierunku i pod ręką McHale’a widać pozytywne zmiany w grze. Cel numer jeden – awans do Play off jest jak najbardziej realny. Zmiany kadrowe w trakcie sezonu raczej nie osłabiły drużyny, tylko otworzyły nowe możliwości. Moim zdaniem pierwsza runda Play off z 6-7 miejsca to będzie maksimum jakie mogą osiągnąć Houstończycy w tym roku. Bilans 45-37 także będzie bardzo dobrym rezultatem, który fani Rakiet brali by przed sezonem w ciemno. A co w Play off? Tutaj już wszystko się może wydarzyć…

Paweł Kołakowski

Od lat wierny kibic Houston Rockets i wielbiciel Charlesa Barkleya (głównie z czasów gry w Suns). Wychowany na transmisjach NBA w TVP2 wspominający z łezką w oku te godzinne transmisje w piątkowe popołudnia z komentarzem Szaranowicza i Łabędzia :). Ahh te lata 90-te :)

4 komentarze

  1. manek napisał(a):

    Fajny artykuł, mam jednak jedno „ale” McHale daje szansę debiutantom, przeczysz sobie, gdyż wcześniej wspomniałeś o Parsonsie i Motiejunasie, często debiutanci (szczególnie podkoszowi) dostają szansę dopiero jako sephomores, gdyż muszą nabrać masy i zwiękrzyć siłę fizyczną (Jones, Morris), należy też wspomnieć o Beverley’u, czy Smithu, którzy mieli być raczej zapchajdziurami (podobnie jak Machado), a są wartościowymi zmiennikami i dostają sporo minut. Również Robinson, moim zdaniem będzie dostawał coraz więcej minut, kiedy zgra się trochę i „załapie” taktykę McHale’a.

  2. manek napisał(a):

    aha, jeszcze jedno, Rakiety trafiają średnio 10,6 rzutów za trzy, a z tekstu wynika, że oddają tyle prób.

    • Paweł Kołakowski napisał(a):

      Zgadza się – 10,6 avg celnych rzutów. Mój błąd :) jeśli jednak chodzi o Parsonsa to wskoczył do pierwszej piątki po fatalnym starcie zeszłego sezonu (3-7) w miejsce Budingera do S5 i wtedy zaczął więcej grać. Motiejunas nie grałby tyle, gdyby w składzie był Morris z Pattersonem. Robinson jeśli dobrze się wprowadzi szybciej zacznie odgrywać ważną role w zespole. Co do Beverlyego czy Smitha to nie są typowi rookie… i kontakt z zawodową koszykówką mieli obaj… ( to samo dotyczy Moteijunasa) w przeciwieństwie do Jonesa, Machado, White’a czy nawet Lamba, który w OKC też zawrotnej kariery nie robi…

  3. manek napisał(a):

    Lamb i White od początku byli znakami zapytania, Lamb przez mizerna warunki fizyczne, White przez stany lękowe. Raczej było wiadomo, że w debiutanckim sezonie nie pograją zbyt wiele. Problem chyba w tym, że rockets w pierwszej rundzie wybierali najlepszych, którzy byli dostępni, za to później dobrali graczy, którzy pasują McHale’owi i stąd większa rola Beverley’a, Smitha i Motiejunasa.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *