Lakers wciąż bez wygranej w styczniu

Lakers800px-San_Antonio_Spurs_logo.svgCzy bez Gasola i Howarda mający wielkie problemy z grą Lakers mogli mieć szanse w San Antonio? Zdrowy rozsądek podpowiada że nie, ale koszykówka jest nieprzewidywalna, a wynik wczorajszego meczu ważył się do ostatniego posiadania.

Iskrą w obozie Mike’a D’Antoniego okazał się Earl Clark, który wchodząc z ławki rzucił 22 punkty i zebrał 13 piłek. Bohaterem gospodarzy był zaś duet Tony Parker (24 punkty, 6 asyst) i Manu Ginobili (19 punktów, 8 zbiórek).

Drużyna Bilans I kw. II kw. III kw. IV kw. Wynik
Los Angeles Lakers 15-20 17 28 30 30 105
San Antonio Spurs 28-10 24 30 31 23 108

Przebieg spotkania

Już od pierwszych minut spotkania można było zobaczyć gdzie Spurs widzą największe przewagi. Tony Parker bezustannie atakował pilnujących go Morrisa, a pod koszem Tim Duncan wykorzystywał doświadczenie w pojedynku przeciwko Sacre. W połowie kwarty mieliśmy wynik 10-12, a wspomniany duet gospodarzy odpowiadał za wszystkie punkty swojego zespołu.

Pozbawieni swojego podstawowego frontcourtu gracze D’Antoniego przegrywali rywalizację na desce, ale także (co nie powinno się zdarzać, biorąc pod uwagę to jak bardzo potrzebne są im zwycięstwa) walkę o niczyje piłki. Wprowdzenie Jacksona i świetny blok Big Fundamentala sprawiły, że przewaga wzrosła do ośmiu punktów.

Co ciekawe, Spurs nie musieli się specjalnie wysilać by mieć czyste pozycje do rzutu. Jeżeli tylko trochę przyspieszyli grę to po jednym-dwóch podaniach zawsze gubili słabiutką obronę Lakers. Nie chcę się znęcać nad drużyną, która ewidentnie ma kłopoty, ale uważny obserwator zauważy wielką niepewność w defensywie LAL. Nie ma automatyzmu, bo nie ma żadnego schematu. Gdy rywal minie gracza, ten zupełnie nie wie co ma robić. To wszystko bardzo dobrze widać po tym, że w obronie gracze D’Antoniego cały czas obracają głowy by zobaczyć gdzie są ich partnerzy. W NBA, gdzie gra jest tak szybka i przeciwnicy wykorzystują każdy błąd nie ma na to czasu.

Próbujący coś zmienić trener gości wprowadził na plac gry Earla Clarka. 24-letni skrzydłowy świetnie zareagował. Dobrze bronił przeciwko wyższym graczom, walczył o zbiórki (choć Splitter dwa razy go zaskoczył), a także trafiał po wykreowanych przez partnerów akcjach. Jego zupełnym przeciwieństwem był Meeks, który zamiast koncentrować się na tym co potrafi (czyli w zasadzie tylko spot up shooting) próbował kreować akcje po dryblingu.

W tym momencie grę Lakers wziął na swoje barki Steve Nash. Doświadczony rozgrywający najpierw sam zaczął punktować, a po chwili dorzucili się Clark, Duhon i Sacre (ostatnia fascynacja jego dobrymi rękami chyba odeszła już zapomnienie, wczoraj podania odbijały się od niego jak od ściany), a tablica wskazywała już tylko 37-40.

Po chwili jednak defensywa LAL znowu się totalnie pogubiła, zostawiając zupełnie (to nie jest figura słowna) niepilnowanego Ginobili’ego. Minęły dwie minuty i to samo było z Leonardem pod koszem. Po chwili Bryant zaspał przy wejściu Parkera co skończyło się wsadem Manu i do szatni zespoły schodziły przy wyniku 45-54.

Mimo wciąż kiepsko grającego Bryanta (w pierwszej połowie miał tylko 2 celne rzuty z gry), goście cały czas utrzymywali dystans dający im szansę na końcowy sukces. Po chwili frustracja mających problemy z punktowaniem Lakers objawiła się dwoma faulami technicznymi (Morris i Bryant). Tymczasem równo grający Spurs odskoczyli na 13 punktów. Dobrym przykładem dysproporcji między pomysłem na grę obu ekip były trójki jakie wymienili Kobe i Danny Green. Mamba trafił z ponad 9 metrów przy biernych partnerach, a po chwili Green odpowiedział z czystej pozycji po dobrym podaniu Parkera.

Najrówniej grającym graczem LAL był cały czas World Peace, ale w trzeciej kwarcie można było ewidentnie zobaczyć, że Bryant chce przejąć mecz. Po kolejnym jego niecelnym rzucie i trafieniach Leonarda i Parkera wynik wskazywał już jednak 66-83. Lepsza końcówka kwarty w wykonaniu gości sprawiła, że przed czwartą kwartą różnica wynosiła 10 punktów.

Ostatnie 12 minut rozpoczęło się od wymiany ciosów między Clarkiem i Jacksonem. Świetnie grający tego wieczoru skrzydłowy Lakers nie był jednak w stanie zmniejszyć cały czas dwucyfrowej straty, a Jax raz za razem trafiał z dystansu.

Gdy wydawało się, że mecz jest rozstrzygnięty znów włączył się Bryant. Jego kolejne punkty w połączeniu z dwoma faulami technicznymi Jacksona sprawiły, że na tablicy było już tylko 100-105. Wzmocniona obrona i dobra sekwencja podań w ataku sprawiły, że mieliśmy tylko 3 punkty różnicy. Goście mieli przynajmniej trzy szanse by zbliżyć się na jeden punkt lub wyrównać, ale albo pudłowali z dystansu, albo źle rozgrywali akcję w kontrze.

SAS nie grali lepiej, ich kolejne akcje w ataku były rwane co jest bardzo nietypowe dla teamu Popovicha.  Posuchę przerwał dopiero Ginobili trafiając z dystansu. W tej chwili wynik wskazywał 102-108. Game over? Nie dla Earla Clarka, który błyskawicznie odpowiedział trójką. Po chwili Parker zaliczył stratę i na 10.4 sekundy do końca piłkę z szansą na remis mieli Lakers.

Piłka trafiła oczywiście do Bryanta, który był jednak bardzo dobrze pilnowany przez Leonarda. Skończyło się na długiej trójce przez ręce, która odbiła się od obręczy. Goście otrzymali jeszcze jeden rzut po tym jak piłka trafiła do Clarka. Jego rzut rozpaczy był jednak również niecelnie i piąta porażka z rzędu LAL stała się faktem.

Wiem, że wszyscy chcą w tej chwili znęcać się nad Lakers i twierdzić, że nie wejdą nawet do playoff. Ja chciałbym zauważyć, że wczoraj, grając bez swojego frontcourtu sprawili sporo problemów i utrzymali się w grze do końca na wyjeździe przeciwko zmotywowanym Spurs. To jest coś.

Kto by pomyślał, że kibice Lakers będą tęsknili za tak nieefektownymi graczami jak Turiaf czy Barnes. Może po latach naśmiewania się z Clippers będą musieli wykorzystać ich tegoroczne doświadczenie, że by wygrywać w NBA nie wystarczy mieć tylko zawodników regularnie występujących w Top 10, ale też walczaków.

Pozostałe notatki:

  • Spurs zatrzymali LAL na 45 punktach w pierwszej połowie. Dziennikarz pyta Parkera: „Co chcecie poprawić w drugiej połowie?”. Obronę. Love it.
  • Robert Sacre powinien dostać burę w szatni. Widząc, że ma duże problemy ze skutecznością nie powinien oddawać tak wielu rzutów (2/9).
  • Dwight Howard będzie poza grą przez przynajmniej tydzień, gdy przejdzie kolejne badania.
  • Jeremy Lin zabierający miejsce w ASG Tony’emu Parkerowi to dobry żart.
  • Sędziowie trochę wczoraj przesadzili z ilością fauli technicznych (5).

Filmowe podsumowanie spotkania

[youtube=http://youtu.be/LlwtSF4mzx8&w=585]

Boxscore

Lakers: World Peace 23, Sacre 4, Nash 14, Morris 2, Bryant 27, a także Jamison 8, Clark 22, Duhon 3, Meeks 2

Spurs: Duncan 8, Splitter 14, Leonard 11, Parker 24, Green 6, a także Jackson 14, Diaw 0, Neal 12, Ginobili 19

Mateusz Babiarz

Manager i biznesmen, a po godzinach pasjonat NBA. Od lat kibic San Antonio Spurs i Philadelphia 76ers. Fan Popovicha, ostrej gry dawnych Pistons i fryzur Andrew Bynuma.

4 komentarze

  1. Marcin pisze:

    Kobe niestety w tym sezonie ciągnie w dół LAL strasznie. Sam notuje niezłe statystyki ale nie pozwala na rozegranie się Nashowi ani tym bardziej Howardowi. Za dużo jest w tym zespole ludzi którzy muszą być pierwszoplanową postacią w czasie meczu. Ósemki w tym roku nie będzie.

    • Radek pisze:

      hahahahahahaha Taki komentarz adekwatny, do tych wypocin…

    • Marcin pisze:

      Komentarz może trochę nie adekwatny do artykułu, ale po tym meczu kolejny raz zauważyłem, że jak Kobe gra słaby/średni mecz to LAL gra stosunkowo dobrze (patrz mecz powyżej) i jest to wg mnie zasługa tego, że inni mają więcej do powiedzenia. A jak gra dobre spotkanie (czyli 30+ i jest główna opcją w grze) to niestety Lakers wypadają kiepsko.

    • Radek pisze:

      I sądzisz, że to jego wina? Że gdy on ma 15-25 FG, to w którymś meczu MWP,Gasol,Morris i Meeks meli RAZEM 5-27 bodajże? Bez jaj…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *