Wreszcie Linsanity w Houston

Kibice w Houston wreszcie doczekali się znakomitego występu Jeremy Lina, którym nawiązał do swoich występów z czasów New York Knicks. Niestety okazało się to niewystarczające na San Antonio Spurs, którym Rakiety uległy po dogrywce 134-126.

Na taki występ Jeremy Lina fani Rockets czekali od czasu przyjścia absolwenta Harvardu do drużyny. Trzeba szczerze powiedzieć, że w żadnym wcześniejszym występem nawet w połowie nie przypominał gracza z minionego sezonu. Oczywiście należy pamiętać, że borykał się z kontuzją kolana i można tym usprawiedliwiać jego przeciętną, żeby nie powiedzieć słabą dyspozycję. Niemniej jednak dzisiejszym występem przeciw San Antonio Spurs bardzo wysoko zawiesił sobie poprzeczkę na następne spotkania.

Warto podkreślić, że do meczu w Toyota Center gospodarze przystąpili bez swojego lidera – Jamesa Hardena, który narzeka na kostkę. Jak widać Lin najlepiej się sprawdza, kiedy w zespole nie ma liderów, bo w Knicks jego talent eksplodował, gdy Carmelo Anthony i Amare Stoudemire nie grali z powodów kolejnych urazów.

Spotkanie w Houston miało bardzo wyrównany przebieg. Obie drużyny świetnie trafiały z za linii 7,24. Niech świadczy o tym fakt, że Chandler Parsons trafił 4 na 8 prób, Lin na pięć prób pomylił się tylko raz, a Toney Douglas rzucił 5 trójek przy 7 rzutach z za łuku.  Prawdziwym bohaterem w tym elemencie gry był jednak zawodnik drużyny przeciwnej. Gary Neal trafił, aż siedem trójek na 10 prób, w tym jedną w doliczonym czasie gry.

Przy stanie 120-120 na około 10 sekund przed końcem czwartej kwarty piłkę w rękach miał Jeremy Lin, który miał okazję rozstrzygnąć losy meczu. Niestety dla gospodarzy miał na przeciw siebie świetnie broniącego Danny Greena i jego akcja zakończyła się stratą, a tym samym podopieczni Grega Popovicha zyskali szansę na wygraną. Ich akcja jednak także nie zakończyła się powodzeniem. Świetnie w obronie spisał się Omer Asik, który zablokował Tima Duncana i obie ekipy czekało kolejne 5 minut rywalizacji.

W dogrywce o wiele lepsi okazali się goście, którzy swoim doświadczeniem wyraźnie górowali nad młodą ekipą Rakiet. Wygrali dogrywkę 14-6 bezlitośnie punktując wszystkie błędy rywali. Widoczny także był brak Hardena w tym okresie gry, gdyż zmęczony Lin nie prezentował się już tak dobrze, a reszta jego partnerów nie za bardzo chciała wziąć odpowiedzialność za grę ofensywną na swoje barki. Ostatecznie Spurs pokonują Rockets 134-126.

Wspomniany Jeremy Lin zaliczył 38 pkt co jest jego rekordem kariery. Do swojego dorobku dodał 7 asyst i był najjaśniejszą postacią swojej drużyny. Znakomicie zaprezentował się Omer Asik. Turek najwyraźniej wyciągnął wnioski z nieudanego spotkania z piątku, kiedy to dał się zdominować Duncanowi. Dziś rzucił 21 pkt (najwięcej w swojej historii występów na parkietach NBA), a także zebrał 10 piłek.

W San Antonio rewelacyjnie zaprezentował się Tony Parker. Obok 27 punktów zebrał 12 piłek i asystował 12 razy, tym samym kompletując triple-double. Swój dzień miał też Gary Neal, który był nie do zatrzymania na łuku. W sumie zgromadził na swoim koncie 29 pkt. Słabo dziś zagrał natomiast Tim Duncan. Trzeba przyznać, że spora w tym zasługa Asika. Gracz Spurs trafił tylko jeden rzut z gry na dziewięć prób, ale nie przeszkodziło mu to na uzyskanie double-double. Swoje 10 pkt skompletował głównie dzięki celnym rzutom wolnym, a dołożył do tego jeszcze 10 zbiórek.

Mecz Spurs – Rockets był prawdziwym popisem strzeleckim z dystansu. Goście trafili 14 rzutów za 3 na 30 prób. Mimo przegranej lepsi w tym elemencie okazali się koszykarze z Houston, którzy przy takiej samej ilości prób trafili 16 razy. Elementem decydującym o wygranej San Antonio były przede wszystkim punkty ze strefy podkoszowej. Tutaj swoimi penetracjami brylował Parker, a Spurs byli lepsi w stosunku 56-38.

SAN ANTONIO SPURS (18-4) – HOUSTON ROCKETS (9-11) 134-126 OT

(23-27, 41-36, 27-30, 29-27, 14-6)

G. Neal 29 pkt, T. Parker 27 pkt, M. Ginobili 22 pkt – J. Lin 38 pkt, O. Asik 21 pkt, Ch. Parsons 20 pkt)

Paweł Kołakowski

Od lat wierny kibic Houston Rockets i wielbiciel Charlesa Barkleya (głównie z czasów gry w Suns). Wychowany na transmisjach NBA w TVP2 wspominający z łezką w oku te godzinne transmisje w piątkowe popołudnia z komentarzem Szaranowicza i Łabędzia :). Ahh te lata 90-te :)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *