5-na-5: wspominamy czasy Retro.

Dziś zajmiemy się tematem ulubionym w naszej redakcji, zwłaszcza dla tych, którzy są już przed trzydziestką lub chwilę po. Mianowicie cofniemy się do czasów, kiedy czekaliśmy na na jakieś notki z NBA w Gazecie Wyborczej (Fruwając pod Koszem), ze zniecierpliwieniem polowaliśmy na nowy Skarb Kibica w Przeglądzie Sportowym, kiedy tygodnik Basket raczył nas opisami spotkań naszych ulubionych graczy i drużyn oraz na rynku panował Magic Basketball. Popatrzymy też oczywiście w stronę telewizji oraz transmisji na starych sportowych kanalów jak ScreenSport czy DSF (niektórzy z Was mogą kojarzyć JUMPrun z SAT1); naszych nocnych ulubieńców – Włodzimierza Szaranowicza i Ryszarda Łabędzia ze słynnym „Hej, Hej tu Enbiej”! Jak pamiętacie – zawsze (najpierw w soboty a następnie w piątki) raczyli nasz starymi transmisjami spotkań, ale choć wyniki znane były nam już wcześniej to i tak prezentowali nam wspaniałą koszykarską ucztę spod znaku NBA.

Oto zestaw na dziś:

1. Od kiedy zaczęła się Twoja przygoda z koszykówką NBA i czy pamiętasz pierwszy mecz lub wydarzenie, które śledziłeś?

2. Podaj drużynę której kibicowałeś oraz nazwiska ukochanych graczy?

3. Jaka koszykówka przypadła Ci najbardziej do gustu w starych czasach, show time Lakers, triangle offense Bulls czy tough defense Bad Boys lub Knicks?

4. Wymień Twoją piątkę graczy All – Time?

5. Których graczy nazwałbyś straconymi talentami a których chętnie zobaczyłbyś dziś w konfrontacji z Jamesem, Bryantem lub Howardem?

1. Od kiedy zaczęła się Twoja przygoda z koszykówką NBA i czy pamiętasz pierwszy mecz lub wydarzenie, które śledziłeś?

Mateusz Babiarz: Od PLK i pojedynków WKSu z Mazowszanką Pekaes. Potem już jakoś poszło, ale pamiętam że na boisku nie myślałem wtedy o Barkley’u, Jordanie, Duncanie czy Malone, a o Wójciku, McNaullu, Miglinieksie, Zielińskim i Tomczyku. Potem wraz z większą świadomością koszykarską i spadkiem poziomu naszej ligi zacząłem się bardziej interesować NBA, a na dobre wpadłem na studiach gdzie w sumie blisko rok spędzilem w USA.

Wojtek Konieczny: Początek mojego zainteresowania NBA to rok 1991 i finały Lakers-Bulls. To zasługa starszych braci, którzy byli jednymi z pionierów interesowania sie tym tematem w naszej okolicy, a którym zawdzięczam także sporo innych zainteresowań w dzieciństwie (od muzyki przez filmy na video:). Pierwszego meczu nie pamiętam, początki są bowiem dla mnie dość mgliste. Prawdziwie świadome kibicowanie zaczęło się w 1994 roku, kiedy boom na kosza robił się coraz większy – kupowało się gazety o koszykówce, gadżety związane z zespołami (obowiązkowa czapeczka Bulls, koszulka Orlando i kurtka Rockets – eklektyzm pełną gębą:).

Marek Miłuński: Pamiętam jak przez mgłę pierwszy tytuł Byków. Nie pamiętam, czy wcześniejszy sezon był już pokazywany w TVP, jeżeli tak, to też oglądałem wcześniejszy. W każdą niedzielę około 12 był około 45 minutowy skrót wieczornego meczu. Pierwszym wydarzeniem, które zapamiętałem była finałowa seria Byków z Trail Blazers, czyli Jordan vs Drexler. Jakoś nie byłem wtedy fanem Byków, dopiero później mi się to zmieniło.

Paweł Panasiuk: Zaczęła się oczywiście od momentu kiedy pierwszy raz usłyszałem magiczne hasło: „Hej, hej, tu NBA!” Słyszałem już wcześniej, na podwórku, o takim gościu co nazywał się Michael Jordan i podobno dużo wygrywał. Tak się składało, że akurat wrócił do gry bo podobno miał kaprys i chciał grać w baseball. Oglądałem playoffs i myślałem sobie: „Kurczę, ten gość jest całkiem niezły!” Ale jednak Orlando Magic i Nick Anderson już w pierwszym meczu udowodnili, że są lepsi. Wtedy powątpiewałem trochę w to czy on faktycznie jest najlepszy. Potem jednak, Jordan wygrał mistrzostwo nie raz, nie dwa, nie….wygrał kilka razy :)

Wojciech Świąder: Bardzo wcześnie bo mając 5-6 lat zobaczyłem swój pierwszy mecz i od tego czasu dosłownie zakochałem się w baskecie co zresztą pozostało mi do dziś. Nie umiałem jeszcze dobrze pisać podstawowych wyrazów z języka polskiego natomiast imiona i nazwiska zawodników jak i nazwy drużyn NBA potrafiłem napisac bezbłędnie w wielu zeszytach w których prowadziłem różnego rodzaju statystyki,które uwielbiałem prowadzić za małego. Nie pamiętam dokładnie pomiędzy kim rozgrywany był pierwszy mecz jaki zobaczyłem,wiem za to na pewno,że grali Suns a pierwszy gracz jakiego ujrzałem to Kevin Johnson z siódemka na plecach.

Karol Śliwa: Wiele razy próbowałem przypomnieć sobie jak to wszystko się zaczęło – i średnio mi to wychodzi. Wydaje mi się, że nie ma jakiegoś konkretnego wydarzenia czy meczu. Pamiętam jednak, że kiedy pierwszy raz zobaczyłem NBA byłem w szoku jak oni grają, jak się poruszają, jaki to jest show. To była miłość od samego początku. Z piłką nożną jakoś nigdy mi nie szło ani w graniu ani w kibicowaniu a z NBA od razu wiedziałem, że to jest to, że ten sport w takim wydaniu jest dla mnie. To były początki lat 90′ Michael Jordan, Scottie Pippen, Charles Barkley, John Stockton i cała reszta wielkich gwiazd – zrobili mi niezłą robotę w mózgu, która działa do dziś:) Jedno jest pewne – jako, że w mojej rodzinie nie było tradycji koszykarskich, to ja sam jako mały brzdąc odkryłem basket dla siebie.

Woy: Zaczęło się od finałów Lakers z Pistons z 1988 roku, a wątek ten szerzej rozwinąłem poniżej. Następnie było szukanie transmisji w ScreenSporcie (byłem jednym z pierwszych osób w swojej klasie mogących cieszyć się kablówką, na którą czekaliśmy od zapisu w kolejce, okrągły rok). Potem były skróty lub programy na SAT1, DSF-ie oraz CNN (przed wyjściem do szkoły znałem wyniki z nocy i dzieliłem się z nimi kolegami czy nauczycielami, zwłaszcza podczas play offs). Pierwszym meczem na żywo, który obejrzałem był All Star Game 1992 i pożegnanie Magica Johnsona. W TV polskiej pierwszymi pełniejszymi finałami były Blazers – Bulls 1992. Dodam też, że fascynację ligą NBA przelewałem na papier, prowadząc zeszyty ze składami drużyn oraz własnoręcznie stworzonymi emblematami drużyn (zabierałem je do szkoły i pokazywałem kolegom m.in. dyskustując o koszu;-), zainteresowali się też nimi nauczyciele).   Takim miodem na serce było podziwanie oryginalnego Dream Teamu podczas Igrzysk 1992 roku.

2. Podaj drużynę której kibicowałeś oraz nazwiska ukochanych graczy?

Mateusz Babiarz: W zasadzie wymieniłem ich wcześniej. WKS Śląsk Wrocław i Adam Wójcik, zdecydowanie. Później byli Pistons z Sheedem i Big Benem, a dalej Spurs (Robinson, Duncan, Bowen), których pokochałem za styl i Sixers z Iversonem po tym jak mieszkałem w Pensylwanii.

Wojtek Konieczny: Jeśli zaczęło się kibicować na początku lat 90. to trudno, aby ukochaną drużyną był ktokolwiek inny, niż Bulls :). Nieco później – za sprawą Spree – stałem się wielkim fanem Warriors, a gdy przeszedł do Knicks, moim nr 1 zostali właśnie nowojorczycy :). Przez całe lata 90. niezmienną sympatią darzyłem także Portland – przez mało który zespół przewinęło się bowiem tylu ciekawych zawodników, a tak wówczas miałem, że sympatia do graczy warunkowała sympatię dla zespołu. Stąd też wysokie miejsca w rankingu „ulubionych” zajmowali też Suns, Rockets i SuperSonics.
Ukochani gracze? Oczywiście MJ – nie mogło być inaczej, dalej Latrell Sprewell, Larry Johnson, Cliff Robinson i gdy pojawił się w NBA – Rasheed. Poza tym – co oczywiste – dwójka z Chicago, Scottie i Dennis, a w tle tacy gracze, jak Glen Rice, Chris Webber i Olajuwon. Jak widać bez rozgrywających, ale gracze z tej pozycji jakoś nigdy nie należeli do moich ulubieńców.
Najstarszy brat jednak całe dzieciństwo przekonywał mnie, że i tak najlepszy jest Clyde Drexler a ja się nie znam…

Marek Miłuński: Detroit Pistons i Isiah Thomas. Bez dwóch zdań. Po odejściu Thomasa przeniosłem swoją miłość na Joe Dumarsa, a potem konsekwentnie na Granta Hilla. Niestety jego kariera była jednak zdominowana przez kontuzję więc po pierwszym powrocie Jordana na widelcu już były klasycznie Byki. Sezony 99-08 śledziłem NBA raczej pobieżnie kibicując głównie Sacramento Kings i Chrisowi Webberowi, no i do 2002 Jordanowi. Do ponownego zainteresowania NBA przywrócił mnie nasz ziomek Marcin Gortat. Potem od 2008 już tylko Boston Celtics i Paul Pierce.

Paweł Panasiuk: Nie będę oryginalny jeśli powiem, że Chicago Bulls i Jordanowi. Pamiętam, że przegrywałem sobie wcześniejsze mecze RS i PO na kasetach VHS, te sprzed 1995 roku. Wtedy też zacząłem doceniać rewelacyjnego gracza jakim był Clyde Drexler. Zacząłem kolekcjonować wszystkie mecze Blazers, co niestety okazało się bardzo trudne. Mało kto im kibicował, a Clyde był już wtedy w Houston. Lubiłem oglądać Barkleya, poza tym, że był świetnym graczem, miał też bardzo specyficzne zachowanie na boisku, jak i poza nim oraz udzielał „bardzo ciekawych” wywiadów. Oczywiście uwielbiałem też latających Shawna Kempa i Dominique’a Wilkinsa. Dopiero kilka lat poźniej doceniłem jak wielkim graczem był Nique, który stał się jednym z moich ulubionych zawodników.

Wojciech Świąder: Właśnie Suns od zawsze są drużyna najbliższą memu sercu. Jeżeli chodzi o zawodników to najpierw fascynowałem sie grą Kevina Johnsona,nieco później zacząłem oglądać nowojorskich Knicks ze Starksem,Houstonem i Sprewellem na czele. Po roku 2000 natomiast zostałem wielkim fanem Iversona i całych Sixers i do dziś na grę tych drużyn spoglądam z największym zaciekawieniem.

Karol Śliwa: Będę mało oryginalny – Chicago Bulls i Michael Jordan. Poza M.J’em lubiłem grę Charlesa Barkley’a, Patricka Ewinga, młodego Jasona Kidda i Granta Hilla i wielu innych.

Woy: Najpierw Los Angeles Lakers i Magic Johnson, gdyż to ich ujrzałem pierwszych (miłość od pierwszego wejrzenia;-) , a było to podczas finałów z Pistons w 1988 roku. Okrojone relacje z dwóch spotkań finałowych pozwolił 9-letniemu synowi ogladąć mój Tato. Co ciekawe jedna z nich była ok 22. w Sportowej Niedzieli, druga tydzień później w programie Drugim, w poniedziałek. I teraz najlepsze; było tak, że byłem przekonany, iż widziałem już to spotkanie, gdyż nie zdawałem sobie sprawy, że istnieje coś takiego jak Best-of-Seven;-)) Po zakończeniu kariery przez Magica przerzuciłem swoje zamiłowania w stronę Dominique’a Wilkinsa i Scottiego Pippena plus naturalnie – bo najczęściej ich pokazywano – Chicago Bulls. Zawsze też imponowali mi pod względem jakości rzutu Chris Mullin oraz Mark Price.

3. Jaka koszykówka przypadła Ci najbardziej do gustu w starych czasach, show time Lakers, triangle offense Bulls czy tough defense Bad Boys lub Knicks?

Mateusz Babiarz: Zdecydowanie ostatnia. Chyba dlatego, że sam na boisku jestem raczej wyrobnikiem, któremu bliżej jest do Wallace’a niż Worthy’ego, Johnsona czy Jordana.

Wojtek Konieczny: W tamtych czasach nie miałem większego pojęcia o taktyce – oglądało się mecze patrząc na zawodników, poza tym dostęp do spotkań był nieporównywalnie mniejszy, a takich Warriors to mogłem sobie pooglądać co najwyżej w highlits albo raz na pół roku, gdy grali z Bulls. Tu więc się nie wypowiem, ale jeśli już, to postawiłbym na Knicks, bo w ich przypadku już dość świadomie mogłem obserwować taktykę drużyny.

Marek Miłuński: Jako fan Thomasa mogę powiedzieć tylko jedno – Detroit Pistons.

Paweł Panasiuk: Zdecydowanie Bulls, zwłaszcza Ci z sezonu 95/96. Grali świetnie w obronie – Rodman, Pippen, Jordan; rzucali dużo z dystansu – Steve Kerr, Kukoc; grali dość solidnie pod koszem – Luc Longley. No i wygrali 72 mecze. Mieli po prostu „whole package”!

Wojciech Świąder: Zdecydowanie Bad Boys Pistons. Zawsze lubiłem graczy z silnymi charakterami,grających czasami nawet nieco „brudną” koszykówkę i nie koniecznie zawsze robiących prawidłowe rzeczy i zgodne z duchem gry.

Karol Śliwa: Każda. Jako dziecko lubiłem, zresztą lubię do dziś po prostu dobry basket. A przez dobry basket rozumiem wiele aspektów gry. Chyba na tym polega piękno koszykówki, że można dochodzić do celu na wiele sposobów a każdy z nich może być atrakcyjny. Lubię szybką grę z kontr nie mniej niż twardą obronę. Poukładany, zbilansowany atak jak u na równi z intuicyjnym graniem. Po prostu I love this game!:)

Woy: Los Angeles Lakers w erze show time i Magica Johnsona. E.J. to był typowy first pass player, niezwykle wszechstronny, mogący grać na kilku pozycjach, a na dodatek cieszący się grą (masa uśmiechu na twarzy w każdym spotkaniu). Jego skarbem było to coś, co wg mnie ma w sobie Ricky Rubio tzn. każdy gracz przy nim zyskuje oczko lub dwa wyżej na jakości, stając się po prostu lepszy(Byron Scott, James Worthy, Vlade Divac etc.). Ponadto każdy zawodnik uwielbia/uwielbiał z nim grać! Nie ma lepszej rekomendacji dla zawodnika i znam bardzo małą liczbę postaci cieszących się takim uznaniem.

4. Wymień Twoją piątkę graczy All – Time?

Mateusz Babiarz: Ponieważ to moja piątka to nie muszę wybierać najlepszych z najlepszych (stąd brak np. Magica). PG: Payton; SG: Jordan; SF: Bird; PF: Malone; C: Duncan.

Wojtek Konieczny: Ale najlepsi, czy ulubieni? Bo jeśli ulubieni, to gram tak: „Jordan rozgrywa, Spree rzuca, Larry z Cliffem na skrzydłach, a Sheed na centrze, a na ławce Rice, Webber, Olajuwon, Pippen, Rodman. Graczy sprzed 1991 nie wybieram, bo poza archiwalnymi meczami i fragmentami spotkań nie miałem szansy ich oglądać.
Stąd też moja piątka graczy „All-Time” ograniczy się do lat 1991-2012 i wygląda tak: Stockton-Jordan-Pippen-Malone-Olajuwon – w przekroju ostatnich 30 lat na swoich pozycjach ci zawodnicy byli po prostu najlepsi, tyle.

Marek Miłuński: All-Time to za dużo, powiedzmy od 1990 (czyli od czasów, które pamiętam, już bez Magica i Larry’ego). John Stockton – Michael Jordan – LeBron James – Kevin Garnett – Hakeem Olajuwon. Druga piątka byłaby: Isiah Thomas – Kobe Bryant – Scottie Pippen – Karl Malone/Charles Barkley (trudno mi się zdecydować) – Shaquille O’Neal.

Paweł Panasiuk: Bez konkretnej kolejności: Michael Jordan, Larry Bird, Magic Johnson, Wilt Chamberlain, Hakeem Olajuwon.

Wojciech Świąder: Allen Iverson – Kevin Johnson – Latrell Sprewell – Robert Horry – Theo Ratliff.

Karol Śliwa: Stockton, Jordan, Pippen, Garnett, Shaq/Olajuwon.

Woy: Ulubieni, bez wyróżnienia pozycji – Magic Johnson – Dominique Wilkins – Scottie Pippen – David Robinson – Robert Horry. Najlepsi na swojej pozycji, których oglądąłem do dziś:  Magic Johnson – Michael Jordan – LeBron James – Larry Bird – Hakeem Olajuwon.

5. Których graczy nazwałbyś straconymi talentami a których chętnie zobaczyłbyś dziś w konfrontacji z Jamesem, Bryantem lub Howardem?

Mateusz Babiarz: Zawsze żałowałem, że Iversonowi nie wyszła końcówka kariery. Mógł jeszcze być wartościową postacią przez dodatkowe 2-3 sezony, ale jego charakter chyba na to nie pozwolił. Sięgając dalej podobnie było ze Sprewellem, którego bardzo, bardzo lubiłem. W obecnej NBA brakuje mi Odena (wciąż wierzę, że może wrócić) i Roy’a, który już chyba nigdy nie będzie sobą.

Wojtek Konieczny: James z Pippenem, Bryant na tle Drexlera i Jordana w formie choćby z lat 96-98, przede wszystkim jednak ciekawiłyby mnie występy wielkich środkowych z lat 90. w starciu z dzisiejszymi środkowymi. Howard od lat jest najlepszym graczem na tej pozycji, ale na tle Ewinga, Mutombo, Mourninga, Olajuwona, O’Neala i Robinsona z ich najlepszych lat mógłby się okazać ledwie niezłym podkoszowym.
Stracone talenty? Całe mnóstwo – mi najbardziej żal Larry’ego Johnsona, który miał potencjał być wielkim zawodnikiem, ale zżarły go kontuzje.

Marek Miłuński: Mimo wszystko uważam Allana Iversona za największy stracony talent. Moim zdaniem miał potencjał by być wymieniany jednym tchem z Johnsonem, Jordanem, Bryantem, Jamesem jako jeden z 10 najlepszych graczy w historii. Kontuzje nie pozwoliły kilku graczom na prawdziwy rozkwit. Przychodzą mi do głowy Anfernee Hardaway, Grant Hill, czy Dwayane Wade, z których każdy mógł osiągnąć znacznie więcej. Chętnie zobaczyłbym prawdziwych centrów – Davida Robinsona, Pata Ewinga czy Shaqa. Jestem ciekawy jak na ich tle wypadałby Howard. Dałbym również wiele, aby zobaczyć czy Scottie Pippen dałby radę w obronie LeBronowi.

Paweł Panasiuk: Zdecydowanie zobaczyłbym Nique’a, który niestety oddany do Clippers zaczał się staczać pod względem formy i już nigdy jej nie odzyskał, a szkoda. Oczywiście zobaczyłbym prime Wilta i Shaq’a, którzy razem z Howardem walczyliby o miano najlepszego centra. Ciekawe czy Wilt przestawiałby Shaq’a jak kukiełkę (jak ostatnio stwierdził Bill Russel)? Myślicie, że Big O osiągnąłby średnią triple double? Chciałbym też, żeby kontuzje oszczędziły trzech naprawdę dobrych graczy – McGrady’ego, Steviego „Franchise’a” i Granta Hilla. Tych trzech graczy było, w pewnym okresie swojej kariery, zawodnikami Orlando Magic. Wyobraźcie sobie ich zdrowych, grających razem…M-mmm!

Wojciech Świąder: Odpowiadając najpierw na drugą część pytania,na tle dzisiejszych gwiazd ligi chętnie bym zobaczył graczy starej daty,nie grających tak siłowo,nie będących takimi atletami,zawodników,którzy przede wszystkim wykorzystywali swój spryt,technikę do tego aby rządzić parkietem i myślę,że byłby to ciekawe doświadczenie a każdy chętnie by zobaczył,która szkoła basketu jest lepsza. Co do pierwszej części pytania to takich graczy jest na pewno wielu,niektórzy zawodnicy jak Kwame Brown ,Darko Milicić,Michael Olowokandi czy 3/4 chyba jednego z najsłabszych draftów w historii NBA z rocznika 2000 po prostu nie sprostali oczekiwaniom. Są też zawodnicy,którzy nie mogą spełnic pokrywanych w nich nadzieji,gdyż są zatrzymywani przez kontuzje jak Greg Oden czy Andrew Bynum.

Karol Śliwa: Grant Hill, Penny Hardaway – żeby wymienić tylko dwóch. Uważam a raczej jestem pewny, że gdyby nie poważne kontuzje (Hill kostka, Penny kolano) to o obu moglibyśmy mówić na równi z innymi, którzy przeszli do historii ligi. Hill w latach swojej świetności był jak dziś LeBron James. Na boisku robił dosłownie wszystko, dominował choć nie był tak silny jak James. Kontuzja kostki zabrała mu najlepsze lata w karierze. Penny czarował swoją grą w pierwszych latach swojej kariery w Orlando. Po poważnej kontuzji kolana, nigdy nie wrócił na dawny poziom.
Przez lata przewinęło się wielu graczy, którzy zmarnowali lub nie wykorzystali do końca swoich talentów. Sława i duże pieniądze to mieszanka, która zniszczyła niejedną psychikę.

Woy:  Konfrontacja – LeBron James kontra Scottie Pippen z zapytaniem czy Pip zatrzymałby LBJ’a na poziomie 15pkt i masie niecelnych rzutów? W dalszej kolejności Dwight Howard kontra Hakeem Olajuwon z podtekstem czy the Dream nie zrobiłby z najlepszego defensora ostatnich lat „wiatraka” niczym z Davida Robinsona podczas play offs 1995?? Stracone talenty to mimo wszystko Grant Hill, który tylko w pierwszych latach kariery pokazał nam swój ogromny potencjał.  Myślę, że też za szybko zakończyły się kariery takich ciekawych combo jak Steve Francis oraz Allen Iverson. Zdecydowanie zdobyli za mało laurów jak na ich nieprzeciętne umiejętności.

3 komentarze

  1. pete1977 pisze:

    Pippena pamiętam doskonale i też chciałbym zobaczyć czy LeBron przekroczył by 15 pkt. dla mnie wyznacznikiem klasy Pippena było to że Jordan w nie jednym wywiadzie otwarcie cieszył się że nie musi grac przeciwko najlepszemu obrońcy ligi. Bo miał go w swojej drużynie. O oczywiście Howarda na tle Olajuwona.

  2. saturn pisze:

    1. O tak. Pamiętam jak siedzieliśmy (ku rozpaczy rodziców) u mojego kumpla całymi nocami oglądając finały ’88 między Lakers a Pistons. Patrzeć na dwóch czołowych play-makerów ligi w finałach NBA to było coś niesamowitego. Zaangażowanie Dumarsa, Thomasa i Laimbeera w walkę o każdą piłkę, to pamiętam najbardziej.

    2. Thomas, Dumars, Laimbeer, Rodman, Edwards, V. Johnson, Aguirre, Salley czyli Bad Boys. Za walkę o każdą piłkę i ogólnie za bardzo zespołową grę w ataku i obronie. To było niesamowite jak z kilku przyzwoitych zawodników trener tworzył nieźle funkcjonujący zespół wojowników. Gdy jeden odpadał, zawsze był ktoś kto go zmieni. Daly był mistrzem. Potrafił z nieokrzesanych facetów zrobić maszynki do gry w koszykówkę.
    Potem stałem się fanem ich pogromców. Niezwykle zespołowa gra ofensywna Chicago to coś niewiarygodnego nawet dziś. Gra w tempo i fizyka Jordana i Pippena chyba do dziś jest niedościgniona.

    3. Właściwie to napisałem już to wyżej. Na początku obrona Pistons, ale potem ofensywa Chicago w połączeniu ze znakomitą defensywą. Bo dobra ofensywa Chicago rodziła się ze znakomitej defensywy.

    4. Sg Jordan, Pg I. Thomas, C Shaq, Sf Pippen, PF Barkley to wg pozycji, ale ciężko tak jednoznacznie napisać, bo przykładowo Olajuwon to moim zdaniem najlepszy ofensywnie center wszech czasów… tylko kompletnie nie pasuje mi do gry w bardzo dynamicznym zestawie Jordan, Pippen i Thomas. Już bardziej Ewing. Najlepszym skrzydłowym w historii NBA jest moim zdaniem Larry Bird, ale ciężko go zaszufladkować. Ciężko mi się zdecydować, bo nie wiem, czy mam wymieniać jaki złożyłbym zespół, czy tylko najlepszych. Skrzydłowi to Bird i Pippen obrońcy to Jordan i Thomas, a na środku ktoś z trójki Olajuwon, Shaq lub Ewing.

    5. Na pewno dwóch znakomitych zawodników z Charlotte, czyli Larrego Johnsona i A. Mourninga. Obu zniszczyły kontuzje. Szkoda, bo mogli być wielcy. Bardziej żal Johnsona, bo nie zaznał smaku mistrzostwa.
    Żal mi Granta Hill’a, bo chłop miał wielki talent i wyczucie gry oraz był świetną osobowością. Chyba najbardziej godny szacunku facet w NBA. On podobnie jak powyżej, czyli kontuzje.
    Żal mi także Iversona, ale on właściwie zmarnował karierę na własne życzenie.

    Chciałbym zobaczyć nie Pippena a RODMANA jak walczy z Lebronem w obronie. Uważam, że tylko Rodman z czasów gry w Pistons (czyli młody i lekki) mógłby zatrzymać Lebrona. Pippen szybki, zwinny, ale żeby zatrzymać najlepszego ofensywnego zawodnika należy wystawić defensora, a nie swojego czołowego ofensywnego zawodnika.

    Chciałbym zobaczyć Olajuwona jak robi „w konia” najlepszego obrońce ligi ostatnich lat. Nie fizyką jak Shaq, tylko właśnie umiejętnościami i pomysłowością. Jak się patrzy dziś na treningi „gwiazd lig” z 50-cio letnim Olajuwonem, to wciąż zadziwia zręcznością i elastycznością. Na treningach było widać jaki z Howarda jest kołek w porównaniu do Olajuwona, który z piłką obchodził się niczym PG.

  3. Łukasz 1984 pisze:

    1. Ciężko przypomnieć mi sobie początki miłości do nba, ale był to okres, gdy były dostępne magic basketball i pro basket. Na każdy kolejny numer czekałem z niecierpliwością i biegłem do kiosku z wypiekami na twarzy (do dziś mam wszystkie numery schowane na strychu)

    2. lubiałem orlando magic – shaq, penny, grant, anderson.
    Graczy jest zbyt dużo, więc wymienię kilku – penny, olajuwan, d.robinson, barkley, drexler, rodman
    po 2000: t-mac, pierce, garnett, r.allen, wade, iverson, carter

    3. wszystkie – konfrontacja każdego stylu gry powodowała emocje, których w żadnej innej lidze nigdy raczej nie będzie

    4. tmac-olajuwan-duncan-stockton-kobe/mj

    5. mimo wszystko stracone talenty to jednak : penny, tmac, iverson hill (cholerne kontuzje uniemożliwiły im rozwój na taki poziom jaki mogliby osiągnąć).
    mj vs. lebron (szanuje go jako utalentowanego gracza ale najzwyczajniej w świecie nie lubie) jak stara szkoła łoi dupsko kingowi

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *