Klątwa stołecznej drużyny

Możecie być przesądni lub nie, ale uwierzcie mi na słowo jest w NBA drużyna, nad którą wisi najprawdziwsza klątwa. Nie ważne kto w niej gra i jak gra to ta klątwa go dosięgnie. Ile by w NBA nie znaczył i czego by nie osiągnął to nie uda mu się oprzeć złemu urokowi rzucanemu przez tą ekipę. Zmiana nazwy drużyny wręcz siłę działania tej klątwy zdwoiła, a może i nawet potroiła. Ta drużyna to zespół Washington Wizards.  

Wielu z Was zastanawia się czemu stołeczny zespół tak słabo rozpoczyna obecne rozgrywki, ale przecież poprzednie zaczynał niemal identycznie. Wzmocniony graczami, którzy w poprzednich klubach odgrywali znaczące rolę jak Nene, który nagle złapał kontuzję , Emeka Okafor, który był bardzo solidnym defensorem w Charlotte czy w Nowym Orleanie, nawet Trevor Ariza nie rzucał tak wielu „cegieł” w poprzednich zespołach, a przynajmniej dobrze bronił. Nie oni pierwsi jednak padli ofiarami przekleństwa jakie niesie za sobą bieganie po boisku w trykocie drużyny ze stolicy USA. Poniżej przywołam kilka innych przykładów, które na pobycie w Waszyngtonie także się sparzyły.

 

CHRIS WEBBER

Po znakomitym debiutanckim sezonie C-Webb pokłóciła się z trenerem Donem Nelsonem w Golden State i zażyczył sobie transferu do ówczesnych Bullets, którzy właśnie wybrali w drafcie jego przyjaciela z czasów Fab 5Juwana Howarda. O ile w Kalifornii już w pierwszym sezonie uzyskał statut gwiazdy, tak pobyt w „Pociskach” nieco zahamował jego rozwój i nie było o nim już, aż tak głośno. Dodatkowo w drugim sezonie gry w Waszyngtonie złapał kontuzję, która wyłączyła go z niemal całego sezonu. Na szczęście dla siebie i całego NBA w 1998 powrócił do Kalifornii i wyraźnie odżył w barwach Kings, których o mało nie wprowadził do finałów NBA.

MITCH RICHMOND

To on trafił za Webbera do stolicy i szybko klątwa dosięgła i jego. W Sacramento był prawdziwą gwiazdą, seryjnie występującą w meczach gwiazd (MVP z 1995 roku ASG rozgrywanego w Phoenix). W nowej drużynie oprócz wielkich pieniędzy nabył też sporej nadwagi i człapiąc po boisku niczym nie przypominał już superstrzelca z lat wcześniejszych. Żywy dowód wiszącej klątwy nad tą drużyną!!!

BEN WALLACE

Tak, tak – pierwsze lata swej kariery Big Ben spędził w Waszyngtonie, gdzie był jednym z najprzeciętniejszych graczy z całej przeciętnej ekipy. W życiu byście nie uwierzyli patrząc na jego grę w latach 1996-99 w barwach Bullets/Wizards, że za kilka lat będzie to najlepszy obrońca ligi.  Całę szczęście, że opuścił szeregi Wizards, bo bez niego nie byłoby mistrzostwa dla Pistons w 2004 roku.

RICHARD HAMILTON

Drugi z członków mistrzowskiej ekipy Pistons, który miał tego pecha otarcia się o zespół Wizards w swych pierwszych latach gry w NBA. On został wybrany przez stołeczny zespół w 1999 roku, a więc zaraz po tym jak opuścił go Ben Wallace wspomniany powyżej.  Zasadniczo indywidualnie prezentował się bardzo dobrze jak na debiutanta. Kolejne lata też miał udane będąc czołowym strzelcem zespołu. jego pech polegał na tym, że nie chciano wykorzystać jego pełnego potencjału, który eksplodował dopiero w pełni Michigan. Wcześniejsi trenerzy woleli stawiać na Richmonda czy też Chrisa Whitneya, a kończyło się to fatalnymi wynikami w lidze i nawet w ostatnim roku pobytu w Waszyngtonie, kiedy grał u boku Michaela Jordana nie udało mu się zagrać w Play-off. Jak pech to pech …

RASHEED WALLACE

Trzecie z mistrzów NBA ’04, który w swej karierze grał też w Washingtonie. „Sheed” został wybrany przez Bullets w 1995 roku z numerem czwartym. Trzeba jednak przyznać, że debiutancki sezon był dość przeciętny w jego wykonaniu, ale trudno się dziwić skoro w zespole byli Webber i Howard. Na szczęście po roku przeszedł do Portland Trail Blazers, gdzie otrzymał większą szansę na rozwój. Nie oszukujmy się, gdyby pozostał w „Pociskach” jego talent mógłby zwyczajnie się zatracić. Tylko czemu akurat właśnie w stolicy … kolejny przypadek potwierdzający regułę.

MICHAEL JORDAN

Jordan w koszulce Wizards pasował tak samo jak Patrick Ewing w trykocie SuperSonics czy Hakeem Olajuwon w barwach Toronto Raptors. Pobyt w Waszyngtonie mimo wszystko był w pewnym sensie rozmienieniem wielkiej kariery na drobne. Wyobraźcie sobie Kobe Bryanta za dwa lata, który po odejściu z Lakers kończy karierę, a następnie po pewnym czasie postanawia grać w Waszyngtonie. Może NBA to i biznes, ale takie rzeczy to pewnego rodzaju świętokradztwo ujmujące nieco z nieśmiertelności legendy. Nawet sam Jordan nie potrafił się ustrzec przed przekleństwem zespołu Wizards, które odarło trochę jego karierę i pokazało, że jednak jest on człowiekiem i starzeje się tak samo jak my …

KWAME BROWN

Ten przypadek to chyba najlepszy dowód, że klątwa nie tylko dotyka zawodników, ale też działa na umysły włodarzy. W końcu to nie wina Browna, że był,jest i będzie słabym zawodnikiem. Co jednak podkusiło będącego managerem Wizards Jordana, żeby wybrać go z pierwszym numerem draftu? Tego chyba nie da się racjonalnie wyjaśnić. Był to najgorszy wybór od 1995 kiedy to z jedynką Golden State Warriors wybrali Joe Smitha. Chociaż śmiałbym twierdzić, że Brown to o wiele gorsza opcja. Co by nie mówić chyba ta sama siła nakazała Jordanowi powrócić na parkiet właśnie w barwach Wizards.

RASHARD LEWIS

On trafił tutaj ze słonecznej Florydy, a dokładnie z Orlando Magic. Mający opinię dobrego strzelca z dystansu Lewis poza ogromnym kontraktem nie pokazał kompletnie nic. Na dodatek kłopoty z kolanami uaktywniły się jak nigdy wcześniej w jego karierze. Pobyt tutaj to prawdziwy upadek tego gracza.

MANUTE BOL i GHEORGE MURESAN

Zespół Houston Rockets miał swoje dwie wieże i tym samym tropem poszli działacze Bullets w sezonie 1993-94. O ile duet Sampson – Olajuwon dał Rakietom finał NBA w 1986 roku, tak dwójka najwyższych graczy w historii ligi w barwach Pocisków wzbudzała raczej salwy śmiechu widząc dwóch niezdarnie poruszających się olbrzymów. No cóż jaki zespół tacy „Twin Towers”. Rumuńskiemu środkowemu zresztą talent do rozśmieszania ludzi pozostał we krwi, gdyż wystąpił między innymi w komedii u boku Billy Crystala (swoją drogą zagorzałego fana Clippers) zatytułowanej „My Giant”. Przyznam się, że osoba Muresana mogłaby częściowo tłumaczyć genezę klątwy drużyny, bowiem urodził się on w miejscowości Cluj leżącej w Transylwanii. Z tym, że jakieś tajemne siły musiał działać o wiele wcześniej, gdyż Bullets ta klątwa dotyka już od połowy lat 80-tych …

JIM McILVANE 

Ten zawodnik to dowód na to, że klątwa z Waszyngtonu czasami przenosi się na inne zespoły. McIlvane grał bowiem w Bullets w latach 1994-96, gdzie zdobywał aż 2,7 pkt na mecz w drugim sezonie i zbierał niemal trzy piłki. Jego gra tak zaimponowała włodarzom z Seattle Supersonics, że postanowili podpisać z nim olbrzymi kontrakt na mocy którego jego zarobki podskoczyły niemal czterokrotnie. Właśnie jego kontrakt był przyczyną rozpadu legendarnej ekipy Sonics i odejścia Shawna Kempa, który zażądał podwyżki także dla siebie. Dla wszystkich to skończyło się tragicznie, ale w Waszyngtonie mieli chyba satysfakcję, że ich klątwa działa, a McIlvane okazał się swego rodzaju koniem trojańskim … przynajmniej konkurencja w NBA się zmniejszyła ( o ironio po rozpadzie ekipy prowadzonej przez Georga Karla Wizards nagle zaczęli iść do góry w ligowej hierarchii)

 

Na koniec proszę wszystkich fanów ekipy Wizards o wyrozumiałość. Powyższy tekst nie ma na celu naśmiewanie się z Waszej ulubionej drużyny. Pokazuje jednak coś co widać gołym okiem. Z zespołem ze Stolicy Stanów Zjednoczonych jest po prostu coś nie tak. Podejrzewam, że niedługo pracę straci Randy Wittman i działacze tej ekipy powinni chyba w pierwszej kolejności rozejrzeć się za egzorcystą, bo niemal wszystkie zabiegi czysto sportowe jak do tej pory zawodzą. Pytanie kogo następnego klątwa ta dotknie …

 

Paweł Kołakowski

Od lat wierny kibic Houston Rockets i wielbiciel Charlesa Barkleya (głównie z czasów gry w Suns). Wychowany na transmisjach NBA w TVP2 wspominający z łezką w oku te godzinne transmisje w piątkowe popołudnia z komentarzem Szaranowicza i Łabędzia :). Ahh te lata 90-te :)

3 komentarze

  1. brooklynite pisze:

    w sumie ciekawe spostrzezenia… Czytajac naglowek od razu przyszla mi na mysl koncowka kariery MJ. Z kolei klub ze stolicy USA powinien mimo wszystko zdobywac lepsze wyniki

  2. Shrek pisze:

    Ja myślę, że wszystko to klątwa Washingtonu – w końcu Seattle, to miasto w stanie Washington.

  3. pat82 pisze:

    coś tam chyba jednak się udało…. Wes Unseld chyba i te sprawy… ogólnie bardzo „FAKTowy” art ale można sobie powspominać.

    Dla kontrtezy (też tak z przymrużeniem oka)-

    Webber wcale nie grał źle w Bullets- po prostu lubił imprezować a średnie miał bardzo przyzwoite:)

    Richmond- come on- był już stary, STARY!!!

    Ben Wallace- pierwsze lata wysokich graczy zawsze są słabsze, poza tym grać obok webbera czy howarda w tamtych czasach łatwe nie było:)

    Rip- grał bardzo przyzwoicie, co pozwoliło mu zostać dostrzeżonym przez inne kluby i otworzyło furtkę do kariery

    Sheed- podobnie jak Big Ben :)

    MJ- „chłyt matertindowy” ze strony MJ smutne to było ale wiadomo że chciał aby bilety sie sprzedawały.

    Kwame- po prostu kiepski gracz :)

    Rashard- zamieniony za „kontrakt” niechcianego Gilberta- nie spodziewano się po nim cudów inaczej by nie wymienili go za Agenta 0

    Bol i Muresan- Jeżeli chodzi o Muresana był całkiem solidnym centrem-fakt kontuzje go nie omijały…ale grał przyzwoicie. Bol to po prostu tyczka, grał też w innych klubach, z podobnym skutkiem:)

    McIlvane- niezły „bloker”…. przepłacony przez SS. Dziś by to nikogo nie dziwiło bo wysocy są zawsze przepłaceni, ale w tamtych czasach było inaczej. Tak czy siak, był to błąd Seattle a w Bullet to akurat grał dobrze, a na pewno nieco powyżej swojej ceny :P

    Taka tam zabawa…artykuł mimo wszystko fajny, jak widać dużo osób jeszcze pamięta lata 90 :D

    pozdrawiam

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *