Marcin Gortat Camp – promocja doskonała

Jeśli ktoś wątpi w rolę, jaką odgrywa Marcin Gortat w promocji polskiej koszykówki, powinien jak najszybciej wybrać się na jeden z Campów organizowanych przez naszego jedynaka w NBA.


Chciałbym zaznaczyć na początku mojego niezbyt długiego wywodu, że zdaje sobie sprawę z tego, że pojawi się wielu krytykantów poniższego tekstu. Bo przecież Gortat nie przyjechał na zeszłoroczny Eurobasket, a to w końcu reprezentacja jest motorem napędowym dyscypliny w kraju. Przykro mi, po tym co zobaczyłem podczas krakowskiej edycji Marcin Gortat Camp 2012 zupełnie się z tym nie zgadzam. To Marcin Gortat, ale nie tylko jego występy w NBA, a właśnie impreza organizowana rokrocznie dla młodzieży napędza zainteresowanie koszykówką w Polsce. A już na pewno zdobywa nowych miłośników basketu, na lata.

Cofnijmy się o kilkanaście lat. W polskiej koszykówce rządził wtedy niepodzielnie Śląsk Wrocław, a trzy kolejne pierścienie mistrzowskie zdobywali niezapomniani Chicago Bulls. Tak, przede wszystkim właśnie na NBA, a w dalszej kolejności na polskiej lidze wychowałem się koszykarsko. Z tego co się orientuję, to wielu obecnych czytelników enbiej.pl i największych zapaleńców NBA w Polsce właśnie w latach 90-tych rozpoczynało swoją przygodę z pomarańczową piłką. Każdy z nas pamięta zdawkowe transmisje najpierw na TVP, a później na TVN z magicznej NBA.

To właśnie wtedy, z miesięcznika „Magic Basketball” dowiadywaliśmy się o czymś, co za oceanem zwało się „CAMP”. Magiczne słowo, a jeszcze bardziej magiczni zawodnicy prowadzili takowe spotkania z młodzieżą. Pierwszy z pamięci to Isiah Thomas, który zdaje się, że przyjeżdżał na takie zajęcia nawet do Europy. Gdzieś z tyłu głowy, po kilku godzinach codziennego uganiania się za piłką na podwórku pojawiało się marzenie – może to wziąłbym udział w takim CAMP-ie. Zobaczyć na żywo gwiazdę NBA, to byłoby coś. Ba, zobaczyć podobny „trening” poprowadzony przez Maćka Zielińskiego lub Adama Wójcika…

Niestety, te myśli pozostały w sferze marzeń, ale we wtorek 10 lipca 2012 byłem naocznym świadkiem takiego wydarzenia w naszym kraju. Co prawda późno, bo dopiero po pięciu latach istnienia Marcin Gortat Camp wybrałem się z bliska zobaczyć to wydarzenie, ale to, co zobaczyłem, przerosło moje najśmielsze oczekiwania.

Nie ukrywam, sam pewnie nie zmusiłbym się do wstania o 4.30 rano i przejechania ponad 300 kilometrów z Wrocławia do Krakowa. Okazało się jednak, że moja siostrzenica została wytypowana do udziału w krakowskim Campie. Tak więc razem z jej ojcem wsiedliśmy w auto i udaliśmy się autostradą A4 w stronę drugiej stolicy Polski.

Czego się spodziewałem? Już na pewno nie „magii” wielkiej gwiazdy, bo wiek już nie ten, a do spraw sportowych potrafię podejść już bardziej racjonalnie, aniżeli lat temu 15. Chciałem zobaczyć jaki naprawdę jest ten Marcin Gortat, oraz przede wszystkim – jak zachowuje się w kontaktach z dziećmi. Liczyłem także na krótką rozmowę, która wydawała się jednak niemożliwa, bo przecież przy całej masie profesjonalnych dziennikarzy jestem zwykłym blogerem amatorem. Życie bywa jednak przewrotne, ale o tym później.

O konferencji prasowej pisać nie będę, bo w dusznej do granic wytrzymałości salce, doszło do tradycyjnego wygłoszenia formułki o sponsorach itd. Jednak już pierwsze wejście Gortata do sali krakowskiego ośrodka Siemicha wywołało aplauz około setki dzieciaków. Dzieciaków w wieku od 9 do 13 lat.

Pierwsze zaskoczenie? Świetne podejście MG do dzieci, połączone z żartami, a w żadnym wypadku z tak często używanymi przez polskich „trenerów” stwierdzeniami: jedziesz, dawaj, musisz. Kolejna sprawa – dokładność. Coś, czego w Polsce uczy niewielu, czyli wykonywania ćwiczeń i poleceń trenera nie „na odwal”, a w 100%. Jeśli masz robić coś źle, to nie rób tego wcale. Te elementy świetnie współgrają z krótkim, kilkuminutowym wykładem Gortata na temat dobrego odżywiania, ciężkiej pracy, ale i dokładnego… mycia zębów.

Wielką pracę wykonali także pomocnicy, a właściwie partnerzy Gortata. Marty Conlon, czyli biały skrzydłowy, którego wspominam głównie z występów w Miami Heat w końcówce lat 90-tych, a obecnie jeden z ludzi odpowiedzialnych za NBA Cares, czyli program wspierający takie inicjatywy jak MG Camp. Kacper „Kacpa” Lachowicz to główny asystent Gortata, specjalista od treningów indywidualnych oraz motorycznych. Grzegorz Radwan jest byłym reprezentantem Polski, a obecnie prowadzi świetnie rozwijającą się w Krakowie szkółkę koszykarską. Każdy z tych panów oraz kilku innych trenerów sprawowało pieczę nad dokładnością wykonywanych ćwiczeń.

Ok, co jednak urzekło mnie w tym Campie do tego stopnia, że postanowiłem go opisać? Niesamowite spojrzenia dzieciaków, wbite w postać naszego jedynego koszykarza biegającego po parkietach NBA. Takie spojrzenia, o których sam marzyłem będąc dzieckiem. Spotkać na żywo zawodnika NBA… Mnie w dzieciństwie się nie udało, ale obecni adepci koszykówki mają tą wielką szansę, żeby trenować z Marcinem Gortatem nawet co rok. A przecież nie sam trening sportowy, a właśnie zaszczepienie w młodzieży miłości do koszykówki jest najważniejsze podczas tych spotkań.

Jednym zaproponowane przez Gortata ćwiczenia wychodziły lepiej innym gorzej. Chodziło o zaangażowanie, lekcję, z której większość tych dzieciaków wyniesie jedną naukę – miłość do sportu, miłość do koszykówki. Mówimy często o braku odpowiedniej promocji basketu w naszym kraju, słabych wynikach reprezentacji oraz niskim poziomie ligi. Zostawmy to, postawmy na promocję wśród młodzieży. Tak, jak miało to miejsce w latach 90-tych za sprawą narodzin popularności NBA w Polsce oraz 7-mego miejsca reprezentacji na Eurobaskecie 1997.

Teraz NBA jest na wyciągnięcie ręki, dzięki internetowi, League Pass. Może obecna młodzież ma właśnie zbyt łatwo. NBA nie jest już dla niej tak magiczna, jak dla nas w erze Michaela Jordana. Teraz ligą rządzą LeBron James i Dwight Howard, ale oni są jakby dostępniejsi, bardziej ludzcy niż kiedyś Jordan, o którym mogliśmy tylko raz na miesiąc przeczytać we wspomnianym już „Magic Basketball” lub „ProBaskecie”.. Może się mylę, ale właśnie takie mam odczucia. Dlatego właśnie teraźniejszym dzieciom potrzebne jest doświadczenie tej magii na żywo. Marcin Gortat daje im tę magię i, uwierzcie mi, widziałem ją w oczach każdego z tych dzieci, które uczestniczyły w MG Camp 2012 w Krakowie.

Jak już wspomniałem, udałem się do stolicy Małopolski  wraz z 12-letnią siostrzenicą. Dziewczynka, która ma totalnego, pozytywnego bzika na punkcie koszykówki. Marzy o grze w WNBA, podobnie jak jej wujek w przeszłości o grze w NBA. Mojej skromnej osobie zabrakło talentu, samozaparcia i pewnie jeszcze kilku rzeczy, aby swoje marzenie zrealizować. Ta mała dziewczynka (a właściwie dość spora, bo mierząca 180 cm) zrobiła w Krakowie pierwszy krok w realizacji swoich planów i marzeń. Została wybrana jednogłośnie MVP całego Campu, a pochwały płynące ze strony Marcina Gortata, Marty’ego Conlona czy Kacpra Lachowicza radowały nasze serca. Nagrody i uznanie wyżej wymienionych panów radowały ją – Karolinę Szydłowską, trenującą na codzień we wrocławskim WKK.

Najważniejsze w tym tytule MVP wcale nie jest samo wyróżnienie i rokowania na przyszłość względem jej przygody z basketem, może nawet zawodowym. Ważne jest to, że ta młoda osóbka właśnie pokochała jeszcze bardziej koszykówkę i, podobnie jak ja, będzie ją kochała przez całe życie – uwierzcie mi. Marcin Gortat swoją osobą czyni cuda i zachęca młodzież nie tyle do zawodowej koszykówki, ale właśnie do pokochania tej nieco niszowej ostatnio w Polsce dyscypliny.

I na koniec nieco prywaty. Właśnie dzięki Karolinie, a właściwie to jej wielkim jak na swój wiek umiejętnościom, otrzymałem możliwość poznania osobiście Marcina Gortata oraz zamienienia z nim nie kilku zdań, a przeprowadzenia całkiem miłej, kilkunastominutowej rozmowy. Okazało się, że jest niezwykle przyjaznym człowiekiem, który od razu zainteresował się talentem młodej zawodniczki WKK, oferując swoją pomoc w każdej dziedzinie. Brawo!

Jeśli Was nie przekonałem, to sorry. Za lekką prywatę w tekście też przepraszam, ale naprawdę zobaczyłem iskrę w oczach tych dzieci. Iskrę, która może na nowo rozpalić boom na koszykówkę w Polsce. Oczywiście jest to długi proces, a efekty możemy zobaczyć dopiero za kilka dobrych lat. I, po tym co zobaczyłem w Krakowie zupełnie odrzucam opinie o Gortacie, jako dbającym tylko o własne dobro, swoich sponsorów i stan własnego konta. Pamiętajcie, jeśli za kilka lat nastąpi kolejny boom koszykarski w Polsce, to jego głównym  partycypantem będzie właśnie Marcin Gortat, a dopiero w dalszej kolejności działalność PZKosz lub sukcesy reprezentacji.Warto inwestować już teraz w przyszłość naszej ukochanej dyscypliny, czyż nie?

A dla czytelników enbiej.pl niebawem będziemy mieli niespodziankę związaną z Marcinem Gortatem i reprezentacją Polski, a dokładniej nagrodę, którą będziecie mogli wygrać w naszym konkursie.

Piotr Gładczak

Miłośnik NBA od prawie 20 lat. Tropiciel ciekawostek statystycznych i wielbiciel NBA lat 90-tych. Nauczyciel WF i właściciel firmy gomaster.pl.

4 komentarze

  1. Świetny tekst :)
    Jak wyglądała rekrutacja na camp? Mam 12letnią kuzynke, ale ona woli komputer niż sport. W przyszlym roku jak będzie bliżej Wielkopolski to biore ją siłą :D
    Były też dzieci które nigdy w koszykówkę się nie bawiły?

  2. Brawo Karolina!:) Gratulacje!

  3. Max Billewicz pisze:

    Byłem rok temu w Lublinie na campie,jak widać nic się nie zmieniło jeśli chodzi o wpajanie jak sen czy higiena jest ważna w uprawianiu sportu :]. Ja sam żałuję że nie mogłem uczestniczyć w takich campach bo to jest niesamowite przeżycie zresztą szkoda że u mnie w mieście(Puławy k. Lublina) nie ma żadnego poważnego klubu koszykarskiego. Gratuluje siostrzenicy :)

  4. bartol86 pisze:

    Gortat jest wielki i nie chodzi tu o wzrost ;) powinnismy sie cieszyc z sukcesow naszego jedynaka a nie go krytykowac p.s jest mozliwosc ze wrzucic na stronke przeprowadzony wywiad z Marcinem ?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *