Memphis, czyli drużyna mistrzowskiego formatu?

Do napisania tego artykułu skłoniło mnie kilka ostatnich wydarzeń, które były dziełem klubu z Tennessee. Nie ukrywam, że jestem wielkim fanem organizacji kierowanej przez Lionela Hollinsa, więc siłą rzeczy tekst może być odrobinkę subiektywny. Prosiłbym jednak o wyrozumiałość, gdyż za wszelką cenę będę starał się utrzymać podstawy obiektywizmu i dziennikarskiej rzetelności.

W dniu dzisiejszym do mediów nadeszła oficjalna informacja o tym, że do kadry Memphis zostaje dodany kolejny zawodnik. I to nie byle jaki grajek, a sam Gilbert Arenas. Facet, który jeszcze 3-4 lata temu działał na wyobraźnię połowy kibiców zainteresowanych koszykówką sygnowaną logiem National Basketball Association.

Ruch transferowy wykonany przez włodarzy Niedźwiadków może bardzo rzutować na postawę całej drużyny w tegorocznych rozgrywkach. Niestety musimy to działanie rozpatrywać dwojako i brać pod uwagę zarówno scenariusz optymistyczny, jak i pesymistyczny. Pozyskanie Arenasa jest bowiem obarczone sporym ryzykiem, które niekoniecznie może okazać się strzałem w dziesiątkę.

Tekst ten będzie dotyczył jednak nie tylko osoby samego Agenta-Zero, ale przede wszystkim analizy szans całej organizacji na ewentualne powalczenie o prymat na Zachodzie. Spróbuję więc odpowiedzieć na kilka nurtujących wielu kibiców pytań o przyszłość ekipy z miasta Elvisa.

  • Czy Arenas będzie w stanie dać zespołowi więcej niż dwójka Selby-Pargo?

Każdy, nawet średnio zainteresowany tematem kibic NBA, wie jak słabą rezerwą na pozycji numer jeden dysponują Grizzlies. Mam wrażenie, że forsowanie osoby Jeremy’ego Pargo jako opcji zastępczej wobec grającego najlepszy sezon w karierze Mike’a Conleya jest przejawem słabości Hollinsa wobec tego gracza. Nie wyobrażam sobie by mogło być inaczej, kiedy oglądam poczynania byłego playmakera Gonzagi w akcji. Powiem szczerze, że tak słabego zmiennika na jedynce nie ma chyba żaden inny zespół w lidze. Kiedy tylko Jeremy pojawia się na parkiecie zaburza się gra całego zespołu, akcje tracą na dynamice, przez co gra teamu wygląda bardzo chaotycznie. Wprawdzie Pargo uda się czasami błysnąć jakimiś efektownymi akcjami, ale nie przekłada się to w żaden sposób na grę drużyny. W tym tkwi jego problem, nawet gdy zalicza lepsze wejście w mecz to i tak nie potrafi przekuć tej swojej niezłej dyspozycji dla dobra drużyny. Często traci głowę, nie kontroluje w ogóle tempa akcji, co skutkuje utratą wartości całej piątki biegającej aktualnie po parkiecie. Alternatywą mógłby być tutaj Josh Selby, ale Hollins raczej nie należy do zwolenników talentu tego pierwszoroczniaka. Do tej pory jego osiągnięcia w lidze wydają się bardzo skromne i w obecnej sytuacji raczej trudno będzie mu to zmienić.

By poprawić wszystkie wyżej wymienione mankamenty zastępców Conleya sięgnięto po dość radykalne, choć na pewno bardzo kontrowersyjne rozwiązanie. Nikt tak naprawdę nie wie, na co w obecnej chwili stać Gilberta Arenasa. Po zastosowaniu na jego kontrakcie amnestii przez Orlando Agent-Zero przez ostatnie kilka miesięcy pozostawał bez pracy. Zagadką pozostaje więc jego przygotowanie do tegorocznych rozgrywek. Wszyscy wiemy, jakie problemy targały nim przez ostatnie kilka sezonów i co sprawiło, że nie mógł ugruntować swojej dominującej pozycji wśród gwiazd samych szczytów NBA. Można było odnieść wrażenie, że po feralnych wydarzeniach, które miały miejsce w szatni Wizards (mowa tu o przygodach z bronią i Javarisem Crittentonem) Arenas kompletnie się pogubił. Trzeba bowiem przyznać, że o ile były gracz Wizards jest zawodnikiem o mocnej pozycji boiskowej, to jednak w życiu prywatnym jest raczej człowiekiem wyalienowanym i zagubionym w panującym wokół niego szumie. Dlatego też wszyscy w stanie Tennessee muszą sobie zdawać sprawę, że jeśli oczekują od Gilberta zaprezentowania realnej wartości muszą zapewnić mu absolutny komfort pracy i zbudować wokół jego osoby atmosferę zaufania i zrozumienia. Jeśli do tego wszystkiego zawodnika ominą głębsze urazy i problemy, nazwijmy je – egzystencjalne to ten transfer może okazać się przysłowiowym strzałem w dziesiątkę. Żeby jednak nie było tak do końca różowo musimy pamiętać, że była podpora Washingtonu podjęła już jedną próbę powrotu do ligi w tym roku i okazała się ona porażką. Nie jest przecież tajemnicą, że Arenasem dość mocno zainteresowany był Mike Brown, oficjalnie nie doszło do porozumienia z powodu ‚różnych wizji’, ale gdzieś w kuluarach mówi się o tym, że gracz był po prostu kompletnie niezdolny do gry. Prawda jak zwykle leży pewnie gdzieś pośrodku i nie dowiemy się jak jest, dopóki sami nie ujrzymy jego formy na boisku.

Pomimo tych wszystkich obiekcji uważam, że to dobry krok dla rozwoju drużyny Hollinsa. Wzmocniona zostaje najsłabiej obsadzona pozycja w całym teamie, która dodatkowo jak wszyscy wiemy jest niesłychanie istotna dla funkcjonowania zespołu. Ryzyko jest niewielkie, a ewentualne korzyści znacznie je przewyższają. Nikt nie oczekuje od Agenta-Zero, że wróci do poziomu z pierwszych lat przygody z Wizards, bo to już jest niestety tylko pobożnym życzeniem najbardziej zagorzałych kibiców tego gracza. Uważam jednak, że jeśli Hollins odpowiednio go nakieruje, to może stać się dużym wsparciem z ławki, jest bowiem na tyle inteligentnym koszykarzem, że powinien pewne rzeczy zrozumieć (tym bardziej po tylu latach spektakularnych upadków). Moim zdaniem teraz piłeczka jest po stronie sztabu szkoleniowego Niedźwiadków, którzy nie powinni naciskać na to by Gilbert jak najszybciej wdrożył się do systemu. On tak naprawdę będzie dopiero potrzebny przy okazji Play-Offów, gdzie jego doświadczenie i clutch powinny być kwestią nie do przecenienia. Jeśli natomiast zaczną wywierać presję na jak najlepszą grę już teraz, może to skutkować narastaniem frustracji, która jest jednym z największych wrogów Pana Zero. Gruntem jest więc odpowiednie podejście do bardzo niestabilnej psychiki tego zawodnika.

  • Jak powrót Randolpha wpłynie na grę zespołu?

Pewnie wielu z was dużo obiecuje sobie po powrocie do gry rekonwalescenta Randolpha. Oczywiście to najbardziej naturalny objaw dla kibica Grizzlies, przecież zdrowy skrzydłowy jest w centrum wszystkich wydarzeń związanych z występami Niedźwiadków. Trzeba jednak wziąć pod uwagę, że obecnie obowiązujący system ze świetnie spisującym się Speightsem jest naprawdę skuteczny. Kiedy Zach był kontuzjowany życiowe sezony notowali na swoje konto zarówno Conley, jak i Gasol. Teraz to wszystko może, a nawet musi, się zmienić. Wraca największa gwiazda zespołu, przez którą znowu przechodzić będzie najwięcej piłek i wokół którego znowu będzie ogniskowała cała taktyka Hollinsa. Nie musi to przynieść do końca korzyści całej ekipie, szczególnie w początkowej fazie ‚powrotu Zacha’, bo tak naprawdę wielu rzeczy trzeba będzie nauczyć się od nowa i wyrobić w sobie pewne nawyki, które mogły już zostać nieco zapomniane. Osobną kwestią pozostaje pytanie, czy ten przykry uraz nie pozostawił po sobie jakichś głębszych zmian w psychice Z-Bo, który nigdy nie był zawodnikiem o stabilnej naturze i często nie potrafił odciąć swojego życia koszykarskiego, od tego prywatnego.

  • Kto właściwie jest liderem tego teamu?

No właśnie. Chyba najciekawsze pytanie, jakie możemy sobie zadać w obecnej chwili. Pomimo tego, że to drużyna o zbliżonym potencjale personalnym do Thunder, czy Spurs to jednak budowana jest na zupełnie innych zasadach. W drużynie nie ma jednego, dominującego gracza, który miałby monopol na oddawanie ważnych rzutów, czy też prowadzenie drużyny, kiedy gra nie do końca układa się po myśli coacha. Z jednej strony to dobra tendencja, ale nie można powiedzieć, że zawsze. Często bowiem w kryzysowych momentach przychodzą momenty zawahania i tak naprawdę nie wiadomo, kto ma się podjąć odpowiedzialności za losy teamu przy nerwowych końcówkach. Naturalnym franchise-playerem wydaje się być tutaj oczywiście Rudy Gay, który od początku swojej przygody z ligą związany jest z tą, konkretną organizacją i wydaje mi się, że to wokół niego powinno się komponować całą strategię. Tym bardziej, że jeśli spojrzymy w zaawansowane statystyki to zobaczymy, że jego produktywność w crunch-time jest na poziomie czołówki NBA. Wrócił jednak Randolph i pewnie rola Rudy’ego może się proporcjonalnie do tego zmniejszyć, a przecież w odwodzie pozostają jeszcze Gasol, Mayo, Conley, czy Allen. Te wszystkie nazwiska rodzą wątpliwości, czy…

  • jedna piłka wystarczy dla wszystkich?

Zwolennicy prowadzonego przez Hollinsa teamu powiedzą, że tak. Czemu miałoby być inaczej, skoro w zeszłych play-offach wszystkie elementy tej układanki funkcjonowały wzorowo. Trudno się z tym nie zgodzić, bo chyba rzeczywiście wszyscy (łącznie z Z-Bo) rozumieją o co chodzi w baskecie i że bez należytej chemii w drużynie nie zdobędzie się laurów. Sceptycy też mogą jednak mieć swoje argumenty. Przecież w zeszłym roku Gasol nie był All-Starem, Conley nie pukał do ścisłej czołówki playmakerów całej ligi, a Gay nigdy nie był tak zmobilizowany by udowodnić krytykom, że jest graczem formatu co najmniej Paula Pierce’a. Mam bowiem wrażenie, że ‚wychowanek’ uczelni Connecticut jest niesłusznie pomijany przy kolejnych nominacjach do tego, corocznego święta koszykówki i rzeczywiście liga troszkę go deprecjonuje. Ma więc teraz doskonałą okazję by pokazać, że wszyscy ci, którzy go skreślają bardzo się mylą. Jeśli do tego składu dodamy walczącego o nowy kontrakt (chyba już poza Memphis) O.J. Mayo, który już niejednokrotnie pokazał, że bardzo ciężko jest poskromić mu swój niepohamowany instynkt strzelecki to trochę tego talentu (i osobowości) mamy. Dodajmy do tej mieszanki ciągle mającego duże mniemanie o własnej wartości Arenasa i rzeczywiście wychodzi nam całkiem ciekawy miks zawodniczy. W tym wszystkim widzę ogromne zadanie dla Hollinsa, który jak na razie z powierzonych mu funkcji wywiązuje się co najmniej dobrze.

  • Nie za dużo bomb z opóźnionym zapłonem w tym arsenale?

O tym fakcie wspomniałem już co nieco w akapicie wyżej. Teraz trochę rozwinę ten problem. Arenas, Randolph, Allen – co łączy te trzy nazwiska, oprócz tego, że od dziś są klubowymi kolegami? Na pewno ciągnąca się od wielu lat zła opinia. Każdy zna wyczyny Arenasa na niwie balistycznej, ale przecież to nie jest jego jedyne odchylenie od normy. Co bardziej pamiętliwi kibice będą mu wypominać mało dojrzałe zachowanie, które rozwalało szatnię Wizards od środka. Wprawdzie wiele z tych nieporozumień wynikało po prostu z tego, że Gilbert jest niesłychanie wesołym człowiekiem, który uwielbia robić sobie z ludzi kompletne jaja. Nie wiem jednak, czy taki DeShawn Stevenson był pod wrażeniem komizmu Gila, kiedy ten rozwalał go w konkursie rzutów za trzy punkty rzucając naprzemiennie… jedną ręką, albo z zamkniętymi oczami. Tak samo kibice mogli patrzeć z politowaniem, kiedy tłumaczył swoją wzrastającą formę strzelecką zmianą karabinu na Hibachi. To właśnie cały Arenas, lekkoduch jakich mało, który owszem może mieć dobry wpływ na zespół, ale raczej na krótką metę, gdyż po pewnym czasie taka jednotorowość może zacząć być nużąca i najzwyczajniej w świecie wkurzająca. Wybryki Randolpha również są doskonale znane wszystkim zorientowanym w temacie NBA. Swego czasu był on przecież członkiem szalonego gangu z Portland, gdzie lubił sobie zapalić marihuanę, czy pobić dobrego kolegę z zespołu. Ponadto , kiedy mu się nie chciało przestawał po prostu trenować i zaczynał jeść, co kończyło się tyciem do gigantycznych wręcz rozmiarów. Trzeba uczciwie przyznać, że od kiedy jest w Memphis stał się wzorem do naśladowania dla innych zawodników, ale człowiek przecież nigdy do końca nie zmienia swej natury. Podobnie rzecz ma się z Allenem, który również ostatnimi czasy jest prawdziwym ideałem cnót obywatelskich, ale w pewnym okresie kariery również bardziej znany był z gwałtownego charakteru, aniżeli z dobrej gry. Do tego zostaje egocentryk Mayo, który najlepiej czuje się we własnym towarzystwie i raczej nie jest najbardziej ulubionym kolegą Hameda Haddadiego.

  • Hollins to ten trener?

Decyzja o parafowaniu umowy z tym właśnie trenerem pozostaje do dziś jedną z najbardziej fortunnych w historii całej organizacji. Ruch ten obarczony był sporym ryzykiem, bo w momencie zatrudnienia Hollins był wśród innych szkoleniowców nieopierzonym młokosem, który dopiero zaczynał swoją przygodę z trenerką. Jak to się często okazuje, byli rozgrywający mają największe predyspozycje do odniesienia sukcesu na tym właśnie stanowisku. Przeniósł on na grunt praktyki trenerskiej doświadczenia wyniesione z parkietów NBA i zaczął realizować te cele, które najdoskonalej opanował jako zawodnik. Stał się więc specjalistą od obrony, która opiera się na wzajemnej pomocy i współpracy wszystkich graczy. Grę w ofensywie podporządkował za to szybkim atakom i jak największej ilości kontr, które są efektem twardej defensywy zaczynającej się już na połowie przeciwnika. Tymi pomysłami potrafił zaskoczyć w zeszłym sezonie, choćby takiego starego wygę jak Greg Popovich, który kompletnie nie umiał znaleźć odpowiedzi na schematy prezentowane przez Niedźwiadków. Dlatego też uważam, że pomimo stosunkowo małego doświadczenia w pracy trenera to odpowiednia osoba na odpowiednim miejscu. Gołym okiem widać, że umiał stworzyć w zespole kapitalną atmosferę, którą natchnął koszykarzy do porywającej gry w wielu momentach ubiegłych Play-offów, a także obecnie trwającego sezonu regularnego. Jego dużą zasługą jest też to o czym wspomniałem w poprzednim akapicie, a więc fakt, że potrafił okiełznać tak mocne osobowości jak np. ta Randolpha. Widać, że cieszy się zaufaniem wśród graczy, bo oddają się oni z dużą pasją realizacji kierunku wytyczonego przez swojego szkoleniowca. To bardzo dużo znaczy. Poza tym za naprawdę duży plus uważam to, że potrafi rokrocznie wyciągać coraz więcej z Mike’a Conleya, któremu poświęca szczególnie dużo uwagi i widać, że nie boi się postawić na niego w trudnych momentach oddając mu całkowicie kontrolę nad poczynaniami Grizzlies. Mam wątpliwości, czy przy innym szkoleniowcu rozwój tego rozgrywającego przebiegał by w tak imponujący, a zarazem harmonijny sposób.

  • Defensywa kluczem do sukcesu?

To niewątpliwie zasługa Hollinsa, że zespół funkcjonuje w takim, a nie innym systemie. Jak już mówiłem oparł on swoją grę na kilku podstawowych defensywnych budulcach. Jednym z nich jest wywieranie presji już na połowie przeciwnika niezależnie od stanu meczu. Niedźwiadki harują tak samo, kiedy wynik jest korzystny, jak i przy wyniku brzmiącym dlań nie najlepiej. Dzięki tej presji udaje im się wymuszać najwięcej strat na rywalach w całej lidze (17,8 str/mecz), prowadzi to też do największej ilości przechwytów w NBA (10,2 prz/mecz). To z kolei wpływa na zdobywanie punktów z szybkiego ataku, gdzie Grizzlies są czwarci w lidze ze średnią 17,1 pkt/mecz. To tylko niektóre wskaźniki, które każdy przeciętny kibic może sobie odnaleźć w zaawansowanych statystykach, pokazuje to tylko jak mocno osadzeni w swoim stylu gry są zawodnicy Hollinsa. Ciężko zmienić ich mentalność, gdyż zawsze wychodzą z założenia, że przy odpowiedniej realizacji taktyki uda się przynieść korzystny rezultat. Warto tutaj też wspomnieć o tym, że to wszystko funkcjonuje nie tylko jako całość, ale również jako odrębne twory. Taki Tony Allen to obrońca, przed którym drży połowa ligi, zresztą to, że jest on świetnym defensorem niejako warunkuje jego grę w pierwszej piątce. Jest on bardziej potrzebny w tej koncepcji niż Mayo, po prostu. Należy zauważyć również, że dużym plusem Memphis jest to, że często potrafią dobrze dostosować się do taktyki konkretnego przeciwnika, czego dowodem są zdobycze punktowe na poziomie ponad 100 punktów. Co najważniejsze większość takich meczów udaje im się wygrywać, to naprawdę rzadka sztuka w tej lidze, kiedy drużyna potrafi dostroić się do stylu rywala i nie dać mu się zdominować.

  • Ławka mocniejsza niż rok temu?

Przed sezonem (jak i również w jego trakcie) wiele działo się w Tennessee. Włodarze klubu doszli do wniosku, że aby pozwolić wznieść się drużynie na wyższy poziom należy dokonać paru drobnych roszad w składzie. Wprawdzie trzon drużyny pozostał niezmienny, ale już na pozycjach zmienników sporo się działo. Postanowiono poświęcić bardzo dobrze rokującego na przyszłość Greivisa Vasqueza na rzecz Quincy’ego Pondextera. Może Wenezuelczyk, patrząc pod aspektem czysto koszykarskim, jest zawodnikiem dużo bardziej ukształtowany niż Pondexter. Pomimo to można oceniać ten ruch bardzo pozytywnie. Hollins doskonale wpasował go do rotacji, a zawodnik daje to, czego się od niego oczekuje będąc przede wszystkim sprawnie działającym obrońcą. Zaliczył też kilka ciekawych występów, jeśli chodzi o zdobycze punktowe i stał się cennym elementem puzzli Niedźwiadków. Kolejnym ruchem było podpisanie wolnego agenta Dante Cunninghama, które również oceniam bardzo wysoko. Były gracz Portland i Charlotte z miejsca stał się istotnym punktem zespołu, który daje doskonałą energię z ławki. Brak centymetrów niweluje przez swoją waleczność i poświęcenie w podkoszowych starciach. Ma już także na koncie gamewinnera w meczu z Denver, co jest jak na takiego zawodnika rzeczą niebywałą. Na stronę udanych transakcji można też bez wątpienia zapisać dodanie do składu Speightsa, który w czasie absencji Randolpha doskonale wywiązywał się z powierzonej mu roli startującej czwórki i w tym okresie ‚wykręcał’ życiowe statystyki. Krzywdzące byłoby jednak spoglądanie na jego grę tylko poprzez pryzmat cyfr, gdyż daje on dużo, dużo więcej.

Te wszystkie przemiany składu, które zaszły w Memphis bardzo podniosły walory całej ławki rezerwowych. Jeszcze teraz, kiedy zdrowy jest już Z-Bo i doszedł Arenas możemy stwierdzić, że Grizzlies mają piątkę wartościowych zmienników i już raczej nie ma co drżeć o to, że gracze drugiego planu zmarnotrawią cały dorobek zawodników pierwszej piątki (a tak często bywało do tej pory). Szczególnie ciekawie prezentuje się obsada pozycji podkoszowych, choć trzeba uczciwie przyznać, że brakuje tam kilku centymetrów, które mogą być bardzo potrzebne w walce np. z Oklahomą w grach posezonowych. Jeśli wszystko odpowiednio zatrybi możemy też z dużym zafrapowaniem śledzić losy obwodowej dwójki Arenas-Mayo, którzy przy dozie szczęścia i dyspozycji dnia mogą rozstrzelać wiele zespołów tej ligi. Jeszcze gdyby do dyspozycji Hollinsa był zdrowy Darrell Arthur…

2 komentarze

  1. Adrian89 pisze:

    genialny artykuł , przyznam że czasem brakuje mi tutaj takich dłuższych form wypowiedz.

    Memphis- Spurs lub Dallas taki będzie finał zachodu:)

  2. Finley pisze:

    Zgadzam się, świetny artykuł. Powtórzę się za SB, zbrakło mi tylko twojej opinii na temat rozgrywania Conleya i jeszcze uwaga od mnie, że mam odmienne zdanie na temat Gaya ;)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *