Listopad 2025 – Arka i Trefl wychodzą z kryzysów

Właśnie kończy się przerwa reprezentacyjna, do której Trefl Sopot i Arka Gdynia podchodziły jako odpowiednio pierwsza i druga drużyna tabeli. Dla obu tych ekip można mówić o przełamaniu złej passy właśnie w listopadzie. Co ciekawe, Trefl wewnątrz tego samego miesiąca zdołał zarówno wpaść w kryzys, jak i z niego wyjść. Jak to wyglądało? Zapraszam.

fot. Wojciech Figurski (przycięte i połączone dwa zdjęcia)

W sumie trójmiejskie ekipy, wraz z Kingiem i Legią, mają ten sam najlepszy bilans w PLK: 6 wygranych i 2 porażki. Nie jest to wynik idealny – „ledwie” 75% wygranych. Rok temu Anwil zaczął od 10 spotkań bez porażki. Sam Trefl przegrał w pierwszych ośmiu meczach tylko raz – z ekipą z Włocławka właśnie. Mieliśmy zatem dwie drużyny, które odniosły w pierwszych ośmiu spotkaniach nie więcej niż jedną porażką – w tych rozgrywkach nie ma żadnego takiego zespołu. Tak się zaś składa, że trzy z tych czterech drużyn z bilansem 6-2 (wszystkie poza Kingiem) obie swoje porażki odniosły w meczach następujących po sobie. Oczywiście dwa spotkania z perspektywie całego sezonu nie muszą świadczyć o nie wiadomo jakim kryzysie, ale na przestrzeni tylko ośmiu spotkań przegrana dwa razy z rzędu może być już sygnałem alarmowym. Jednak zarówno Trefl, jak i Arka potrafiły swoje kryzysy przezwyciężyć w listopadzie. Przyjrzyjmy się temu jak do tego doszło.

fot. Wojciech Figurski

Drużyna z Gdynia wpadła w kryzys na przełomie października i listopada – bardzo słaby mecz we Wrocławiu, a następnie blamaż przed własną publicznością w Gdyni w starciu z Dzikami. W tym drugim spotkaniu Arka wyglądała w drugiej połowie jak zespół z poprzedniego sezonu. Zespół, który stał się pośmiewiskiem Ligi i który ledwo utrzymał się w PLK. W tym czasie Trefl brylował na szczycie – wygrał wszystkie pięć spotkań ligowych, bijąc zarówno Śląsk, jak i Dziki.

Kolejnym meczem były Derby Trójmiasta.

I to spotkanie (swoją drogą niesamowicie ciekawe do oglądania) stało się zarówno przełamaniem Arki, jak i początkiem kryzysu Trefla. Mecz momentami dziwny, mecz zacięty i mecz wymykający się przedmeczowym przewidywaniom – można by rzecz, że to kwintesencja Derbów Trójmiasta. W Treflu zabrakło Suurorga, ale wciąż wydawało się, że to aktualni medaliście PLK mają po swojej stronie więcej atutów – od głębszej kadry, przez bycie na fali, po przewagę własnego parkietu. Jednak to Arka, prowadzona w końcówce przez Rameya, wyszła z tej konfrontacji zwycięsko. Spora w tym „zasługa” Kuby Schenka, który popełnił w ostatniej akcji bardzo głupi faul przy próbie rzutu właśnie Rameya przez całe boisko. Derby zakończyły się wynikiem 85-83 dla gdynian. Jeżeli jeszcze nie widzieliście tego spotkania, to koniecznie je nadróbcie.

I tak Arka rozpoczęła kolejną serię wygranych. Gdynianie w kolejnych dwóch meczach pobili najpierw Górnika, a potem GTK. Drużynę z Wałbrzycha pokonali szesnastoma punktami, zespół z Gliwic – aż dwudziestoma trzema (drugą kwartę Arka wygrała aż 28-7). Ekipa z Gdyni dalej notuje wahania formy – a to Garbacz zagubi skuteczność, a to Ramey lub Okauru ceglą za trzy, a to Ljubicić pudłuje spod kosza. Ale całościowo Arka zaczyna coraz bardziej przypominać prawdziwy zespół. Moim głównym zmartwieniem w ich kontekście jest obsada podkoszowa. Niby na centrze może grać aż czterech graczy – Ljubicić, Tubutis, Hrycaniuk i Zabłocki. Tyle, że na „czwórce” są tylko Tubutis i Zyziu. Realnie Arka gra trzema wysokimi zawodnikami, bo Hrycaniuk na parkiecie jest bardzo mało, a Zabłocki na razie wcale. Jedna kontuzja Tubutisa bądź Zyskowskiego i niemal rozpada się strefa podkoszowa. Jeżeli zatem to możliwe, warto by poszukać jakiejś czwórki już teraz, tak aby ten nowy gracz miał opcję wdrożyć się w zespół. Nawet w przypadku braku urazów przydałby się ktoś, kto da tych kilka lub kilkanaście wartościowych minut i odciąży Zyskowskiego czy Tubutisa.

fot. Mateusz Słodkowski/AMW Arka

Tak jak Derby dla Arki stały się wyjściem z kryzysu, tak dla Trefla doprowadziły do wpadnięcia w dołek. Po porażce z ekipą z Gdyni przyszła również przegrana z MKSem, obecnie dopiero dwunastą drużyną PLK. Boli zwłaszcza fakt, że w tym meczu dwóch spośród liderów, czyli Scruggs i Kacinas, zagrało naprawdę słabo. Ten duet miał łącznie 0/7 za trzy i w sumie uzbierał tylko 10 punktów w razem 45 minut na parkiecie. Dodając do tego 2/9 zza łuku Cowelsa otrzymaliśmy zespół, który niemalże uderzał głową w mur, próbując trójek, które jednak nie chciały wpadać (w czwartej kwarcie Trefl trafił z dystansu raz na siedem prób). Trefk oczywiście cierpi przez brak Suurorga. Ale nie można nie zauważyć, że w obydwu przegranych spotkaniach bardzo słabo zagrał Kacinas, który miał problemy zwłaszcza z punktowaniem zza łuku (1/11), ale też spod kosza (2/5 za dwa). Trefl ma głęboką ławkę, ale przy braku jednego z liderów pozostali muszą wspiąć się na wyższy poziom, aby tę lukę wypełnić. Jednak ani z Arką, ani z MKSem tak się nie stało. Niektórzy gracze wręcz obniżyli loty, co dało efekt w postaci dwóch porażek.

fot. Wojciech Rejdych/MKS

Jednak i Trefl zdołał się przekonać. W ostatniej listopadowej kolejce drużyna z Sopotu mierzyła się z Kingiem Szczecin, który przed tym spotkaniem był wraz z Legią na czele PLK. I to spotkanie na szczycie Sopot wygrał – chociaż znów bez dobrego meczu Kacinasa (2/7 z 3, bez prób za 2). Tym razem jednak do roboty wziął się Goins, trafiając 5 trójek i kończąc spotkania z 19 punktami. Nie bez znaczenia był też fakt rozegrania dobrego spotkania przez Dylana Addae-Wusu. Całościowo Sopocianie sprawnie podzielili się rolami – pięciu graczy zanotowało dwucyfrową zdobycz, chociaż żaden nie dobił do dwudziestu oczek. Co ciekawe, w tym sezonie PLK jeszcze żaden zawodnik z Trefl nie osiągnął „dwudziestki”, za to były już trzy „dziewiętnastki”. To pokazuje jak bardzo zespołowo gra Trefl i jak na niemal całą drużynę rozkłada się odpowiedzialność za wynik. Jest to oczywiście dobre, ale z drugiej strony czasem potrzeba jest tej gwiazdy, która w trudnych momentach weźmie na siebie ciężar gry. Zwłaszcza w kontekście Playoffów może kogoś takiego brakować.

fot. Wojciech Figurski

Całościowo myślę też, że w Sopocie, nieco podobnie jak w Gdyni, jest problem pod koszem. Tu jednak chodzi mi konkretnie o obsadę pozycji centra. O ile na trójce zestaw Goins-Kacinas-Nowicki (dwóch ostatnich to bardziej SF, ale mogą zagrać też jako PF) jest zacny, o tyle na piątce nie jest najlepiej. Witliński rozgrywa naprawdę przyzwoity sezon, chociaż 51% skuteczności z gry środkowego bez rzutu z dystansu i 58% z wolnych rodzą pewien niepokój. Z kolei Szymon Zapała… nie wiem, nie potrafię się przekonać do jego talentu. Na papierze jego statystyki na pierwszy rzut okaz nie wyglądają tak tragicznie (59% z gry i 50% za trzy, średnio ponad 1 blok na mecz…). Ale z drugiej strony – tylko 2,4 zbiórki na mecz? Tyle samo, co Nowicki, który jest na boisku średnio niemal o połowę krócej. Do tego często na boisku Szymona wygląda bardzo niepewnie. To zaś sprawia, że o ile ten duet nie jest w żadnym razie tragiczny, to jednak moim zdaniem jest za słaby jak na ekipę z aspiracjami mistrzowskimi. Pytanie jednak czy powtórzenie scenariusza z 2023 (pamiętne ściągnięcie Groselle’a, które wyniosło Trefla na szczyt) jest w ogóle możliwe.

fot. Wojciech Figurski

Niezależnie od tych mankamentów – obie ekipy z Trójmiasta rozgrywają naprawdę dobry sezon. Każdej z nich czegoś brakuje, ale i jedna, i druga ma realną szansę powalczyć nie tylko o Playoffy, ale nawet o strefę medalową. Wszystko oczywiście zależy od formy i rozwoju poszczególnych zawodników. Natomiast ja osobiście, jako mieszkaniec Trójmiasta, jestem bardzo zadowolony z tego, iż znowu obydwie lokalne ekipy z PLK są w czołówce Ligi. I mam nadzieję, że taki stan rzeczy będzie trwał jak najdłużej. Owocnego śledzenia PLK i wielu koszykarskich emocji! Do następnego!