Los Angeles ̶C̶h̶o̶k̶e̶r̶s̶ Clippers – czy to naprawdę przeklęta drużyna?

„Choke” to po polsku dusić się, krztusić, zachłysnąć się, zapchać. W kontekście NBA zwrot ten oznacza, że ktoś, po kim oczekiwano zwycięstwa, nie wytrzymał presji, nie poradził sobie, jednym słowem: zawiódł. Tak można określić chociażby upadek Warriors od 3-1 do 3-4 w Finałach 2016 (prawdopodobnie największy „choke” w historii). Jednak nie każdy zawód jest aż tak spektakularny. Zdarzają się i nieco bardziej subtelne, bo np. rozciągnięte w czasie. W takim kontekście to określenie często jest przypasowywane do Los Angeles Clippers.

Przed sezonem osoby, które wierzyły w Clippers, były w mniejszości. Sam oceniłem ich tegoroczny Offseason jako pozytywny i stwierdziłem, że są w stanie osiągnąć szóste miejsce w Konferencji Zachodniej. A może i więcej. Pierwsze mecze zdawały się potwierdzać, że mogłem mieć rację. Jednakże im dalej w las, tym forma ekipy Lob City spada, a oni sami z topowej drużyny spadli na trzecie od końca miejsce na Zachodzie (bilans 5-11)

Przeklęci, przeklęci…

Czy czegoś wam to nie przypomina? Podpowiem: w każdym sezonie Clippers są uznawani za potentata, ale kiedy przychodzi co do czego, to nie są w stanie pokonać silnych przeciwników. Nie potrafią przebrnąć drugiej rundy. Co prawda zwykle schemat wygląda następująco: solidny sezon zasadniczy, słabo w PO, ewentualnie jedna dobra runda i exit w drugiej. Tym razem jest nieco inaczej, bo mniej znany zespół z Miasta Aniołów cieniuje już teraz. A minął dopiero miesiąc od rozpoczęcia rozgrywek! Tym niemniej nadal wygląda to tak, jakby LAC nie potrafili sprostać oczekiwaniom. Są kandydatem do Mistrzostwa? Max 2 runda. Mogą być czarnym koniem PO na Zachodzie? W ogóle do nich nie wejdą…

Do niedawna uosobienie ich niemocy był Chris Paul, który, podobnie jak organizacja Clippers, jeszcze nigdy nie grał w Finale Konferencji. Jego odejście dla niektórych miało oznaczać koniec „klątwy”. Na razie wygląda, jakby to nie w nim tkwił problem. CP3 był bądź co bądź bardzo dobrym zawodnikiem, który dodatkowo potrafił wygrywać mecze w Post-Season. A jednak nigdy nie wzniósł się na poziom wystarczający do awansu dalej niż do drugiej rundy. I to z pokaźnym wsparciem w postaci Blake’a Griffina, DeAndre Jordana, Matta Barnesa, JJ-a Redicka i Jamala Crawforda. Klątwa? Zatrzymajmy się na chwilę na tym pojęciu.

Zapewne wielokrotnie słyszeliście określenie „cursed franchise”. W wolnym tłumaczeniu: przeklęta organizacja. Cavaliers, a dokładniej całe miasto Cleveland, było uznawane za „negatywnie naznaczone” – aż do 2016 roku i pamiętnego Mistrzostwa, gdy LeBron James oficjalnie zdjął ze stolicy Ohio „klątwę”, wygrywając pierwszy tytuł od 52 lat (licząc 4 największe Ligi).

Wróćmy jednak do samych klubów. Nie chodzi tu tylko o złą passę i przegrywanie, ale także o nieudolne zarządzanie czy błędne decyzje. Do niedawna za „przeklętych” na Wschodzie uznawani byli: New York Knicks (co roku skład z nadziejami na Playoffs, a nawet „duet” Carmelo Anthony i Phil Jackson nie był w stanie tego zagwarantować) oraz Philadelphia 76ers (pamiętne początki sezonów: 0-17 w 2014 i rekordowe 0-18 rok później). Ponadto można by tu dodać jeszcze Orlando Magic i Brooklyn Nets. W przypadku tych pierwszych chodzi o nieudolne zarządzanie, które powoduje słabe wyniki: m.in. oddanie Victora Oladipo za, tak naprawdę, Terrence’a Rose’a. Patrząc na to, co runner-up wyścigu o ROTY 2013-14 pokazuje w Indianie, widać, że pozbycie się go było błędem. Spory spadek po świetnej (i ogromnej) wymianie w udziałem Dwighta Howarda (pozyskali wtedy kilka wyborów w Drafcie oraz chociażby Nikolę Vucevicia). Zaś Ci drudzy – wiadomo. Oddali do Celtów swoje wybory w Drafcie za podstarzałych Pierce’a i Garnetta, zaś po tym, jak nie udało im się zdobyć Mistrzostwa, zostali niemal z niczym. Obecnie nie mają nic do stracenia. Po prostu grają, rozwijają młodzież i liczą, że staną się atrakcyjni dla wolnych agentów. Albo że doczekają końca okresu bez picków. To jedna z nielicznych drużyn, która nie tankuje, bo nie ma po co.

Powyższe klątwy (poza tą Nets) wydają się jednak ustępować. Magic Vucevicia (i Gordona), Knicks Porzingisa oraz Szóstki Embiida (i Simmonsa) zmierzają do Playoffów (pierwszych od, odpowiednio, 2012, 2013 i 2012 roku). Do grona przeklętych zaliczano też trzy ekipy znad Zachodniego Wybrzeża: Sacramento KingsGolden State Warriors i Los Angeles Clippers. Ci pierwsi, po oddaniu DeMarcusa Cousinsa, mają szansę wrócić w najbliższych latach na właściwe tory i ponownie zawalczyć o pierwszą ósemkę. Ci drudzy wyszli z dołka i dotarli na sam szczyt (rewolucjonizując po drodze NBA). A trzeci zespół? Z jednej strony szło im przez ostatnie lata lepiej, niż wyżej wymienionym ekipom. Wchodzili przecież do Playoffs – i to regularnie z rozstawionego miejsca. A jednak to właśnie ich określa się jako „Chokers”. To oni stali się symbolem porażki, niespełnionych oczekiwań i klątwy nałożonej na organizację. Odszedł poprzedni właściciel, odszedł Chris Paul. Ale klątwa nie odeszła – a przynajmniej jeszcze tego nie widać. Dlaczego? Co jest nie tak z tym zespołem?

Powód #0 – Kontuzje

Umieszczam to jako „powód zerowy”, bo w gruncie rzeczy to nie jest powód, który da się wytłumaczyć. Urazy po prostu się zdarzają. Prawdopodobieństwo jest większe, gdy zawodnicy grają bardziej energicznie (np. skacząc do alley-oppów) – to prawda. Ale ogólnie ma się na nie mały wpływ – nie da się im w stu procentach zapobiec. Jednak nie można nie zauważyć, że Clippers mają po prostu pecha z urazami. Niemal w każdym sezonie wypada im na dłużej jeden z kluczowych graczy (w tym Gallinari, Teodosic i Beverely, zaś w poprzednich byli to zazwyczaj Blake Griffin i Chris Paul). W przypadku kontuzji w trakcie sezonu zawodnicy z Lob City nie wracali do optymalnej formy aż do końca rozgrywek. Grali wówczas przeciętnie zarówno w RS, jak i w Playoffach. A nierzadko zdarzały się też urazy, które całkowicie eliminowały koszykarzy Clippers z Post-season. Nie chcę się za długo zatrzymywać na tym temacie, ale w ostatnich latach LAC nie mieli szczęścia do zdrowia. Bo chyba niczym innym tego tłumaczyć nie można. Tak, Danilo Gallinari w ostatnich latach opuszczał sporo meczów, a Milos Teodosic nie jest już najmłodszy (chociaż to „Rookie”). Ale pozostali? I to często w najważniejszych momentach sezonu? Jeśli to nie pech, to co innego?

Powód #1 – Los Angeles

Im dalej, tym będzie bardziej… kontrowersyjnie. Wielkim problemem dla Clippers jest fakt, że grają w mieście, które należy do Lakers. Do jednej z najbardziej rozpoznawalnych drużyn na świecie. Lob City nie jest w stanie przeskoczyć presji wiecznych porównań do lokalnego rywala. 16 Mistrzostw, ogrom świetnych zawodników (wśród nich, zdaniem wielu, 5 z 10 najlepszych w historii – Wilt Chamberlain, Kareem Abdul-Jabbar, Magic Johnson, Shaquile O’Neal i Kobe Bryant; a były przecież również inne gwiazdy, jak George Mikan, Elgin Baylor czy Jerry West). Ponadto cały świat zna Lakers. Nawet ludzie, którzy nie interesują się NBA, wiedzą, kim jest/był Kobe.

Kogo zaś mieli Clippers w swojej historii? Boba McAdoo. Oraz Chrisa Paula. Żadnych tytułów. Ani razu nie byli w Finałach, ani nawet w Finale Konferencji. Dwukrotnie mieli najlepszy rekord w Dywizji – i to wszystko. Grają u siebie, w Los Angeles, ale to nie jest ich miasto.

W ostatnich latach mieli szansę chociaż częściowo zdetronizować Lakers. Kobe był długo kontuzjowany i nie grał, a Jeziorowcy przegrywali mecz za meczem, nie mając niemal żadnych jasnych punktów. Ale Clippers poza niezłymi sezonami regularnymi nie pokazali się w Playoffach. Potem przyszło pożegnanie Kobe’ego i wszystkie oczy ponownie zwróciły się na Lakers. Sezon 2016-17 był ostatnią szansą, ale Lob City nie sprostało w pierwszej rundzie Utah Jazz. A potem lokalni rywale wybrali Lonzo Balla. Oczekiwania zostały rozbudzone, oczy wielu zwróciły się ponownie na Lakersów. I tyle ze zmiany warty w mieście.

Porównania nie mają końca. A Clippers nie są w stanie nic przeciwstawić wielkiej historii Jeziorowców. Są lepsi w sezonach regularnym w ostatnich latach – to prawda. Wygrywają mecze derbowe. Ale nie osiągają innych sukcesów. Nie wchodzą do Finałów, nie walczą o Mistrzostwo. A w tym sezonie obecnie są nawet gorsi od swoich lokalnych rywali. Cały czas próbują sprostać tej presji, ale nadal nie są w stanie tego zrobić.

Powód #2 – Kultura

Nazwa powodu brzmi trochę dziwnie, zatem już wyjaśniam, o co chodzi. Clippers regularnie „wygrywają” w ilości technicznych fauli w sezonie. Nieustannie starają się podważać decyzje sędziów. W ostatnich latach mieli dwóch graczy, którzy często dostawali „dacha”: Matta Barnesa i Chrisa Paula. Chociaż nie chodziło tylko o nich. W pewien sposób cała ich ekipa (na czele z trenerem, do którego jeszcze wrócimy) prezentowała (i prezentuje) taki poziom. Przez to stali się jednym z najbardziej znienawidzonych zespołów w NBA – co jest ciekawe, bo zwykle taka niechęć dotyczy zespołów, które albo regularnie (i łatwo) wygrywają (tzw. „bić Mistrza”), albo tworzą super drużyny (Miami Heat 2010, Golden State Warriors 2016), albo też grają brutalnie (chociaż obecnie takich ekip w sumie już nie ma).

A Clippers niczego nie wygrali, nie ściągali do siebie gwiazd ani nie niszczyli zdrowia przeciwników. A jednak są bardzo nielubiani. Powodem jest właśnie cały ich „styl” – gdy nie wychodzą im efektowne akcje, to często łapią techniczne i psują widowisko. W poprzednim sezonie Marreese Speights, grający wówczas w LAC, powiedział, że Clippers muszą przestać obwiniać o swoje porażki sędziów. Trudno nie przyznać mu racji. Robią to od lat (już w 2012 potrafili zarobić po 5 technicznych w meczu) i zapewne także przez to stali się tak nielubiani. Czy jednak coś się zmieni w tej materii? Odszedł jeden z najczęściej „dyskutujących”, czyli Paul. Ale wydaje mi się, że póki nie zostanie rozwiązany problem (powód) trzeci, to nie ma szans na całkowite „zwycięstwo” w tym aspekcie.

Powód #3 – Trener

Tak, dokładnie. Problem trzeci w kolejności, ale, w moim odczuciu, pierwszy w ważności. Coach Doc Rivers jest z drużyną od 2013 roku. Za każdym razem wygrywał w sezonie regularnym ponad 50 meczów. Jednak w ciągu 4 poprzednich sezonów Clippers dwukrotnie odpadali w drugiej rundzie (w 2014 i 2015). Zaś ich 2 ostatnie występy w Playoffach kończyły się już na pierwszej rundzie. Wydaje się, że czas Doca w Lob City dobiega końca. Nie jestem osobiście zwolennikiem jego talentu. Nie uważam go za czołowego szkoleniowca w Lidze – a przez wielu jest w ten sposób określany. Trenerem roku został dawno, w sezonie 1999-2000, gdy wprowadził Orlando Magic do Playoffów. Z Boston Celtics dwukrotnie był w Finałach, z czego raz wygrał Mistrzostwo. Jednak jego sceptycy przekonują, że nie dało się wówczas przegrać, mając w składzie Rajona Rondo, Raya Allena, Paula Pierce’a, Kevina Garnetta i Kendricka Perkinsa – wszystkich u szczytu formy.

Dla wielu największym problemem Riversa jest fakt jego wpływu na drużynę. Można powiedzieć, że to za jego przykładem Clippers stali się „królami przewinień technicznych”. To on najgłośniej atakuje sędziów, to jego najczęściej trzeba opanowywać. Nie sprzyja to zdecydowanie efektywności drużyny, która za jego przykładem również obwinia wszystkich naokoło, tylko nie siebie. Oczywiście nie zawsze jest tak, że im częściej trener kłóci się z sędziami, tylko gorzej dla zespołu. Jeden z najlepszych coachów w historii, Gregg Popovich, otrzymuje wiele przewinień technicznych w trakcie meczu. I nie tylko on. Ale w przypadku Clippers bardzo widać, że ten konkretny trener im nie służy.

Do tego jego decyzje pozostają dla wielu niezrozumiałe. Jedną z nich jest niewłaściwe wykorzystywanie potencjału Blake’a Griffina. Mając tak wszechstronnego gracza aż prosi się o lepsze dzielenie się piłką. Tak robi to najlepsza drużyna NBA w ostatnich latach, Golden State Warriors. Ich wszechstronny wysoki, Draymond Green, świetnie podaje, kozłuje, wchodzi pod kosz i potrafi rzucić za 3 (nie jakoś genialnie, ale wystarczająco dobrze). Blake jest dosyć podobnym graczem, ale o ile gra lepiej pod koszem, to jest słabszym obrońcą. Tym niemniej, w ataku jego wachlarz umiejętności teoretycznie jest większy. Problem w tym, że nie wykorzystuje go w pełni. A nie jest w stanie tego robić w systemie Doca Riversa. Coach Clippers wyraźnie nie ma pomysłu na rozgrywanie akcji wokół Griffina. Nie wszystko da się rozwiązać pick-and-rollami. Tak, można je stosować często. Ale trzeba czegoś więcej, by wygrywać. Doc tego nie gwarantuje. Przez ostatnie sezony, mając świetny skład, nie potrafił przebrnąć drugiej rundy. Nie potrafił wygrywać z najlepszymi.

Zaś najwięcej hejtu spada na Riversa z powodu… jego syna. Będąc jeszcze Prezydentem do Operacji Koszykarskich ściągnął z Nowego Orleanu Austina Riversa. Obecnie, z powodu kontuzji innych rozgrywających, to właśnie syn Doca jest ich podstawową „jedynką”. Tym niemniej wcześniej, gdy Beverely i Teodosic byli jeszcze zdrowi, często padały pytania, co robi w tym zespole Austin. Rzuca na bardzo słabej skuteczności za 2 i z wolnych (48% True Shootingu: piąty najgorszy wynik spośród graczy, którzy grają co najmniej 30 minut w meczu), notuje mało asyst, nie trafia w końcówce, jest nieefektywny (5 najniższy PER wśród graczy grających minimum 30 minut). Dla wielu jest tak często na boisku, bo trenerem jest jego ojciec. Może to i przesada, ale to stwierdzenie powraca za każdym razem, gdy Austin zawodzi. I z każdym słabym meczem młodego Riversa będzie stawało się ono coraz bardziej wiarygodne.

Panie doktorze, czy tego pacjenta da się uratować?

Mógłbym szukać jeszcze kolejnych powodów niemocy Clippers. Ale tyle powinno wystarczyć. Opisałem te najważniejsze. Analizując je wszystkie doszedłem do wniosku, że Los Angeles Clippers nie są przeklęci. Są po prostu źle zarządzani oraz mają pecha. Temu pierwszemu można zaradzić. Moje „rady” jak przestać być „przegrywami”:

  • zwolnić Doca Riversa
  • zatrudnić trenera, który zadba o zmianę podejścia graczy (koniec z obwinianiem sędziów)
  • lepiej wykorzystywać potencjał Griffina i to wokół niego budować przyszłość organizacji
  • być może spróbować ściągnąć do składu jakichś młodych zawodników, którzy mogliby się w Los Angeles rozwinąć i za kilka lat stać gwiazdami

Oczywiście to tylko moje prywatne przemyślenia i opinie. Nie musicie się z nimi zgadzać. Dajcie jednak znać, co o tym myślicie. Czy Clippers rzeczywiście są przeklęci? Czy to tylko długa seria wypadków przy pracy i błędów, która w końcu musi się skończyć? Co w przyszłości – dalej Doc i Lob City, czy może gruntowna przebudowa? Co według was powinni zrobić?

Do usłyszenia!

Lubisz naszą pracę? Wspieraj nas na Patronite.pl!

Kubala

Pasjonat gier planszowych, karcianych, fabularnych, książek, podróżowania, Snookera, Wiedźmina, piłki nożnej oraz, oczywiście, koszykówki. Z NBA od Finałów w 2013 roku. Ulubione drużyny: Warriors i Spurs. Na co dzień student w rodzinnym Trójmieście. Kibic (aktywny) Asseco Gdynia.

11 komentarzy

  1. allan77 pisze:

    Dorzuciłbym jeszcze : przehandlować Jordana, z tym gościem na wysokim kontrakcie ciężko będzie zbudować zespół walczący o najwyższe cele.

  2. Mariusz 72 pisze:

    Wcale nie są przeklęci, mają jednak wielkiego pecha.
    wymienić trenera i może będzie dobrze.

  3. Szuwarek pisze:

    Ja się tylko powtórzę w kontekście moich przedsezonowych wypowiedziach o Clippers. Gdy w drużynie są osoby mające od zawsze problem z kontuzjami typu – Griffin, Williams, Beverley, Gallinari – to nie ma siły, że ktoś z tej paczki będzie kontuzjowany. To nie kwestia pecha, ale tego, że organizmy tych panów nie wytrzymują obciążeń NBA. No i dwóch już padło – Beverley i Gallinari. Padł też Teodosic i nie wiadomo kiedy wróci. Stąd mówiłem, że jak dobrze pójdzie to może do play-off wejdą, ale bardziej prawdopodobne, że będą celować w 9-11 miejsce.

    Co do Doca – też się powtarzam, ale uważam, że jego system ofensywny jest archaiczny. Nie na dzisiejsze czasy. Uważam, że jest jednym z lepszych trenerów rozrysowujących akcje w ostatnich minutach, z czego zasłynął w Celtics (nikt mi nie wmówi, że to był samograj, bo w historii były już niewypały w dream teamach). Wielu zawodników mówiło również o nim w samych superlatywach w kontekście umiejętności nawiązywania świetnych relacji z zawodnikami i pracy z trudnymi charakterami (było nie było Rondo najlepiej grał właśnie w Celtics). Jest typem coacha – mentora. Nie radzi sobie jednak ze zmieniającą się grą. Nie idzie z duchem gry, tylko trzyma się starych schematów. Okazuje się, że młodzi trenerzy w stylu Stevens, Kerr, Vogel czy wychowankowie Popovica – Budenholzer, Brown, Snyder dzisiaj sprawdzają się lepiej. Co więcej nawet starsi trenerzy zaczynający z Riversem – Van Gundy, McMillan już nie mówiąc o D’Antonim potrafili się przystosować, a Doc nie. Moim zdaniem powinien sobie odpocząć na rok, dwa.

  4. ash pisze:

    Dobry art. Mogłeś jeszcze pociągnąć temat młodych zawodników. Doc Rivers nie nawidzi wpuszczać młodych zawodników. Przez te wszystkie lata same nietrafione wybory w draftach, a może i trafione tylko nigdy nie dano im szansy. Nawet w garbage time nie ma zamiaru nikogo oglądać, lepiej sobie pożartować na ławce czy mecz wygrany czy przegrany. Ewentualnie w tym czasie sędziego zaorać jeszcze raz jak nikt inny nie ma ochoty pogadać. Dopiero w tym roku z przymusu spróbował młodych Thornwella i Evansa, ale gdyby zadbał o takich dwóch 3 lata temu to by dziś miał przyzwoitych graczy. Teraz już za późno.

    • Kubala pisze:

      Też myślałem, że same złe wybory – ale Griffin i Jordan są ich, a tacy źli nie są. Chociaż zgodzę się, że u Doca młodzi nie grają (chyba, że są jego dziećmi hehe).

  5. allan77 pisze:

    Wyrzucić Riversa i wziąć Shakę Smarta, pozbyć się złych kontraktów i budować od nowa wokół Griffina. Im szybciej tym lepiej.

  6. bilzz pisze:

    …i przenieść do Seattle ☺

Pozostaw odpowiedź Szuwarek Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *