LeBron S.A. Sportowiec warty miliard – recenzja

Książka o wybitnym koszykarzu, w której większy nacisk położono na biznes, a nie na sport. Czy takie coś miało prawo się udać? Zapraszam na recenzję.

fot. MVP Magazyn

Nie jestem zwolennikiem pisania biografii graczy w trakcie ich karier (patrz: Potrójne oblicze). „LeBron S.A.” nie jest jednak typową biografią. To nie jest opis kolejnych wydarzeń z młodości, a potem kariery zawodowej. Autor skupia się tu przede wszystkim na stronie biznesowej – na umowach czy działalności pozaboiskowej. Nadal jednak jest to historia niedokończona, zatem ten podstawowy minus książek pisanych w trakcie kariery gracza, jakim jest niedosyt czy pewna niepełność historii, jest tu obecny.

fot. labotiga.pl

Jasne, czasem w ostatnim etapie kariery (a przed takim jest LeBron) nie dzieje się nic, co mogłoby diametralnie zmienić wydźwięk danego zawodnika. Ale np. dla Raya Allena kluczowym wydarzeniem z kariery był rzut w meczu nr 6 Finałów w 2013 roku. Czyli w jego przedostatnim sezonie. Oczywiście nie zaprzecza to wszystkiemu, co robił wcześniej, ale sprawia, że patrzymy na to w trochę inny sposób. Chociaż nie ma na to reguły – Kobe w ostatnim meczu swojej kariery zdobył legendarne 60 punktów, natomiast było to, w perspektywie jego kariery, tylko kolejne wydarzenie do zapamiętania. Mimo wszystko nie zmienia ono wydźwięku całej jego legendy, tak jak takie wydarzenia jak: 81 pkt w meczu, piąte mistrzostwo czy przeskoczenie MJ-a na liście najlepszych strzelców. Ale nie o Kobe’em dzisiaj. Wróćmy do właściwego tematu.

Rzut, który przeszedł do historii.
fot. Air Alamo

Na wstępie muszę, niestety, skrytykować „kolegę po fachu”, czyli Pana Michała Rutkowskiego. Jest on jednym z dwóch tłumaczy „LeBron S.A.”, a także napisał wstęp do polskiego wydania. O ile co do przekładu nie mam do czego się przyczepić – pełny profesjonalizm, o tyle sam wstęp zawiera pewien zwrot, który jest używany też w innych recenzjach tej książki, a który, w mojej ocenie, jest dużym nadużyciem, żeby nie powiedzieć kłamstwem. Chodzi mianowicie o mówienie o tej pozycji jako „obowiązkowej dla młodych adeptów biznesu i doświadczonych przedsiębiorców”.

fot. Bleacher Report

Przepraszam bardzo, ale dlaczego ta książka ma być obowiązkowa dla ludzi zajmujących się przedsiębiorstwami? Bo LeBron i jego znajomi osiągnęli sukces biznesowy? Jego przypadek jest odrealniony i nie ma prawie żadnego przełożenia na sprawy 99,99% światowych przedsiębiorców. W Polsce są ponad 3 miliony firm, z czego ponad 2 miliony to mikroprzedsiębiorstwa. Przyjmijmy sobie okrągłą (i zaniżoną) liczbę 2 mln przedsiębiorców. A ilu mamy w naszym kraju naprawdę znanych osób, które są medialnymi ikonami chociażby na skalę krajową? Jakieś 100 osób? Jest to 0,005% liczby wszystkich przedsiębiorców. Jasne, w Stanach jest więcej sławnych osób, ale i więcej mieszkańców, więcej przedsiębiorców. I, oczywiście, pewne reguły biznesowe (jak inwestowanie w aktywa przyszłościowe, a nie kupowanie popularnych akcji) obowiązują w każdym przypadku. Ale to, w jaki sposób ikony medialne budują swoje imperia, nie ma przełożenia na realną ekonomię i na działanie typowych („zwyczajnych”) firm.

fot. Insider

Książka daje pewne konkretne i trafne rady odnośnie inwestowania – jak przemyślane zakupy, autentyczność, patrzenie w przyszłość czy nawiązywanie kontaktów i praca z zaufanymi ludźmi. Ale, ponownie to powtórzę, ciężko jest uznać ją za dającą odpowiednią lekcję dla ogółu osób związanych w biznesem. To, że wytwórnia filmowa, założona przez LeBrona, osiągnęła jakiś sukces, w dużym stopniu opiera się na jego osobie. Bez niego ten biznes pewnie nigdy by nie ruszył. W analogicznej sytuacji Robert Lewandowski, zakładający wytwórnię filmową, ma większą szansę na odniesienie początkowego sukcesu, niż przeciętny Kowalski. Ponieważ jego ludzie znają i niektórzy, choćby z ciekawości albo z sympatii, wesprą ten projekt, obejrzą jego filmy itd. Dalsze kroki i utrzymanie się na rynku wymagają już pewnej wiedzy i doświadczenia, ale sam początek jest diametralnie inny dla zwykłych osób, a inny dla sław.

fot. LeBron Wire – USA Today

Uf, starczy tego. Miało być o książce, a tyle pisałem o wstępie. Natomiast to w pewien sposób także zarzut do samego tekstu Pana Windhorsta. Pod względem biograficznym książka się broni – porusza wiele zagadnień, które normalnie nie są w centrum wydarzeń. Nie jest ona oderwana od wydarzeń sportowych, bo mają one wpływ na decyzje biznesowe, ale tutaj właśnie sprawy pozaboiskowe są najważniejsze. Miało być jednak o zarzucie – książka (przynajmniej ja to tak odebrałem) jest pisana z perspektywy fana LeBrona. Nie jest to może aż tak bardzo widoczne jak przy „Potrójnym obliczu” albo „Król jest tylko jeden”. Natomiast, przez sympatię autora do LBJ-a, całość jest w pewien sposób pochwałą do metod, stosowanych przez LeBrona i jego kumpli. Tymczasem ich głównymi sposobami na odnoszenie sukcesów (poza korzystaniem ze sławy Króla Jamesa) było uczenie się na własnych błędach (co jest umiarkowanie dobre, bo nie każdy może się po niektórych pomyłkach podnieść) oraz opieranie się na znajomościach. Jasne, każda działalność jest inna. Ale, czytający to „młodzi adepci biznesu” mogą uznać, że edukacja nie jest potrzebna, bo wystarczy próbować i poznawać ludzi. Mała dygresja: potrafimy ciężko pracować i odkładać przez lata pieniądze, żeby potem zainwestować je bez wiedzy w kredyt polecany przez Panią w banku albo akcje na giełdzie, które jakiś Youtuber zachwala. Tymczasem, w przeciwieństwie do LeBrona, zwykle nie mamy wielu milionów rezerwy. Stąd właśnie ja osobiście jestem bardzo sceptycznie nastawiony do tego typu przekazów. Zwłaszcza, że są one (wiem, powtarzam się) oderwane od naszej rzeczywistości i nie mają na nią przełożenia.

LeBron w szkole średniej.
fot. EssentiallySports

Jednakże, co do samej książki – nie można odmówić Windhorstowi tego, że ma lekkie pióro. Całość czyta się szybko i przyjemnie. Jak wspomniałem wcześniej, to naprawdę satysfakcjonujące poznać nieco zakulisowych działań oraz spojrzeć z innej strony na niektóre decyzje czy wydarzenia. Do tego absolutnie nie mogę się przyczepić. Całość jest też dobrze przemyślana – zdarzają się małe wyskoki czasowe w przód, jeśli dotyczą omawianego tematu, jednak w żadnym momencie nie ma się wrażenia, że przez to pominięto jakiś ważny aspekt, który zdarzył się pomiędzy właśnie opowiadanym etapem a „wypadem”. Jest to spójne, a przy tym ciekawe, bo nie jest jedynie przedstawianiem faktów jeden po drugim, ale także pokazywaniem skutków pewnych działań.

fot. Bleacher Report

Mam zatem problem z oceną tej książki. Z jednej strony czytało mi się ją lekko i dosyć przyjemnie, do tego porusza ciekawe i mało eksploatowane tematy. Z drugiej: ma się wrażenie niepełności historii, a do tego jej wydźwięk bardzo mi nie odpowiada. Plasuje się więc gdzieś pośrodku stawki. Podobała mi się bardziej od biografii MJ-a (wiem, zawsze to powtarzam, ale nie lubię stylu pisania Lezemby’ego, bo mnie nudzi). Natomiast, mimo wszystkich błędów, The Jordan Rules wydaje się jednak lepszą pozycją. O włos, ale lepszą. Dlatego na ten moment LeBron S.A. zajmuje dziewiątą pozycję w moim zestawieniu (które poniżej).

Moja ocena: 3,5/5

Oczywiście ogromne podziękowania dla wydawnictwa SQN za egzemplarz książki do recenzji.

Poniżej ranking przeczytanych przeze mnie książek koszykarskich:

  1. Wielka Księga Koszykówki – Bill Simmons 5/5
  2. Dream Team – Jack McCallum 4,5/5
  3. Iverson. Życie to nie gra – Kent Babb 4,5/5
  4. Larry vs Magic. Kiedy rządziliśmy NBA – Larry Bird, Earvin „Magic” Johnson, Jackie MacMullan 4,5/5
  5. 11 pierścieni  – Phil Jackson, Hugh Delehanty 4/5
  6. Shaq. Bez cenzury – Shaquille O’Neil, Jackie MacMullan 3,5/5
  7. John Stockton. Autobiografia – John Stockton, Kerry L. Pickett 3,5/
  8. The Jordan Rules – Sam Smith 3,5/5
  9. LeBron S.A. Sportowiec warty miliard – Brian Windhorst 3,5/5
  10. Michael Jordan. Życie – Roland Lazemby 3,5/5
  11. Ray Allen. Za trzy – Ray Allen, Michael Arkush 3/5
  12. Stephen Curry. Potrójne oblicze – Marcus Thornton II 3/5
  13. Los Angeles Lakers. Złota historia NBA – Marcin Harasimowicz 2/5
  14. LeBron James. Król jest tylko jeden? – Marcin Harasimowicz 1,5/5
fot. The Guardian

Na mojej półce czekają 2 pozycje autorstwa Lazemby’ego: Kobe Bryant. Showman oraz Chicago Bulls.Krew na rogach. Chyba trzeba się będzie za to wreszcie zabrać. Biografię Mamby zaczynałem, ale już pierwsze rozdziały zaczęły mnie nużyć. Czas chyba się przełamać.

A co do książki o LeBronie – czytaliście? Jakie macie odczucia? Podzielcie się nimi w komentarzach. I do następnego, przyjemnego śledzenia Playoffów!

Kubala

Pasjonat gier planszowych, karcianych, fabularnych, książek, podróżowania, Snookera, Wiedźmina, piłki nożnej oraz, oczywiście, koszykówki. Z NBA od Finałów w 2013 roku. Ulubione drużyny: Warriors i Spurs. Na co dzień student w rodzinnym Trójmieście. Kibic (aktywny) Asseco Gdynia.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *