Salon koszykarski: Czarny Jesus z Filadelfii

Pamiętacie scenę z filmu „He Got Game”, w której to Jesus Schuttlesworth rozmawia z ojcem idąc przez molo? Właśnie wówczas Jake tłumaczy swemu synowi genezę jego imienia. Imienia Jesus. Scena ta, zresztą jak sama postać wykreowana przez Raya Allena jest swoistym hołdem oddanym przez reżysera – Spike Lee – dla jednego z najwybitniejszych koszykarzy w dziejach koszykówki. Tym graczem jest Earl Monroe.  

Spike Lee to oczywiście wielki fan koszykówki i jeden z najbardziej znanych i wiernych kibiców drużyny Knickerbockers. Ileż to razy kamery telewizyjne wychwytywały pasję jakiej oddaje się w trakcie trwania meczu koszykarskiego, kiedy kibicuje swym rodzimym Knicksom.

„He Got Game” to dla wielu kibiców koszykówki film kultowy, pozycja obowiązkowa niemal tak samo jak serie meczów finałowych rozgrywanych co rok w czerwcu. Trzeba to znać i koniec kropka. Tak samo jak ważny dla większości maniaków basketu jest ten obraz nakreślony przez reżysera, tak samo dla niego ogromną symbolikę ma nazwisko Monroe. Otóż był on jednym z głównych gwiazd zespołu z Nowego Jorku w 1973 roku, a o tym że  data szczególna, przekonacie się w dalszej części artykułu.

Earl Monroe przyszedł na świat 21 listopada 1944 roku w Filadelfii w stanie Pensylwania. Początkowo jako dziecko nie przejawiał zbytniego zainteresowania koszykówką. O wiele bardziej pasjonowała go piłka nożna, której to oddawał się namiętnie w wolnych chwilach. Przeznaczenie miało jednak zupełnie inne plany co do osoby młodego Earla i nieszczęsny los chciał, że nasz bohater złamał nogę, co niejako przeniosło ciężar jego zainteresowań na basket.

W szkole średniej pierwszy raz dał o sobie znać jego niebywały talent do tej dyscypliny sportu. Mając wówczas niecałe 186 cm grał na środku, a za sprawą swej niespotykanej elastyczności i szybkości oraz całej masie wymyślnych zwodów bez problemu ogrywał swych rywali.

Po liceum postanowił kontynuować swą karierę w college’u WinstonSalem State, niedużej uczelni skupiającej głównie afroamerykańską młodzież, której drużyna Rams grała w Divison II. Jeśli nazwa uczelni, a jednocześnie miejscowości kojarzy Wam się z markami papierosów to macie rację, gdyż właśnie tutaj swą siedzibę ma firma R.J Reynolds Tobaco Company. Monroe jednak nie wybrał tej uczelni ze względu na pozycję miejscowości na tytoniowej mapie świata. Myślę, że kluczowa była osoba trenera ClarenceBig HouseGainesa,  pod okiem , którego Earl czynił z każdym rokiem olbrzymie postępy. W swym czwartym roku studiów notował średnio 41,5, a jego zespół zdobył mistrzostwo dywizji.

Baltimore_Bullets_61346.jpgJego wyczyny nie uszły bez echa i w 1967 roku był jednym z najgorętszych nazwisk w perspektywie naboru do NBA.  Z pierwszym numerem Pistons wybrali Jimmy Walkera, a tuż za nim do ligi trafił właśnie Earl Monroe, który zasilił szeregi Baltimore Bullets. Co ciekawe w tym samym drafcie Knicks wybrali Walta Fraziera, a ścieżki tych dwóch panów miały się bardzo szybko zejść.

W swym debiutanckim sezonie Monroe szybko pokazał swą wartość i zakończył rozgrywki ze zdobyczami na poziomie 24,3 pkt, 4,3 asysty oraz 5,7 zbiórki na mecz. Takie osiągnięcia, a przede wszystkim wyśmienita dyspozycja dała mu nagrodę pierwszoroczniaka roku.

Najbardziej istotną kwestią było jednak to, że przyjście do Pocisków Monroe’a wiązało się nie tylko z jego indywidualnymi osiągnięciami, ale także z szybkim progresem jaki notował sam zespół. Drużyna ze stanu Maryland szybko, bo z sezonu na sezon awansowała z ostatniej pozycji w lidze na koniec sezonu regularnego na pozycję lidera tabeli Wschodu.

Monroe wraz z innym wybitnym graczem, środkowym Wesem Unseldem, stworzyli jeden z najmocniejszych duetów w całej lidze. Ich dwójkowe akcję, a przede wszystkim szybkie kontry wyprowadzane spod własnego kosza spędzały sen z oczu rywalom. Swoją drogą niesamowite jest to jak dobrze spod własnego kosza pod kosz przeciwnika poruszał się wspomniany Unseld, który odznaczał się nie tylko imponującym afro, ale również postawną i dość masywną sylwetką. Tak czy inaczej drużyna prezentowała się wyśmienicie, dwójka liderów w pełni wywiązywała się ze swych obowiązków, a trener Gene Shue mógł być zadowolony z obrotów spraw.

earl-monroe-p1W sezonie 1970/71 zespół Bullets awansował do finałów NBA, a Monroe stanął po okresie ledwie czterech lat przed szansą zdobycia upragnionego mistrzostwa. Niestety tym razem plan spalił na panewce. Na drodze po tytuł stanęli im bowiem Milwaukee Bucks, którzy w swym składzie posiadali Oscara Robertsona oraz Lew Alcindora, którego możecie też znać jako Kareem Abdul Jabbar. Nie mniej w tym czasie Jabbar jeszcze Jabbarem nie był (dopiero po finałach), został za to wybrany na MVP finałów ze średnią 27 pkt oraz 18,5 zb na mecz. Do wyłonienia czempiona potrzebne były ledwie cztery starcia, a każde pewnie wygrane przez Bucks. Zespół ze stanu Wisconsin całkowicie zdominował tą rywalizację, a podopieczni Shue w żadnym z meczów nie byli nawet blisko wygranej (88:98, 83:102, 99:107, 106:118).

Pisząc o drafcie z 1967 roku nie przypadkowo wspomniałem też o Frazierze. Gracz ten bowiem trafił w tym samym naborze z numerem 5, a więc 3 pozycje po Monroe, do Nowego Jorku i szybko zaczął tam odgrywać podobną rolę, jaką w Bullets miał „The Pearl”.

Każdy wielki sportowiec musi mieć wielkiego rywala. Taka już jest kolej rzeczy. Klasa przeciwnika świadczy o tym jak wielki jesteś ty sam i jest to fakt niezaprzeczalny. Tak jak dobro potrzebuje zła, jak noc potrzebuje dnia tak w sporcie rywalizacja oparta jest na dwóch wybitnych jednostkach. Tak jak Ali potrzebował Joe Fraziera, tak jak Larry Bird potrzebował Magica Johnsona, a Michael Jordan nie byłby Jordanem bez Thomasa, tak właśnie Earl Monroe potrzebował Walta Fraziera.

Pojedynki między tymi dwoma graczami elektryzowały wszystkich ówczesnych kibiców koszykówki w Stanach. Ich drużyny regularnie stawały sobie na drodze na szczyt NBA od 1969. W 1970 roku lepszy okazał się gracz z Nowego Jorku, rok później, co jasne po siedmiomeczowej rywalizacji do wspomnianych finałów NBA weszli Bullets.

Po przegranym finale z Bucks ekipa Bullets potrzebowała świeżego powietrza, a chyba przede wszystkim głębszego oddechu potrzebował sam Monroe, który poprosił włodarzy z Baltimore o transfer. To co było następstwem jego prośby okazało się prawdziwym szokiem dla obserwatorów rozgrywek. Otóż zadecydowano, że Monroe trafi do Knicks, którzy w zamian wysłali do Maryland Mike’a Riordona, Dave’a Stallwortha oraz gotówkę. Wyobraźcie sobie, że dziś Kevin Durant dołącza do LeBrona Jamesa, jest to coś nie do pomyślenia. Nawet dla tych najbardziej dociekliwych, którzy zaraz powiedzą, że jest to porównanie nie ma sensu, bo przecież James gra z Wade’em i Boshem. Otóż Frazier grał z Willisem Reedem, Jerrym Lucasem oraz Dave DeBussherem. Były to wówczas nazwiska równie głośnie co wspomniana dwójka z Florydy.

ny_g_monroe_b1_576

Po pierwszym sezonie spędzonym w Knicks Monroe mógłby rzec, że zamienił stryjek siekierkę na kijek, gdyż ponownie musiał przełknąć gorycz porażki w finale NBA. W 1972 Los Angeles Lakers z Wiltem Chamberlainem pokonali ekipę z MSG w stosunku 4:1. Cały sezon zresztą nie był zbyt udany dla Monroe’a który rozegrał ledwie 60 spotkań w sezonie regularnym notując średnio nieco ponad 11 oczek. Zwyczajnie miał on problemy z adaptacją i odnalezieniem się w systemie gry Knicks. W Bullets był gwiazdą, tutaj miał być częścią kolektywu i to sprawiało mu kłopot. Finały wyszły mu jeszcze gorzej i ciężko powiedzieć, żeby był czołową postacią ze zdobyczami na poziomie 6,8 pkt. (tutaj też ciekawostka, że finałach tych na przeciw siebie zagrali Phil Jackson i Pat Riley).

Okazja do rewanżu nadarzyła się rok później, kiedy to Knicks pokonali Jeziorowców w finale 4:1, a więc w identycznym stosunku w jakim przegrali w minionych rozgrywkach. W tej rywalizacji oglądaliśmy już zupełnie innego Monroe, który odzyskał swój blask i wspólnie z Frazierem tworzyli tzw. „Rolls Royce Backcourt”. Perłowy Earl zakończył finały ze statystykami 16 pkt na mecz oraz 4,2 as. Bardzo zbliżone liczby zaliczał Frazier (16,6 pkt i 5 s na mecz).

Zatem rok 1973 był przełomowy w karierze Earla, który to pierwszy (i ostatni w swej karierze) sięgnął po mistrzostwo NBA. W tym samym roku 16 letni Shelton zwany zdrobniale przez matkę Spike pasjonował się rywalizacją na linii Knicks – Lakers, a jego uwadze nie uszedł udział w triumfie jego ukochanych „Krótkospodenkowców” samego Earla Monroe’a, którego za kilkanaście lat uhonoruje w jakże znamienity sposób.

Kolejne lata to już schyłek kariery tego wielkiego gracza. Chociaż w roku 75 i 77 był wybierany do meczów gwiazd (wcześniej też dwukrotnie dostąpił tego zaszczytu), to jego zespół nie odnosił już tak spektakularnych sukcesów. Sam Earl grał cały czas na wysokim poziomie, jego statystyki oscylowały w granicach 20 pkt, ale magia z czasem się zatracała. Kiedy w 1977 do Cleveland odesłano Fraziera  jasne się stało, że to już koniec epoki wielkich Knicks. Z czasem kolana zaczęły mu odmawiać posłuszeństwa i w końcu z tego powodu był zmuszony zakończyć swą karierę w 1980 roku.

Najważniejsze jest zawsze to, co pozostawiamy po sobie w dziedzinie, która się zajmujemy. Cóż zatem pozostawił po sobie Monroe? Otóż był jednym z prekursorów szybkiego operowania piłką – ball-handingu niemal niespotykanego do tej pory. No-look passy, szybkie wyprowadzanie kontr, cała masa zwodów, piwotów, pump fake’ów, to cały arsenał jakim dysponował ten gracz. Jeśli do tego dodamy znakomite „czucie kosza” i dobrą grę na półdystansie uzyskujemy pełen obraz umiejętności tego gracza.  Zwany Perłą, Czarnym Jezusem, uznawany jest za pierwowzór Magica Johnsona ze względu na uniwersalność i szeroki wachlarz zagrań. W swej palecie zwodów często oddawał się swobodnej improwizacji, przez co wielokrotnie porównywano jego styl gry do słuchania jazzu. Analogia nasuwa się sama.

Wniósł do gry ten element magii, który następnie przechwycił Julius Erving, a potem kolejno posiadali go Magic Johnson, Isiah Thoms, Michel Jordan i tak do dzisiejszych pokoleń. Jego indywidualne umiejętności, którymi górował nad rywalami otworzyły mu drogę na szczyt. Przez pewien czas był tym największym. Wraz z Jerry Westem był tym, który odmienił tą grę i postrzeganie w niej graczy z backcourtu. Odcisnął na koszykówce bardzo mocno swe piętno, a zmiany, których stał się częścią były kontynuowane przez największe gwiazdy w kolejnych dekadach.  W 1990 roku trafił do „Hall of Fame”.

Paweł Kołakowski

Od lat wierny kibic Houston Rockets i wielbiciel Charlesa Barkleya (głównie z czasów gry w Suns). Wychowany na transmisjach NBA w TVP2 wspominający z łezką w oku te godzinne transmisje w piątkowe popołudnia z komentarzem Szaranowicza i Łabędzia :). Ahh te lata 90-te :)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *