Urocze lata 90-te, czyli która dynastia Byków miała lepszą czwórkę

Jeśli zapytano by Was o najlepszy zespół w historii koszykówki, to mogę się założyć, że większość z Was odpowiedziałby: Chicago Bulls. Sam jestem w stanie przychylić się do takiej opinii, bo Byki z Jordanem to było coś absolutnie wyjątkowego. Coś, czego świat wcześniej nie doświadczył i mogę mniemać, że raczej nie będzie mu dane ponownie doświadczyć. Ekipa z Chicago z Jordanem to rarytas, na który mogli sobie pozwolić fani koszykówki z lat 90-tych.

Paradoks polega na tym, że biorąc pod uwagę ostatnią dekadę ubiegłego wieku mamy dwie dynastię Byków. Pierwsza z lat 91-93, a następna powróciła w glorii dwa lata później. Przerwa spowodowana była oczywiście, krótkim okresem przejściowym, jakim był odpoczynek MJ od koszykówki.

Nie chce się skupiać na tym co łączy i co dzieli ogólnie oba te zespoły, które zdobywały trzy razy pod rząd mistrzostwo ligi. Mam zamiar natomiast przefiltrować dwóch graczy podkoszowych, a mianowicie Horace’a Granta i Dennisa Rodmana. Co ich różniło, co łączyło, a więc podobieństwa, różnice, krótka wyliczanka. Wnioski należą do Was, bo każdy z Was ma z pewnością swoje zdanie w tej materii.

Jeśli genezę obydwu w Bulls to można dostrzec pierwszą różnicę. Grant został wybrany przez Byki w 1987 z numerem 10 przez ekipę z Windy City. Rodman natomiast trafił tam dziewięć lat później, w okresie swego najaktywniejszego szaleństwa (zarówno koszykarskiego jak i poza sportowego). Mamy zatem zetknięcie żółtodzioba z uznaną marką, dwukrotnym mistrzem i najlepszym zbierającym ligi. Dołożyłbym jeszcze stwierdzenie, że Robak dołożył cegiełkę przy kształtowaniu się kariery Horace’a, gdyż był członkiem ekipy Bad Boys, która pod koniec lat 80-tych dwa razy eliminował Bulls w Play Offach. Młody gracz musiał wynieść niezłą szkołę z pojedynków ze swoim vis-a-vis.

Porównując charakterystykę obu, to na pierwszy rzut oka widać, że Grant był znacznie lepszym graczem w ofensywie. Dysponował dobrym rzutem z półdystansu, a jego średnie punktowe oscylowały między 12-15 punktów (prócz debiutanckiego sezonu). Rodman natomiast w ataku taki skuteczny nie był, ale wiadomo, że swoją cegiełkę potrafił dołożyć. Jako świetny zbierający potrafił zdobywać punkty po dobitkach w szaleńczej walce pod tablicami. Horace Grant znacznie lepiej też wykonywał rzuty wolne (70%), chociaż przyznam się, że zawsze się zastanawiałem czy Rodman w ogóle myśli o zdobyciu punktów, kiedy stał na linii – ale to był cały Dennis.

Pod bronionym koszem Rodman przewyższał oponenta w kwestii walki na desce. Co by nie mówić, był w tym po prostu artystą. Z całym jego szaleństwem, pasją, ambicją, właśnie tutaj najlepiej się odnajdywał. W dzikiej walce, gdzie często jego instynkt zdawał się być jego największym atutem. Miał ledwie 201 cm, a potrafił zabierać piłki znacznie wyższym rywalom.

Gdybym miał znaleźć przewagę w defensywie u Granta, to z pewnością były by to bloki. Ogólnie Horace był bardzo niedocenianym obrońcą z perspektywy czasu, a zmagał się właśnie z Pistons czy też z Knicks Pata Rileya. To były ekipy nastawione na walkę i zawodnik Bulls zdawał te egzaminy.

Warto też skonfrontować ze sobą ich charaktery. Jaki był Rodman każdy wie. Ciężko powiedzieć, że był normalny. Gość był tak wykręcony, że nie da się tego zmieścić w żadnych ramach psychiatrii. Na szczęście są dwie osoby, które zdawały się go rozumieć. Pierwszym jest Kim Dzong Un, a druga postać (troszkę mniej kontrowersyjna) to Phill Jackson. Jax potrafił uczynić z jego szaleństwa istotną broń, o czym przekonał się Karl Malone, Shawn Kemp czy też Frank Brickowski (kto pamięta jeszcze tego faceta ręką w górę).

Grant był absolutnym przeciwieństwem Robaka. Spokojny i wyważony. Ciężko szukać u niego kolorowych fryzur, gdyż raczej nosił się na łyso. Jedyna ekstrawagancja to okulary, które może dziś wydadzą się czymś niezwykłym, ale w latach 80-tych wielu graczy je nosiło, a Grant zostawił je sobie do końca kariery.

Gdyby spojrzeć z ogólnej perspektywy to Grant wraz z Pippenem i Jordana wspólnie budowali potęgę Byków. Scottie i Horace byli kluczowymi elementami całej układanki wokół Jordana i razem tworzyli imperium. Rodman trafił już do innej drużyny. Pippen był zupełnie innym graczem, gdyż pod nieobecność MJ to on musiał zostać liderem Bulls i sprawdził się w tej roli. Rodman także był bardzo uznaną postacią w NBA. Doświadczenie było po stronie drugiej dynastii.

Sezon 1995-96 to coś magicznego dla fana NBA. Można by rzec, że absolutna abstrakcja w tak wyrównanej wówczas lidze. Fakt, że to właśnie za czasów Rodmana w Bulls miało to miejsce, świadczy także na jego korzyść w całej mojej wyliczance.

Można zatem dojść do wniosku, że Rodman dawał więcej Bykom. Nie chciał bym wysnuwać jednak wniosku, że któraś z dynastii była lepsza lub gorsza. Obie były inne. Stawiały czoła innym rywalom, co było efektem zmiany pokoleniowej w lidze. Młode wilki zastąpiły starych wyjadaczy, ale Bulls nadal byli na szczycie.

Podsumowując Chicago z Grantem ustanowili nową hierarchię. Kiedy przyszedł Rodman, to Byki po dwóch latach znów wróciły na szczyt. Rodman z Grantem dali temu ogromny wkład od siebie, ale gdyby nie Michael Jordan to nie było by żadnych dynastii.

Paweł Kołakowski

Od lat wierny kibic Houston Rockets i wielbiciel Charlesa Barkleya (głównie z czasów gry w Suns). Wychowany na transmisjach NBA w TVP2 wspominający z łezką w oku te godzinne transmisje w piątkowe popołudnia z komentarzem Szaranowicza i Łabędzia :). Ahh te lata 90-te :)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *