Kevin Garnett: gdzie jest różnica między pasją a obsesją?

Autor: Przemek Słoniewski

Przełom roku 2008/2009, kilka miesięcy po zdobyciu upragnionego tytułu, Boston Celtics przygotowują się do końcówki sezonu regularnego. Grający pierwszy sezon w barwach Celtów, 23-letni Patrick O’Bryant, zostaje po treningu, aby poćwiczyć grę w low-post z trenerem Cliffordem Rayanem. Może to przez zmęczenie, może brak koncentracji, ale nie idzie mu najlepiej. Patrick nie trafia kilku rzutów, ale przyjmuje to na chłodno, bez nerwowości. To wszystko dzieje się na oczach Kevina Garnetta, który woła młodego z drugiego końca sali, po czym zaczyna go obrażać i krytykować. Czeka na odpowiedź Patricka, ale ten pozostaje opanowany. To działa na Kevina jak płachta na byka, obiera sobie za punkt honoru zmusić O’Bryanta do wykazania większej boiskowej agresji.

Gdy Patrick pudłował, KG go torturował. Kevin nie zamierzał mu wybaczyć. Mówił mu szalone rzeczy. Mówiliśmy Patrickowi, żeby nie dał sobie zajść za skórę, ale było już za późno. – Leon Powe [mistrz NBA z Boston Celtics]

W rezultacie młody zawodnik zostaje pod koniec lutego 2009 wytransferowany do Toronto Raptors. Garnett nie znalazł z O’Bryantem wspólnego języka, ale swój sukces osiągnął. Oczyścił drużynę z ogniwa, które jego zdaniem zagrażało dobru wspólnemu. Czuł, że w najważniejszym momencie O’Bryant może pęknąć, więc uznał go za wroga.

Zastanawialiście się kiedyś, kto jest najbardziej polaryzującym graczem dużej ligi? Wielu jest/było w NBA zawodników, którzy dzielą opinię publiczną na 2 zwalczające się fronty. Na pierwszą myśl przychodzą Lebron, Draymond Green, Wilt Chamberlain. Każdy, obok gromady fanów i pozytywnych opinii, ma w swojej karierze momenty, których nie darują im nieprzychylni. Gdyby jednak spojrzeć z perspektywy zawodników, to kto by to był? Własną odpowiedź na pytanie podałem powyżej i sądzę, że jeżeli o kimś można powiedzieć, że w NBA nie miał kolegów z pracy, a jedynie braci lub wrogów, to był to właśnie „The Big Ticket”.

Rodziłem się w czasach kiedy Michael próbował zaprzyjaźnić się z rękawicą i drewnianą pałką, a pierwsze w miarę świadomie oglądane finały NBA to lekcja udzielona Lebronowi przez San Antonio w 2007 roku. Niedługo później, moją szczególną uwagę przykuł człowiek, który wydzierał się na telebimie w biało-zielonym uniformie z pasją godną 300-stu Spartan. Jak się potem okazało, ten sam człowiek robił na boisku pompki na pięściach i szczekał na rywala udając pit bulla, ale też rujnował psychikę innych zawodników.

Gdy natknąłeś się na boisku na Kevina, miałeś 2 wyjścia albo stanąć z nim ramię w ramię w pierwszym rzędzie wojsk, albo przyjąć wyzwanie i w tej samej wojnie go pokonać. Wybaczcie może zbyt patetyczne porównanie, ale chciałbym dzisiaj wyjaśnić dlaczego lepiej było mieć go po swojej stronie.

 

 

LIDER (CZY) DESPOTA?

„Co powiedziałeś? Mam więcej p*******ych strat w tej lidze niż ty minut kiedykolwiek zagrałeś w tej sk***********j lidze. Nie waż się nigdy więcej tak do mnie mowić” [Kevin Garnett]

„Witaj w NBA” pomyślał Jared Sulinger, kiedy usłyszał taką odpowiedź na własną sugestię, że faul zgłoszony podczas gierki przez KG był wymyślony.

Z jednej strony doprowadzenie do przerwania treningu Celtics, z powodu zakazu trenowania od Doca Riversa, wyrzucenie z sali Rajona Rodno za nierealizowanie założeń taktycznych, ‘zatrudnienie’ Masona Plumlee jako kelnera, gdy ten jako ówczesny rookie odebrał swoje jedzenie w samolocie przed weteranami. Te ‘nieszkodliwe społecznie’ czyny można uznać za budowanie kultury organizacji w drużynie. Z drugiej jednak bójka z Wallym Szczerbiakiem, plotki o obrażaniu żony Carmelo Anthonego podczas meczu. To zagrania raczej niegodne mistrza, spowodowane obsesyjną manią zwycięstwa. Cały Kevin Garnett – wchodzący do ligi Joakim Noah, na prośbę o podpis na plakacie ze zdjęciem swojego idola usłyszał od Garnetta tylko „lepiej zajmij się swoimi włosami”. Taki był przez większość kariery, Noah nie był w jego drużynie, więc KG nie czuł potrzeby bratania się ani z nim, ani z nikim kto stał po przeciwnej stronie. Czuł za to ogromną potrzebę podłamania psychiki przeciwnika.

 

SKAZANI NA SIEBIE?

 „Mówiłem to setki razy. Kevin Garnett i ja byliśmy na siebie skazani od początku. Najgorsze jest to, że musieliśmy czekać na to tak długo.” [Paul Pierce]

Grudzień 2003, Boston, Kevin Garnett pakuje piłkę nad bezradnym Tonym Battie, pieczętując tym samym wysoką wygraną swojej drużyny nad gospodarzami. Garnett czuje, że to wreszcie jest ten sezon, Minnesota notuje dobry bilans, a on jest na kursie po nagrodę MVP. Po udanej akcji, z charakterystyczną dla siebie pasją wydziera się na całe gardło, co jak zwykle ma w sobie nutę pogardy dla rywala. Gwiazdor Celtics, Paul Pierce nie zezwala na takie traktowanie. Krzyczy na Battie, żeby „nie pozwalał na tyle temu typowi”, używając kilku niecenzuralnych słów. Wracający do obrony Garnett, słysząc to, zatrzymał się, a za kilka sekund razem z Piercem, patrzyli sobie w oczy z odległości kilku centymetrów.

Choć Kevin w takiej sytuacji był wiele razy, to rzadko zdarza się, aby na boisku w szranki stawali dwaj najwięksi gwiazdorzy obu zespołów. Najczęściej mają oni swoich boiskowych ‘ochroniarzy’, ale charakter tej dwójki to coś, co połączyło ich nierozerwalnie.

Poznali się już w trakcie wakacji przed ostatnią klasą liceum, kiedy trener Pierca Thaddeus McGrew przekonał Kevina, aby pograł treningowo z jego drużyną. Będący wtedy przez kilka nocy na garnuszku w domu rodzinnym Pierca, Garnett złapał z nim niebywały kontakt. Różniły ich nieco charaktery, ale łączyła, a jakże – miłość do koszykówki ponad wszystko. Kolejny raz ich drogi przecięły się rok później podczas MC Donald’s Game gdzie Garnett linijką 18/11/4/3 zgarnął Piercowi z przed nosa nagrodę MVP, pomimo jego 28 punktów.

Okoliczności dołączenia do Boston Celtics są powszechnie znane. „The Big Ticket” z miejsca został twarzą najbardziej nieproporcjonalnej wymiany w NBA, gdy oddano za niego 7-miu zawodników. Wchodząc do nowej szatni, od razu zaznaczył, że to dalej będzie drużna Pierca, a on jest tu nie po to, by błyszczeć, ale aby osiągnąć wspólny cel.

Dzisiaj obaj panowie są sąsiadami, ich żony przyjaciółkami, a dzieci uczą się w tej samej szkole, a symbolem tej więzi jest.. ich wymiana do Brooklyn Nets. Garnett dobitnie dawał Paulowi do zrozumienia, że nie jest zainteresowany zdejmowaniem swojej klauzuli ‘no trade’ zwłaszcza na rzecz Brooklynu, w taki sposób, że rzucał słuchawką w momencie wypowiadania przez niego tejże propozycji. W końcu jednak udało się przekonać KG wizją ostatniej wspólnej próby wejścia na szczyt, choć jak to wyszło, wszyscy wiemy. Ale to nie był koniec historii KG,  który postanowił znaleźć dla siebie miejsce w nowej roli. Pasję, która towarzyszyła mu przez całą karierę ukierunkował na coś innego..

ROLA AUTORYTETU

Czym skorupka za młodu nasiąknie..” jak głosi stare stara prawda i nie sposób się z nią nie zgodzić. Kto wie czy w kontekście tak burzliwej sytuacji panującej w organizacji Timberwolves, Karl Anthony Towns zdecydowałby się na maksymalne przedłużenie umowy, gdyby nie wartości, które wpoił mu Kevin Garnett podczas swojego sezonu „mentorskiego”. Wszak swoje lekcje Garnett odbierał od nie byle kogo. Przywiązania do barw klubowych uczył się od Sama Mitchela, szanowanego zawodnika Wolves, który choć w karierze zmieniał kluby, to jednak spędził w Mineapolis 12 lat w różnych rolach. W Bostonie Kevin został namaszczony przez samego Billa Russela, którego autorytet jest tak wielki, że nawet gdyby opowiadał kawał o „babie przychodzącej do lekarza”, brzmiałoby to jak lekcja życia. Ostatni rok kariery, w którym, KG kompletnie zignorował szanse na podbudowywanie swoich i tak wyśrubowanych statystyk (pozdro Kobe), na rzecz podbudowywania wartości i prawidłowego mentality  u Townsa uznaję za coś, co odróżnia KAT’a od Wigginsa. Oczywiście Andrew również miał okazję podpatrywać warsztat pracy Garnetta, ale nie ma wątpliwości, że to Twons był oczkiem w głowie dla KG, a Kanadyjczyk swojego mentora miał poznać w Cleveland, do czego jak wiemy ostatecznie nie doszło. Kanadyjczyk namaszczany na supergwiazdę ligi osiadłe ewidentnie osiadł na laurach i mimo, że KAT przejawia czasem oznaki ‘miękkości’ to nie ulega w tym momencie wątpliwości, który z młodych kotów jest bardziej zawzięty do pracy nad sobą.

A Garnett… nawet po zakończeniu kariery dalej zajmuje się tym, czym przez cały czas jej trwania, czyli sposobem zwalczania rywali w programie Area 21, i jest to ten sam klucz, w efekcie którego Shaq ośmiesza i śmieszkuje w Inside the NBA, a Tim Duncan szkoli młodych adeptów na treningach San Antonio – te same rzeczy panowie wykonywali przez lata w NBA.

Kevina Garnetta lepiej było mieć po swojej stronie. Pasja i determinacja z jaką rywalizował czyniła kolegów z zespołu lepszymi, a rywali doprowadzała do szewskiej pasji lub bezradności (spytajcie Chaninga Frye’a ; ). Wysoki poziom ‘winning mentality’ jest bezsprzecznie potrzebny w każdej drużynie rywalizującej o najwyższe cele. U KG ten poziom czasami przekraczał wszelkie dopuszczalne normy, które musiały skończyć się wyładowaniami. Kto wie, czy jeżeli czasem potrafiłby się kontrolować, miałby na koncie więcej mistrzowskich pierścieni – tego się już nie dowiemy. Garnett to jeden z moich ulubionych zawodników, którzy tworzyli charakter i chemię w drużynie, czyli efekty które często decydują o zwycięstwie przy wyrównanym poziomie. Ten tekst to hołd dla niego, bo zaprzeczył temu że, aby oglądać ‘prawdziwe, męskie, czasem brudne’ NBA trzeba było robić to tylko w latach 90’.

Na koniec jeden z moich ulubionych cytatów Kevina, o przepisie na chemię w drużynie, wstawiony w oryginale.

 

Podczas treningu w drużynie Garnetta nie było miejsca na brak koncentracji lub nieprzestrzeganie zasad.

Źródła:

SBNation.com

Sportsnet.ca

gg.com

BostonGlobe.com

wikipedia.org

sports.vice.com

Chcesz wspierać naszą pracę? Zajrzyj na Patronite 

5 komentarzy

  1. cynik napisał(a):

    Pamiętam jego pierwszy mecz. Chude to było, ale już wtedy pomyślałem, że ma zadatki na dobrego grajka. Zero kompleksów. Chociaż, nie spodziewałem się, że zostanie aż tak wybitnym koszykarzem.

  2. dean napisał(a):

    Świetny tekst! Naprawdę bardzo przyjemnie się czytało :) Dzięki!

  3. pop napisał(a):

    KG to taki typ że można o nim powiedzieć dużo dobrego i dużo złego.

  4. kl1none napisał(a):

    moj fav!

  5. Risgeth napisał(a):

    Najprostszą odpowiedzią byłoby, że koleś jest najzwyczajniej w świecie bucem i to tłumaczy jego zachowanie tak względem rywali jak i kolegów z drużyny. Szacunek, najwyraźniej okazywał tylko tym, którzy byli równie dobrzy na boisku jak on, albo lepsi.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *