Playoffowy Fast Break: Maj powinien się już skończyć

Nie ma innej gwiazdy w tej lidze, która przez wszystkie mecze playoffów nie zagrałaby ani jednego słabszego meczu. LeBron James wszedł wczoraj wieczorem do swojego hotelowego pokoju z szelmowskim uśmiechem na twarzy, włączył telewizor i jeszcze raz obejrzał sobie jak te dzieciaki z Bostonu próbowały go zatrzymać w meczu numer 1 Finałów Konferencji Wschodniej.

James wykorzystywał każdą zmianę krycia Celtics (a było ich dość sporo) i każdą spóźnioną pomoc pod koszem (tych również było dużo) i był nie do zatrzymania, czy to przez Jae Crowdera, Ala Horforda czy Marcusa Smarta. Brad Stevens nie chciał go podwajać na obwodzie i w tym konkretnym meczu ta taktyka nie podziałała na korzyść Celtów, którzy przegrali ten mecz już w pierwszej połowie.

Kolejne spotkania w tej serii nie powinny wyglądać tak jak mecz numer jeden i pokazała to druga połowa meczu. W pierwszej, obrona Cavaliers wcale nie była taka dobra i te zaledwie 39 punktów zdobyte w niej przez Celtów są trochę zdradliwe. Isaiah Thomas i inni kozłujący bardzo dobrze rozbijali podwajającą i wysoko wychodzącą w pick-and-rollu defensywę rywali i otwierali tym mnóstwo pozycji do rzutów za trzy punkty, jak i łapali Cavs na ścięcia za plecami ich obrońców. Tych otwartych rzutów nie trafiali jednak w pierwszej kwarcie i w drugiej sfrustrowani zaczęli też tracić piłkę i oddawać nieprzygotowane próby z dystansu, nie szukając już dodatkowego podania. LeBron i spółka już dawno uciekli i nawet nie oglądali się za siebie.

Trzecia kwarta pokazała jednak Celtics trafiających te same rzuty, jakie otrzymywali w pierwszej kwarcie i dzięki temu nakręcili się też po drugiej stronie parkietu w końcówce tej części meczu, zmniejszając nieco różnicę. Wtedy uruchomił się Kevin Love, który trafiał trójkę za trójką, być może dzięki większej pewności siebie. Tyronn Lue zapowiadał, że chcą go częściej używać w ofensywie i zrobił nawet zmianę w swojej rotacji. Całą pierwszą kwartę zagrał wczoraj James, a Love po chwili odpoczynku wyszedł na parkiet od początku drugiej odsłony w rezerwowym ustawieniu, w którym zwykle pojawiał się właśnie LeBron. Kilka akcji zagranych specjalnie dla niego dobrze podziałało na energię z którą grał i „ten trzeci” z Big Three zagrał w środę swój najlepszy mecz w tegorocznych playoffach.

Celtics nie będą tak słabi, jak w Game 1, ale nawet w drugiej połowie, w której poprawili swoją grę nie mieli odpowiedzi na dobrą postawę dwóch z trzech gwiazdorów Cavs. Nazwisko Kyriego Irvinga pojawia się w trakcie tej fazy posezonowej zaskakująco rzadko, a i tak Cleveland wygrywa mecz za meczem. Gameplan Stevensa nie był zły – w grze z tak dysponowanym Jamesem musisz z czegoś zrezygnować. Trener Bostonu wyeliminował trójki rywali z odrzuceń w ataku pozycyjnym – poza Lovem inni gracze Cavs byli 5/22 za trzy punkty – dając w zamian łatwe wejścia pod kosz. Tu jednak musi przychodzić zdecydowanie szybsza pomoc od Ala Horforda i zawodnika ze słabej strony, który będzie pilnował w takim wypadku Tristana Thompsona, który w samej pierwszej kwarcie miał w meczu numer jeden aż 4 zbiórki w ataku.

Nie chcę wróżyć tu szybkiego sweepu, bo Celtics mogą zagrać o niebo lepiej niż w Game 1. Ale to samo – choć w mniejszym stopniu – można powiedzieć o Cavs. Ich obrona nie przekonuje mnie w tych playoffach pomimo lepszych statystyk – ale może to być widać w szerszym stopniu dopiero w Finałach NBA.


Mecz numer trzy w serii pomiędzy Golden State Warriors i San Antonio Spurs będę oglądał z niektórymi z Was w trakcie naszego zlotu i nawet nie wiecie jak bardzo nie chciałbym, żeby w tym spotkaniu zabrakło Kawhi’a Leonarda.

Spurs zostali zmieceni z powierzchni Ziemi w minutach po kontuzji Leonarda w pierwszych dwóch spotkaniach Finałów Konferencji Zachodniej, przegrywając w nich 133-194 po naprawdę obiecującym starcie w Game 1, które prawdopodobnie wygraliby, mając swojego lidera przez całą drugą połowę. Pytanie – i co z tego? To nie był normalny mecz Warriors, dla których utrzymanie rytmu meczowego jest dużo ważniejsze niż dla Cavs (popatrzcie na ich skuteczność na początku meczu numer jeden z Utah Jazz). Tracili piłkę, oddawali nieprzygotowane rzuty, dawali się zdominować Spurs pod koszami. A i tak nie miałoby to w ogólnym rozrachunku żadnego znaczenia, nawet w przypadku porażki w Game 1. Jeśli Warriors przegraliby pierwszy mecz ze Spurs blow-outem, pozostałe cztery spotkania tej serii byłyby dla San Antonio horrorem. Warriors obudzili się już w drugiej odsłonie Game 1 i pokazali, że pierwsza połowa tamtego meczu była anomalią.

Game 2 odechciało mi się oglądać już po pierwszej połowie, w której jedynym zawodnikiem Spurs, któremu cokolwiek wychodziło był Jonathon Simmons (walczy o niezłe pieniądze od którejś z drużyn). Gregg Popovich zarzucił swojej drużynie brak wiary i naprawdę było to widać. Nie wiem z jakim nastawieniem wyszedł na parkiet LaMarcus Aldridge, ale wyglądało to tak, jakby po dostaniu się pod obręcz prawie na nią nie patrzył, a szukał ścinających lub stojących na obwodzie kolegów. Mark Jackson i Jeff Van Gundy już w połowie drugiej kwarty zaczęli rozmawiać o wczorajszym obiedzie i myślę, że może to być ich rekord, jeśli chodzi o stracenie zainteresowania trwającym spotkaniem. I nie można się im dziwić, bo na parkiecie zameldował się wtedy już Bryn Forbes.

Brak Parkera i Leonarda przeciwko Rockets, a brak Parkera i Leonarda przeciwko Warriors to zupełnie inna para kaloszy, szczególnie przy tak pasywnym Aldridge’u. Czasem zapominamy, że po All-Star Game Wojownicy mieli najlepszą obronę w lidze i bez żadnego zawodnika, próbującego rozbić obronę rywali (poza Simmonsem) Spurs będą dalej popełniać błędy w ataku. Wkładu Leonarda w grę po drugiej stronie parkietu wyjaśniać nie trzeba.

Chyba widać, w jaką stronę zmierza ta seria. Żeby wygrać choć jeden mecz na własnym parkiecie Spurs muszą liczyć nie tylko na powrót Leonarda, ale także na to, że Warriors znowu zaczną któreś ze spotkań, tak jak Game 1. Mogą nie zagrać Zaza Pachulia oraz Andre Iguodala, ale czy to ma jakiekolwiek znaczenie? Lineup Śmierci z Shaunem Livinstonem wyglądał nie mniej efektywnie, a gwiazdy Wojowników wyglądały w Game 2 już na w pełni zmobilizowanych. Być może zadziałała obecność Steve’a Kerra w szatni i ma on także pojechać z drużyną do San Antonio, więc nie spodziewam się braków w koncentracji graczy Golden State.

Niech maj już się skończy.

Paweł Mocek

Redaktor naczelny Enbiej.pl. Kiedy miał 12 lat obejrzał swój pierwszy mecz NBA, po czym wpadł w nałóg, z którego do dziś nie może się wyleczyć. Sympatyzuje z Miami Heat. Twórca Enbiej Insidera. Prywatnie wielki fan piłki nożnej.

4 komentarze

  1. johny napisał(a):

    Niestety nie ma alternatywy miedzy buractwem GSW, a pyszalkowatoscia CC (albo vice versa). I nie mowie tu o umiejetnosciach na boisku. Moga sobie grac co tam chca, ale to wlasnie przez to tanie pozerstwo obu druzyn zwyczajnie nie chce sie juz ogladac tych meczy. Jesli to maja byc gwiazdy i wzor do nasladowania to ja dziekuje bardzo i gasze swiatlo :).

  2. pop napisał(a):

    Mi już rybka, jeszcze 2 mecze w San Antonio, niech przynajmniej napsują krwi Warriors

  3. Autor napisał(a):

    SAS bez Khawiego w meczu 3 – oficjalnie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *