Playoffowy Fast Break: Walka o miano „The Real MVP”, Wall-Star bolączką Atlanty

Na trzy minuty przed końcem trzeciej kwarty w Game 2 Oklahoma City Thunder prowadziła z Houston Rockets 86-74 i Russell Westbrook udawał się na swój normalny odpoczynek przed czwartą kwartą… ale wzrok miał jakiś nieswój. Tak jakby miał za złe Billy’emu Donovanowi, że po fantastycznych trzech kwartach w swoim wykonaniu, ten chce go wybić z rytmu. A może po prostu wiedział, co się za chwilę stanie?

Jeszcze przed końcem trzeciej części meczu Rakiety zmniejszyły prowadzenie gości do trzech oczek, a po powrocie na boisku Westbrook nie był już tym samym człowiekiem. Nie patrzył się w ogóle na partnerów z drużyny, nie patrzył się nawet przed siebie wjeżdżając pod kosz i po kolejnych pudłach przy dobrej obronie pod obręczą w wykonaniu Rakiet tylko z coraz bardziej wściekłym wzrokiem spoglądał i gestykulował w kierunku sędziów. Nie wrócił do tego, co tak świetnie mu wychodziło w pierwszych 30 minutach w jego wykonaniu – gra pick and roll, w której Rockets zostawiali mu sporo miejsca na rzut z mid-range, który bardzo mu tego dnia „siedział”. Zamiast tego wolał izolować się w kolejnych akcjach, rzucając trójki przez ręce, będąc krytym przez wyższego od siebie Trevora Arizę. Trzeba jednak też przyznać, że koledzy wcale nie kwapili się do wzięcia piłki w swoje ręce.

W tym czasie Rockets spokojnie rozbijali obronę Thunder grając bez Jamesa Hardena. Enes Kanter i Domantas Sabonis gubili się w obronie pick and rolli Patricka Beverleya i Erika Gordona, którzy potem po powrocie swojego lidera na boisko wykorzystali jego świetne odrzucenia i trójkami zapewnili zwycięstwo Rakietom.

Donovan już w drugim meczu zmienił swój system obrony Hardena. W Game 1 Thunder zmieniali krycie praktycznie na każdej zasłonie, by ograniczyć pole do popisu strzelcom Rakiet – narażając się jednocześnie na indywidualne popisy Hardena we wjazdach pod kosz, co nie wyszło im na dobre. Nie tylko oddali mu łatwe punkty spod kosza, ale szczelnie kryjąc obwód zostawili dużo miejsca w pomalowanym dla innych graczy Rockets, przez co gospodarze wygrali walkę w punktach w paint 62-38.

W Game 2 kryjący lidera Houston Andre Roberson walczył zdecydowanie bardziej o uniknięcie zmian krycia na zasłonach, a w razie pick and rolli z Clintem Capelą Steven Adams nawet go podwajał. W ten sposób otworzyły się pozycje dla strzelców z dystansu, ale Ryan Anderson dalej był nieskuteczny, a Harden jakby zaskoczony innym planem Donovana nie był skutecznym playmakerem w pierwszych trzech kwartach (7 strat w całym meczu). Ciągle jednak atakował obręcz w izolacjach, dostawał się na linię, a po zejściu Westbrooka w trzeciej kwarcie odblokował się strzelecko, trafił dwie pull-up trójki i potem po powrocie na boisko na 7 minut przed końcem pomógł dokończył dzieła zniszczenia już głównie jako podający, uruchamiający ball-movement Rockets po pick and rollach.

W tym meczu Rockets byli w meczu do samego końca nie tylko dzięki Hardenowi, ale także Lou Williamsowi, Gordonowi, Beverleyowi, czy Capeli (świetnie bronił Kantera i pomagał w obronie przy wejściach pod kosz Westbrooka). Kogo zaś miał do pomocy lider Thunder? Roberson i jego kilka trójek w Game 1 oraz ścięcia wykorzystujące nieuwagę Hardena w Game 2 to trochę za mało. Musi zacząć grać w tej serii Victor Oladipo (5/26 z gry w pierwszych dwóch meczach), bo to chyba od niego najwięcej oczekuje się w minutach, w których lidera Thunder nie ma na boisku. Obręczy musi lepiej bronić Adams (w obu meczach to Rockets mieli przewagę w punktach w polu 3 sekund), bo to od tego głównie jest na boisku. Z ławki wsparcie punktowe musi dać Kanter, albo Doug McDermott, który już w tym meczu dobrze rozciągał grę w 14 minutach swojego występu.

Westbrook sam tej serii nie wygra. Sam nie wygra nawet jednego meczu.


Paul Millsap miał po meczu numer jeden starcia Atlanty Hawks z Washington Wizards pretensje mówiąc, że gospodarze nie grali koszykówkę, a uprawiali MMA. Pomiędzy wierszami można było wyczuć lekki przytyk w stronę sędziów, jednak już w kolejnym meczu, gwiazdor Jastrzębi nie mógł narzekać na brak gwizdków po faulach Czarodziei.

Atlanta aż 38 razy pojawiła się w Game 2 na linii rzutów wolnych, przez trzy kwarty nieustannie atakując pole trzech sekund rywali, wymuszając mnóstwo fauli i powodując spore problemy z nimi kluczowych role-playerów podopiecznych Scotta Brooksa – Markieff Morris, Otto Porter oraz Kelly Oubre w trzeciej kwarcie wszyscy mieli już po cztery przewinienia. W czwartej odsłonie Wizards bardzo przytomnie zeszli nieco niżej z obroną, skupili się na zatrzymaniu wjazdów pod kosz rywali i przy świetnej postawie Johna Walla i Bradleya Beala w samej końcówce udało im się doprowadzić do stanu 2-0 w serii.

W ostatniej kwarcie Czarodzieje zatrzymali także bardzo dobrego w tych dwóch meczach Dennisa Schroedera, który pick and rollami często rozbijał obronę rywali i wchodził łatwo pod kosz (25 punktów, 9 asyst w Game 1 i 23 punkty, 6 asyst w Game 2). Wall zaczął mu przechodzić pod zasłoną i jako strzelec Niemiec nie robił już takiej różnicy.

Na samego Walla Hawks nie znaleźli jeszcze dobrej odpowiedzi. Szczególnie mocno rozgrywający Wizards kąsa ich w transition-offense, gdy nieustawiona obrona Jastrzębi, z powolnie wracającym pod własny kosz Dwightem Howardem nie potrafi powstrzymać go od wejść w pomalowane, skąd świetnie potrafi kończyć akcje lay-upem bądź odrzuceniem na obwód. Mike Budenholzer ograniczył nieco taką grę z półkontrataku niskim ustawieniem z Mike’iem Muscalą zamiast Howarda oraz Kentem Bazemorem zamiast Taurena Prince’a, którym Hawks kończyli zarówno drugą, jak i czwartą kwartą. Dalszą częścią spowalniania Wall-Stara może być ustawienie na nim Bazemore’a – ten bronił go już przez kilka minut w obu meczach i robił lepszą robotę niż Schroeder. Jeśli to nie pomoże, mogą rozpocząć się jeszcze podwojenia go po zasłonach, albo regularne zmiany krycia, by wymusić na nim grę w izolacji w ostatnich sekundach akcji. Ten drugi sposób miałby nawet sens, choć Jastrzębie musiałyby zacząć dużo lepiej pomagać w obronie przy minięciach Walla w grze 1-na-1 (a jest to trudne bez klasycznego obrońcy obręczy pod koszem).

W Hawks potrzebny jest także trzeci człowiek robiący różnicę, bowiem ani Schroeder ani Millsap nie są zawodnikami nie do zatrzymania (Marcin Gortat w ostatnich 5 minutach Game 2 bardzo dobrze krył Millsapa 1-na-1, utrzymując się na nogach). Popatrzmy na Wizards – w decydujących momentach meczów numer jeden i dwa Wall i Beal dostali wsparcie ofensywne od innego gracza. W trzeciej kwarcie Game 1 (Wizards zbudowali wówczas prowadzenie, którego nie oddali do końca) był to Markieff Morris, który do świetnej gry w pick and rollu dodał też fizyczną, twardą obronę na Millsapie, a w czwartej kwarcie Game 2 (Czarodzieje wrócili wtedy do meczu, który w pewnym momencie wymknął się im lekko spod kontroli) swoją cegiełkę pull-upami po zasłonach dołożył Brandon Jennings. Idealnym kandydatem do tej roli jest Tim Hardaway Jr., który do tej pory jednak zawodzi. W dwóch meczach trafił 7 z 25 rzutów z gry, a to on jest graczem pierwszej piątki Jastrzębi, który na początku drugiej kwarty wychodzi w jednym ustawieniu z rezerwowymi Hawks i jest zawodnikiem, który w tym czasie powinien ciągnąć grę drużyny. Być może spotkania w Atlancie odblokują go i na finiszu spotkań Jastrzębie będą mieli kolejną opcję w ataku, która w tych dwóch meczach praktycznie nie istniała.

 

Paweł Mocek

Redaktor naczelny Enbiej.pl. Kiedy miał 12 lat obejrzał swój pierwszy mecz NBA, po czym wpadł w nałóg, z którego do dziś nie może się wyleczyć. Sympatyzuje z Miami Heat. Twórca Enbiej Insidera. Prywatnie wielki fan piłki nożnej.

8 komentarzy

  1. Aro napisał(a):

    Lepiej żeby Tim się nie okazał Jokerem w talii Atlanty bo postawiłem na Wizards :D

    ps. przyjemny, merytoryczny tekst.

  2. Carrot napisał(a):

    Wg mnie Westbrook jak najbardziej jest w stanie wygrać jeden mecz dla OKC w PO. I nic więcej, o ile się nie ogarnie. To, że koledzy grają słabo też obciąża jego konto – to jest JEGO zespół, to ON jest( powinien być…) liderem, motywującym innych do jeszcze lepszej gry…
    Mam nadzieję, że coś poprzestawia się w jego głowie i zrozumie, że koszykówka to gra zespołowa, bo baaaardzo chciałbym zobaczyć RW jako lidera swojego zespołu( co najmniej na poziomie Iversona). Teraz jest „tylko” maszynką do t-d. W sezonie może mieć i 82 t-d ( bo i dlaczego by nie, jeżeli zdrowie pozwoli), ale bez zmiany myślenia pozostanie kalkulatorem ( pierwszej klasy, jak najbardziej) a nie mistrzem.

  3. marta napisał(a):

    No i ostatnio w tym ustawieniu z Hardawayem, który miał ciągnąć grę Jastrzębi, Hawks mieli zdaje się najwięcej strat i najmniej punktów. Albo Hardaway po prostu nie nadaje się do tej roli albo jeszcze nie odpalił. Nie wiem jak to wyglądało w sezonie regularnym, bo Hawks oglądałam jedynie z tymi drużynami, którym gdzieś tam kibicuję, ale wydaje mi się, że nie ma komu prowadzić gry, jeśli na boisku nie ma Schroedera.

  4. cynik napisał(a):

    Wall w tym sezonie gra kapitalnie. Lider z prawdziwego zdarzenia. Beal też ma bardzo dobry sezon. Gdy ta dwójka ma dobry dzień to Wizards są w stanie wygrać chyba z każdą drużyną.

  5. Bulls '93 napisał(a):

    To co się dało ukryć jakoś w sezonie regularnym w OKC, czyli wygrywać mecze jednym bądź dwoma zawodnikami w play-offach już raczej nie przejdzie, Rakiety wiedzą że wystarczy skupić swoją obronę na całym zespole Oklahomy a dać się wyszaleć Russowi od dawna wiadomo że jeden zawodnik meczu a tym bardziej serii nie wygra, na początku próbował nawet Jordan, ale później zrozumiał że do sukcesu w play-offach potrzebni są mu pomocnicy zadaniowcy którzy pociągną zespół kiedy on będzie siedział na ławce i łapał drugi oddech.

    • marta napisał(a):

      To mi troche przypomina taktyke Pata jak trenowal Lakersow i skupial sie na tym, zeby skutecznie zatrzymac zawodnikow Houston, a dac sie wyszalec Olajuwonowi.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *