Telegram: Clippers pokonali Blazers w hicie dnia, udane debiuty Howarda i Wade’a

Atlanta Hawks 114-99 Washington Wizards

Mecz niezwykle zacięty od samego początku. W pierwszej połowie świetną formą na tablicach imponował Dwight Howard, który po dwudziestu czterech minutach miał na koncie aż 15 zbiórek. Po drugiej stronie fatalną partię pod względem rzutowym rozegrał lider Czarodziei, John Wall. Do przerwy trafił zaledwie jedną z dziewięciu prób z gry(3/15 w całym spotkaniu). To, że Wizards przegrywali po syrenie kończącej drugą kwartę 57-56 zawdzięczają dobrej postawie Markieffa Morrisa i Bradleya Beala. W trzeciej odsłonie, po niesportowym faulu Kenta Bazemore’a oraz wykorzystanych rzutach wolnych Walla, ekipa ze stolicy wyszła na prowadzenie 69-63, ale nie potrafiła dowieźć korzystnego rezultatu do zakończenia tej partii. Problem z faulami mieli Beal i Gortat, mimo tego przed ostatnią częścią spotkania wynik brzmiał 81-80 dla Jastrzębi. Czwarta kwarta to popis Paula Millsapa, jak również rezerwowych – Tima Hardawaya i Thabo Sefoloshy. Run 20-4, wygranie ostatniej odsłony 33-19 oraz premierowe zwycięstwo na własnym parkiecie to głównie ich zasługa. Hawks byli skuteczni z dystansu (12/26, 46.2%) i lepiej prezentowali się w walce o zbiórki (52-40). Powrót Howarda do rodzinnej Atlanty zdecydowanie na plus.

Hawks: Millsap 28 (11/18 FG, 3/6 PT, 7zb, 6ast), Hardaway Jr. 21 (8/13 FG, 3/5 3PT), Schroder 14 (6/12 FG), Sefolosha 13 (6/8 FG, 7zb, 6ast, 5stl), Howard 11 (19zb, 3blk).

Wizards: Morris 22 (9/18 FG, 2/3 3PT), Beal 13 (6/12 FG), Wall 12 (10ast, 4stl), Porter 10 (5/7 FG, 6zb).

 

Chicago Bulls 105-99 Boston Celtics

Skoro o powrotach w rodzinne strony mowa – udany debiut w barwach Chicago zaliczył Dwyane Wade. Nowy nabytek organizacji z Illinois wraz z Jimmym Butlerem poprowadzili Byki do zwycięstwa nad faworyzowanymi Celtics. Już w pierwszej kwarcie, która zakończyła się wynikiem 30-20, gospodarze zdystansowali Celtów, wypracowując w pewnym momencie przewagę nawet piętnastu oczek po celnej trójce Rajona Rondo. W drugiej partii spotkania zawodnicy z Bostonu robili wszystko, co w ich mocy, aby zmniejszyć stratę punktową, efektem czego po udanym rzucie z półdystansu Ala Horforda na sześć minut przed syreną kończącą pierwszą połowę przegrywali tylko 41-38. Do przerwy w hali United Center 57-49 na korzyść Bulls. W trzeciej odsłonie meczu gościom nareszcie udało się wyjść na prowadzenie 69-68 za sprawą celnego rzutu z dystansu Isaiaha Thomasa, jednak Byki je odzyskały i przed ostatnim aktem meczu było 79-73. W czwartej kwarcie rozpędzeni gospodarze odskoczyli przeciwnikom na czternaście oczek, lecz Celtów w żaden sposób to nie zraziło, gdyż zdołali dogonić Chicago. Na nieco ponad minutę przed końcem było 101-99. Wtedy do akcji wkroczył D-Wade i – zachowując zimną krew – popisał się celnym rzutem za trzy, czym przypieczętował sukces Bulls. Warto dodać, że dzisiejszej nocy Wade trafił zza łuku czterokrotnie, a w całym ubiegłym sezonie powodzeniem zakończyło się zaledwie siedem takich prób. Poza tym Byki zdominowały rywalizację na tablicach, zwyciężając w zbiórkach 55-36. Jest moc!

Bulls: Butler 24 (4/6 3PT, 7zb), Wade 22 (4/6 3PT, 6zb, 5ast), Gibson 18 (8/13 FG, 10zb), Mirotić 15 (6/11 FG, 9zb).

Celtics: Thomas 25 (10/15 FG),  Bradley 16 (6/12 FG, 6zb, 5ast), Crowder 14 (4/6 FG, 6zb), Horford 11 (7zb, 5ast).

 

Sacramento Kings 94-102 San Antonio Spurs

Kawhi Leonard uwielbia psuć. Najpierw zepsuł debiut Kevina Duranta w barwach Warriors, a dziś postanowił uczynić to samo przy uroczystym meczu otwarcia nowej hali koszykarzy z Sacramento. No cóż, takich rozrabiaków lubimy. Kings przez pierwsze dwie kwarty toczyli zażartą batalię ze Spurs i po pierwszej połowie prowadzili różnicą czterech oczek 57-53. W trakcie trzeciej odsłony spotkania udało im się zbudować przewagę dziewięciu punktów. Wówczas do roboty zabrali się zawodnicy Ostróg, zaliczając run 16-2. Znakomitą postawą w defensywie nie pozwolili gospodarzom trafić żadnego rzutu z gry przez siedem minut i dwadzieścia sekund! Przed ostatnią kwartą widniał rezultat 76-71 na korzyść gości. W czwartej partii podopieczni Gregga Popovicha wypracowali różnicę dziesięciu punktów, ale Cousins i spółka zdołali doprowadzić do remisu runem 12-2. Jednak dzięki dobrej postawie Leonarda i Aldridge’a lepsi okazali się koszykarze z Teksasu i to oni mogli cieszyć się końcowym rezultatem. Spurs wymusili na Kings 16 strat piłki. Ten element okazał się kluczowy w ostatecznym rozrachunku.

Kings: Cousins 37 (3/5 3PT, 16 zb), Gay 17 (8zb) McLemore 10.

Spurs: Leonard 30 (11/21 FG, 5ast, 5stl), Aldridge 16 (5zb), Dedmon 12 (5/6 FG, 7zb, 4blk), Lee 12 (5/6 FG, 5zb).

 

Portland Trail Blazers 106-114 Los Angeles Clippers

Mecz dnia z pewnością nie zawiódł oczekiwań kibiców i obserwatorów. W premierowej odsłonie przez dłuższy okres prowadzili Blazers, dopiero trójka Speightsa i dwa wykorzystane przez niego rzuty wolne w ostatniej minucie pozwoliły Clippers wygrać tę część 28-27. W drugiej kwarcie koszykarze z Miasta Aniołów zaliczyli run 16-0. Przyczynił się do tego m.in. Jamal Crawford, trafiając z dystansu. Na pięć sekund przed zakończeniem pierwszej połowy celnością zza łuku popisał się Chris Paul. Do przerwy w Oregonie widniał rezultat 58-49. W trzeciej kwarcie poziom wciąż był wyrównany i nie można było jednoznacznie wskazać zwycięzcy. Kiedy Crabbe dawał prowadzenie Portland, natychmiastowej odpowiedzi udzielał dobrze dysponowany Speights. Przed ostatnim aktem po rzucie Lillarda wynik brzmiał 82-82. W czwartej kwarcie sporo roboty mieli sędziowie, którzy dwukrotnie odgwizdywali flagrant foul na zawodnikach drużyny gospodarzy. Gdy CP3 na cztery minuty przed końcową syreną odpalił za trzy, większość fanów Blazers zaczęła zmierzać w kierunku drzwi wyjściowych. Od stanu 107-92 rozpoczął się run 10-0 ekipy prowadzonej przez Terrego Stottsa, lecz zabrakło czasu, by dogonić Clippers.

Blazers: Lillard 29 (10zb), Harkless 23 (10/15 FG, 8zb), Plumlee 17 (7/9 FG, 8zb, 3blk), McCollum 16 (3stl), Crabbe 10.

Clippers: Griffin 27 (13zb, 3stl), Paul 27 (5zb, 5ast), Speights 15 (4/8FG, 2/3 3PT), Crawford 15 (4stl).

 

 

10 komentarzy

  1. pop pisze:

    Brawo Wade, brawo Gibson! Tak jak myślałem, Celtics mają gorsze dni ;-)
    Leonard, kapelusze z głów panowie i panie… Parker idź se lepiej siednij na ławce…

  2. lordam pisze:

    O ile naprawdę zawsze szanowałem Wade’a, o tyle teraz po prostu naprawdę go lubię. Inteligencja boiskowa, skill i umiejętność dostosowania się do środowiska w którym gra jest niewyobrażalna.
    Przez lata był tym jedynym, potem dokoptowali mu do składu genialnego Shaqa. Potem znowu przyszły chudsze lata z J’O i Butlerem. W końcu był tym 2 w tercecie z Lebronem i Boshem. Kiedy LBJ go opuścił zaciągnął do siebie Iso Joe i Denga i z nimi kapitalnie współpracował.
    Teraz „powrócił” do Chicago i rzuca zza łuku, rozgrywa i ponownie kapitalnie broni.
    Geniusz.
    Ps. Czekam na utrzymanie formy przez Taja.

    • Woy pisze:

      Taj w takiej formie to kandydat do dwóch pierwszych piątek najlepszych obrońców.

    • GPRbyNBA pisze:

      Oby tylko żadnej kontuzji nie było. Na papierze Chicago ma bardzo silny skład. MCW również zagrał niezłe spotkanie.

  3. hetman3 pisze:

    Kawhi idzie po swoje czyli po MVP.
    Jednak dostrzegam dwa problemy w w Spurs pierwszy to Parker Ktory juz chyba powinien usiąść na ławke a drugi to Gasol i chyba ten ekseryment na dłuzszą metę nie wypali zwłaszcza w PO. Na miejscu Popa bym dzwonił do Sixers po Noela albo Okafora.
    Zastanawia mnie też przypadek Millsa koleś w reprezentacji na olimpiadzie wymiatał a tutaj jakoś się nie może przebić. Ciekawe jakby wygladal w pierwszej piątke albo w innej druzynie bo z jego potencjalem bez problemu powinien rzucac po 18-20 pkt na mecz

    • pop pisze:

      U Popa przy Parkerze, Mills zawsze będzie nr 2 tym bardziej że ma dobrą 3-kę a to z ławki jest potrzebne. Nie można oceniać Gasola po 2 nieudanych meczach, będzie lepiej.

  4. GPRbyNBA pisze:

    Po statach tego nie widać ze to był bardzo zły występ Miroticia.

  5. evol pisze:

    Niestety jak to przeważnie bywa , a raczej zawsze Marcin został zdominowany przez Howarda. Nie wiem czy on przeciwko niemu się bardziej stresuje czy to inne czynniki . Ogólnie zagrał słabo. Nie zbierał w obornie i chyba nawet nie zbił ani jednej piłki pod atakowanym koszem. Jeszcze te faule …

    • TD pisze:

      Doskonale oglądałeś :) Już w pierwszej akcji zaliczył zbiórkę w ofensywie :P Ale zgadzam się. Howard go zdominował :)

  6. SuiEtkar pisze:

    Może słabo pamiętam( mniej więcej wtedy zaczynałem z NBA) jak Gortat grał ogony w Magic. To mieli z niego polewkę, tak przynajmniej mi się wydawało. Ciężko pracą doszedł tu gdzie jest. Może ma jakiś syndrom Howarda :d

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *