Cavs o krok od drugiej rundy

Czasami lekceważymy tak ulotną rzecz jak „doświadczenie”. A jednak jak inaczej wyjaśnić fakt, że Cavaliers po raz trzeci ogrywają Celtics w końcowych 3 minutach gry? Podobnie jak w drugim spotkaniu Celtics wchodzili do crunch-time’u ze stratą jednego posiadania i po raz kolejny dostali w nim solidne baty. Katami ekipy Brada Stevensa byli dzisiaj na przemian LeBron James (31 pkt, 11 zb, 4 as i 4 prz) oraz Kevin Love rozgrywający rewelacyjne spotkanie (23 pkt, 6/10 zza łuku). W kluczowych momentach nie zawiódł również Tristan Thompson, który po raz kolejny na ofensywnej tablicy uzbierał 5 zbiórek i dwie w końcowych minutach. Na osłodę dla Celtics najlepsze spotkanie w serii rozegrał Evan Turner, który fantastycznie prowadził grę gospodarzy (19 pkt, 8 zb, 8 as). Słabsze spotkanie miał za sobą dotychczasowy bohater Zielonych – Isiah Thomas (tylko 5 oczek i 2/9 z gry).

Recap

Cavs zaczęli od prowadzenia 7-2. LeBronowi bardzo zależało na tym, żeby już na samym początku wypracować wysoką przewagę na trudnym terenie, co przełożyło się na jego aktywność w ataku. Celtics jednak nie odpuszczali. Świetny początek miał rookie Marcus Smart (trójka i akcja 2+1). Po kolejnych udanych akcjach gospodarzy na tablicy był remis 15-15. Kilka razy z dobrej strony pokazał się Kevin Love, za to niewidoczny w pierwszej kwarcie (jak i w całym meczu) był Kyrie Irving. Pod koniec pierwszej kwarty Cavs objęli jednak kilku punktowe prowadzenie (21-26). Mogli większe, ale mieli fatalną skuteczność z linii. Brad Stevens zaczął stosować hack’a’Tristan Thompson ze średnim skutkiem – 3/4. Pierwsza kwarta została wygrana przez Cavs 25-31.

W końcówce pierwszej odsłony i na początku drugiej odsłony Brad Stevens wystawiał dość eksperymentalne piątki. Swoje szanse mięli zazwyczaj znacznie rzadziej wykorzystywani Gigi Datome i Jonas Jerebko. Łącznie swoje szanse miało aż 11 zawodników. Szukanie optymalnego ustawienia nie udało się najlepiej. W pewnym momencie przewaga Cavs urosła do 27-36. Gra zaskoczył dopiero z trzema starterami (Zeller, Turner, Bradley) oraz Jerebko i Crowderem (bez Thomasa). Celtics zanotowali run 11-2. Szczególnie dobrze wyglądała ich obrona. Blatt poprosił o czas. Bardzo dobry moment miał Evan Turner, który doskonale prowadził grę i zaliczył w krótkim okresie dwa ważne przechwyty. Po drugiej stronie wciąż niewidoczny Irving ustąpił pola Kevinowi Love, który rozgrywał najlepszą połowę w tej serii (12 punktów, 3 trójki). W końcówce to jednak Cavs zanotowali serial 12-0, którego motorem był najlepszy na boisku LeBron James. Celitcs zupełnie niepotrzebnie zdali się w ostatnich minutach na rzuty z dystansu, które zwyczajnie kompletnie im nie szły (2/11 w pierwszej połowie). Cavs wygrywali do przerwy 56-48.

W drugiej połowie na pozycji PF rozpoczął Jerebko. Celtics rozpoczęli trzecią kwartę od runu 8-0 i wyrównania 56-56. Trafiał Bradley i Turner. Do pracy wzięli się liderzy zespołu z Ohio. Akcję 2+1 zakończył James, po chwili czwartą już trójkę trafił Love. Dodajmy do tego trójkę J.R. Smitha i przechwyt Jamesa. Kolejny run i 60-67. Tych runów było w tym spotkaniu bardzo dużo czego nie mógł odżałować Stevens w wywiadzie między kwartami. W drużynie Celtics znakomite spotkanie rozgrywał Turner, który nie pozwalał na dłuższe zastoje swojej drużyny i doprowadził do punktu straty. W drugiej części kwarty coś się jednak zacięło w grze Celtics. Zanotowali kilka banalnych strat prowadzących do łatwych punktów. Dwie trójki zanotował Irving (w zasadzie to było jego jedyne przebudzenie w tym spotkaniu), długą dwójkę (początkowo zaliczona jako trójka) rzucił Love, a niesamowitego fade-away’a J.R. Smith i nagle na tablicy zobaczyliśmy najwyższe prowadzenie gości 66-77. Dwie trójki Crowdera i punkty Sullingera nieco poprawiły obraz gry. Cavs po wymianie ciosów na końcu kwarty utrzymali przewagę z pierwszej połowy 76-84.

Początek ostatnich dwunastu minut przejął LeBron James. Celtics kompletnie nie mięli na niego sposobu. LeBron robił co chciał, a gracze Celtics patrzyli tylko czy tym razem będą punkty. Sfrustrowany Brad Stevens poprosił o czas, po którym powrócił do Turnera w roli rozgrywającego. Ten odwzajemnił mu się znakomitym dzieleniem piłki w ofensywie. Trzeba powiedzieć, że ustawienie z Jerebko oraz Crowderem i Turnerem w roli rozgrywającego było chyba jedynym, w którym Celtics nie odstawali od Cavs, co widać szczególnie po statystykach +/-. Po trójce Evana Turnera na 2:45 do końca było tylko 92-95. Niestety po raz kolejny końcówka została rozegrana bardzo źle przez graczy Celtics. Niesłychanie bolesne były dwie ofensywne zbiórki Thompsona. Obie z nich doprowadziły do rzutów za trzy Kevina Love. Pierwsza z nich padła w odpowiedzi na rzut Turnera.  Druga była prawdziwym nokautującym uderzeniem. Dagger (szósta trójka Love’a) wpadł na 26.7 do końca. Z wyniku 93-101 wiele już się nie dało zrobić. Cavaliers po raz kolejny ograli Celitcs w końcowych trzech minutach i wygrali 103-95.

Podsumowanie

Możemy się tylko domyślać jaka atmosfera panowała po tym meczu w szatni Celtics. 45 minut wyrównanej gry pełnej zwrotów akcji, udanych pogoni za przeciwnikiem, po czym ostatnie 2,5 minuty zawalone na tablicy i kilka niefrasobliwych akcji w ataku (efektowne bloki Thompsona na Jerebko i Jamesa na Turnerze). Cavs to rasowy zespół. Co by nie powiedzieć o Kevinie Love, ale ma on instynkt killera. Dzisiaj jego dwie trójki były kombinacją ciosu na wątrobę i poprawką w szczękę. Game over. Nie ma co zbierać.

Słabsza dyspozycja Irvinga nie ma żadnego znaczenia. Cavaliers to zespół wielu zawodników. Dzisiaj lepiej zagrał Kevin Love, swoje w ataku dodał J.R. Smith i po potencjalnej dziurze w ataku nie ma nawet śladu. Nie można tego powiedzieć o Celtach. Wygranie meczu w ich wykonaniu byłoby możliwe gdyby wszystkie elementy zagrały w jednym spotkaniu. Dzisiaj genialnie grał Turner, nieźle Crowder i Jerebko, ale to za mało. Nie pomagała niska skuteczność w rzutach zza łuku (zaledwie 5/19). Co z tego, że podobnie jak w meczu nr 2 Celtics nie przegrali na tablicy, kiedy w ostatnich 2,5 minutach dwa razy po ich stronie zbiera Thompson? Nie ma cudów w NBA. Każdy musi zapłacić frycowe.

Marek Miłuński

Z racji swojego wzrostu typowy point guard, choć już na emeryturze. Po burzliwej karierze zdecydował się osiąść. Ma żonę i dwójkę synów, których już teraz wychowuje na przyszłego Chrisa Paula i Rajona Rondo (niestety przekazany materiał genetyczny nie rokuje na wyższy wzrost).

2 komentarze

  1. darek pisze:

    W końcu Love miał swój dzień rzutowy. Jeśli będzie tak dalej, to Cavs mogą być w finałąch. Celne trójki Kevina dają więcej miejsca pod koszem liderom, Jamesowi i Irvingowi. Jeśli to bedzie norma (trójki Kevina) to o wiele łatwiej będzie budować atak.
    Wiadomo, że LeBron swoje zrobi, ale kto wie czy to wlaśnie od dyspozycji Lovea nie będzie zależeć los w ewentualnym finale. Owszem po drodze jeszcze Byki i Jastrzębie (Czarodzieje?), ale myślę, że po raz 5 James zagra w finałach NBA.

  2. saturn pisze:

    Problem w tym, że obecnie ciężko oszacować formę Cavs. Dlaczego? Bo takie zwycięstwa na styku nad chaotycznymi Celtics nie wiem, czy są miarą siły Cavs. Bez wątpienia jest to zespół z potencjałem, ma 7-8 zawodników, którzy jak mają dobry dzień to mogą wpływać na losy meczu (jak wczoraj LOVE). Prawdopodobnie skończy się na 4 meczach, ale nie są to jakieś spektakularne zwycięstwa. Boston to nie jest kompletny, poukładany zespół, tylko głównie zbieranina zdolnej młodzieży. Dlatego czy Cavs grają na 80% możliwości i wygrywają tylko tyle co im potrzeba?
    Czy James zagra w finałach? Nie jestem pewien, czy tak grające Cavs są w stanie pokonać Atlantę. Testem będą Bulls.

    Podobnie dotyczy do Bulls, którzy niby mają znakomite 3-0 z Bucks, ale tu też jest blisko i nie widać jakieś wielkiej przewagi Bulls. Męczą się z Kozłami i wcale nie wygląda to dobrze, choć pewnie skończą 4:0 albo 4:1. Ale w przypadku Bulls wyglądają, że grają na tyle co mogą. Liczę tylko na to, że w takim składzie nie grali razem od miesięcy i że się zgrywają.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *