Game 3: Pełna dominacja Spurs

Dzisiejszy wpis sponsoruje literka „L”. Kawhi Leonard zagrał mecz życia dystansując samego LeBrona Jamesa. Młody zawodnik Spurs zdobył 29 punktów wobec 22 oczek Jamesa zaliczającego dodatkowo aż 7 strat. Spurs zagrali najlepszą pierwszą połowę w historii finałów trafiając 71 punktów z aż 76% skutecznością z gry. Mimo prób pogoni Heat w drugiej połowie, drużyna Popovica nie roztrwoniła przewagi tylko przez moment schodząc poniżej 10 oczek różnicy. Tym samym Spurs odrobili przewagę parkietu. Heat muszą wygrać mecz numer 4, jeżeli chcą jeszcze myśleć o trzecim tytule.
spurs-heat-mini

Drużyna Bilans I kw. II kw. III kw. IV kw. Wynik
Miami Heat 1-2 25 25 25 17 92
San Antonio Spurs 2-1 41 30 15 25 111

Przebieg spotkania:

W pierwszej piątce zobaczyliśmy Borisa Diaw. Jak się okazało było to posunięcie w dziesiątkę. Pierwsze siedem rzutów z gry obu drużyn okazały się celne. Do stanu 8-8 wynik był wyrównany, ale od tego momentu Spurs zaczęli budować swoją przewagę. Niemała w tym zasługa dwójki Leonard – Green. Kawhi świetnie punktował, a Danny popisał się ważnymi przechwytami. Po trójce Leonarda goście objęli prowadzenie 10-18 i Spoelstra poprosił o pierwszy czas. Z pierwszych 18 punktów Kawhi zdobył 10 oczek. Przerwa na żądanie nie wniosła wiele do gry Heat. Jedynym momentem, w którym mogliśmy wierzyć w powrót gospodarzy był dunk Jamesa z drugim faulem Leonarda. Kawhi pozostał jednak na boisku i od razu sypnął kolejną trójkę (25-12). Trzeba powiedzieć, że dwoił się i troił LeBron, ale kompletnie nie miał wsparcia od kolegów. Dzięki jego dwóm trójkom z rzędu Heat doprowadzili do stanu 20-27, a na koncie LeBrona było już 14 oczek. Popovich poprosił o czas i zrezygnował z Bonnera, którego braki obronne niestety były zbyt trudne do załatania. Od tego momentu przewaga Spurs wzrosła jeszcze bardziej. Po trzeciej trójce Leonarda było 23-38, a kwarta zakończyła się szczęśliwą trójką Ginobiliego na 25-41! 41 punktów w kwarcie mówi samo za siebie o tym, co Heat reprezentowali w obronie.

Druga kwarta zaczęła się od trójki Norrisa Cole’a i straty Splittera. Wydawało się, że Heat wzięli się do roboty i stopniowo będą odrabiać straty. Nic z tych rzeczy. Wade był zagubiony i nie wnosił niczego do gry gospodarzy. Po trójce Millsa Spurs wygrywali 28-48! Ofensywa drużyny Gregga Popovicha totalnie rozbiła mistrzów z Miami. Danny Green nie dość, że fantastycznie ograniczał Wade’a, to jeszcze miał świetny serial punktowy. Po jego trójce i długiej dwójce Leonarda Spurs wygrywali 30-55. Przecierałem oczy ze zdumienia. Dwójka Leonard i Green miała razem 29 z 55 punktów i 12/12 z gry. Dominacja Spurs była ciężka do wyobrażenia. Heat nie odpuścili i w końcu ruszyli w pogoń. Dwie trójki z rzędu trafił Rashard Lewis i gospodarze zmniejszyli różnicę poniżej 20 punktów straty (40-58). Popovic natychmiast poprosił o czas, jednak Heat byli w gazie. Trzecia trójka Lewisa i trójka Allena sprawiła, że na tablicy mogliśmy zobaczyć wynik 48-62. Do pracy wziął się jednak Tony Parker. Po jego kilku dobrych akcjach w ataku Spurs zanotowali run 7-0 i ich przewaga znowu wzrosła powyżej 20 punktów (48-69). Do przerwy Heat przegrywali 50-71! Spurs byli blisko pobili rekordu w najwyższym % z gry w połowie w historii finałów, a różnica 21 punktów na korzyść drużyny przyjezdnej była najwyższa od finałów z 1996 roku, kiedy Byki w Game 3 demolowały Super Sonics 62-38.

Początek drugiej połowy zapowiadał walkę. Akcja 2+1 Wade’a i trójka Bosha nastrajały optymistycznie. W dodatku 4 przewinienie zaliczył Danny Green (dość kontrowersyjne – dla mnie flop Chalmersa). Co ważniejsze dla Heat w końcu zaskoczyła ich defensywa. Po punktach z szybkiego ataku LBJa było 62-75. Przez pierwsze 6 minut gry Spurs zdobyli tylko 4 punkty. Niestety zaznaczyli swoją obecność sędziowie gwiżdżąc w dziwnych okolicznościach kilka razy (zaznaczam, że błędy były w obie strony). W drużynie Spurs problemy z faulami mieli Green, Leonard i Ginobili. Po rzutach wolnych i floaterze D-Wade’a było już tylko 72-81. Heat byli na fali. Po chwili trafił jeszcze Norris Cole i przewaga zmalała do 7 oczek. Niska piątka Spurs nie potrafiła poradzić sobie na tablicy z agresywnymi Heat i Popovich musiał wrócić do starterów. Doświadczeni gracze Spurs od razu uspokoili grę i dzięki lepszej końcówce zakończyli kwartę wynikiem 75-86.

Czwarta ćwiartka miała bardzo nerwowy początek. Mnożyły się faule i oglądaliśmy mało celnych rzutów. Po trójce Allena było 80-90. Wtedy jednak kilka słabszych zagrań miał LeBron James, a Kawhi Leonard najpierw dunkował po wejściu od końcowej linii, a potem dobrze wykonywał rzuty wolne i przewaga Spurs wróciła w bezpieczne granice (80-94). Po trójce Parkera było już nawet 82-97 na niecałe 7 minut do końca. Heat potrzebowali poważnego runu i to szybko. Czas upływał jednak nieubłaganie, a po punktach Manu z szybkiego ataku było już 84-102. W dodatku na 3:35 do końca 5 faul popenił LeBron, ale nie miało to większego znaczenia. Lider Heat był rewelacyjnie pilnowany przez Leonarda i poza pierwszą kwartą nie miał praktycznie żadnego wpływu na swoją drużynę. Spurs nieustannie dostawali się na linię rzutów wolnych i przy niemocy Heat w ataku ich przewaga jeszcze wzrastała. Po kolejnych nieudanych rzutach Jamesa stało się jasne, że tym razem come-backu nie będzie. W ostatnich 90 sekundach w składzie Heat zobaczyliśmy nawet Grega Odena, a trójką dla Spurs popisał się Nowozelandczyk Aron Baynes, o którego istnieniu przed meczem nawet nie wiedziałem. Ostecznie Spurs dali srogą lekcję Żarom wygrywając wyraźnie 92-111.

Własnym okiem

Przyznam się, że tak bezradnych w obronie mistrzów nie pamiętam. Blisko 60% skuteczność z gry w spotkaniu finałowym to prawdziwa katastrofa, bo przecież to obroną wygrywa się mistrzostwa. Zatrzymanie Parkera to jedno, ale jak się po raz kolejny boleśnie przekonują przeciwnicy Spurs, ich atak bazuje na systemie, nie na indywidualnych zawodnikach. Sam Parker miał niezłe spotkanie i w końcówce Popovich pochwalił go przede wszystkim za bardzo uważne trzymanie piłki. W całym meczu Spurs zaliczyli tylko 12 strat w obliczu 20 Heat, co miało decydujący wpływ na przebieg spotkania. Spurs wygrali rywalizację w punktach po stratach aż 23-6. LeBron zagrał tak naprawdę tylko 1 kwartę, w której zdobył 14 punktów. Bilans kolejnych 36 minut – 8 punktów, 7 strat wygląda dramatycznie, chociaż można go usprawiedliwiać brakiem wsparcia kolegów. Po beznadziejnej pierwszej połowie w drugiej przebudził się D-Wade (w pierwszej 6 punktów i 5 strat, w drugiej 16 punktów bez żadnej straty), dzięki któremu Heat zaliczyli run w trzeciej kwarcie. Bezbarwny mecz zagrał Chris Bosh – 9 punktów, 3 zbiórki i w zasadzie wypada pochwalić tylko Rasharda Lewisa, który jako jedyny po prostu zrobił swoje (14 punktów, 4/5 za trzy).

Poza graczem meczu – Kawhi Leonardem – w ekipie Spurs należy wyróżnić Danny’ego Greena. W nieco ponad 21 minut gry (miał problemy z faulami) uzbierał 15 punktów (7/8 z gry), 3 asysty i aż 5 przechwytów. Duży wpływ na zwycięstwo gości miał Boris Diaw, który po raz kolejny zaliczył najlepsze statystyki plus/minus spośród wszystkich graczy Spurs (+20). Spurs utrzymują znakomitą skuteczność zza łuku – dzisiaj 45% (9/20). Jeżeli Heat chcą myśleć o zwycięstwie, muszą coś z tym zrobić (wiem, łatwo powiedzieć). W poprzednich spotkaniach przewagą Heat było ogromna liczba strat drużyny z San Antonio. W momencie gdy Spurs lepiej zadbali o piłkę od razu okazało się jak groźną są drużyną. Za dwa dni Heat grają o życie i już dzisiaj zapraszam na kolejne spotkanie finałowej serii.

Marek Miłuński

Z racji swojego wzrostu typowy point guard, choć już na emeryturze. Po burzliwej karierze zdecydował się osiąść. Ma żonę i dwójkę synów, których już teraz wychowuje na przyszłego Chrisa Paula i Rajona Rondo (niestety przekazany materiał genetyczny nie rokuje na wyższy wzrost).

29 komentarzy

  1. cynik pisze:

    Takiego Leonarda chciałbym widzieć zawsze. Niesamowicie broni i wreszcie przebudził sie w ataku. Być może miał indywidualna rozmowę z Popem, który go odpowiednio zmotywował.

  2. Bart pisze:

    W końcu odpaliła ofensywa SAS i wstrzelił się świetny Leonard. Jest szansa że dzięki takim zawodnikom jak Leonard, Green, Joseph po erze Duncana Spurs wciąż będą w czołówce drużyn NBA.
    Za to słaby Splitter, wydaje mi się że z meczu na mecz co raz słabiej. Aron Baynes Panie autorze pokazywał się już w tych PO z bardzo dobrej strony, wydaje się że przy większej ilości minut na parkiecie mógłby dać więcej niż Tiago.
    Sędziowanie jest tragiczne w obie strony, Chamers ewidentny flop tak jakby naśladował Wade’a, żal na to patrzeć,
    LBJ świetnie pilnowany, nie można liczyć że będzie zawsze rzucał tle co w meczu nr 2, chociaż patrząc na statystyki skuteczność wciąż bardzo dobra.
    Skuteczność zza łuk dzisiaj akurat większa po stronie Heat, dla mnie w głównej mierze zadecydowała dzisiaj agresywność na boisku i determinacja po stronie Spurs.
    Jeszcze 2 mecze :) GO Spurs!

  3. Kolo pisze:

    Może się czepiam, ale w sumie obok tego nie można przejść obojętnie ;) Panowie, co Wy macie z tym KAWAHI (?) Leonardem? Czemu GINOBLI a nie GinoBILI? Kilka dni temu to właśnie u Was objawił się THIAGO (!) Splitter. Tiago zmienił sobie imię, czy jak? Może o czymś nie wiemy? Błagam, nauczcie się imion i nazwisk, bo to już się nudne robi. Albo straszne. Chcecie być takimi Szpakowskimi NBA?

  4. GoSaS pisze:

    Zmiana autora wpisu pomeczowego, a i tak pewnie będą lamenty że stronniczość w stronę SAS. Mateusz wracaj do komentowania. To chyba logiczne, że mecze powinny być komentowane przez osoby które mają największą wiedzę o przynajmniej jednym z dwóch grających zespołów(bez przytyku do dzisiejszego autora).

    Pięknie SAS to zrobili:)

  5. 3D pisze:

    Panowie, już któryś raz na stronie piszecie Kawahi, podczas gdy Leonard ma na imię KAWHI. Przecież to nie jest jakiś no-name, żeby tak notorycznie przekręcać.

  6. Mateusz pisze:

    Panowie, trochę bardziej merytorycznie. Nawet jeśli w opisie są literówki, to miło jest rano w pracy przeczytać dobrą relację.

    Co do samego meczu, to wydaje mi się, że w porównaniu do poprzednich, sędziwie pozwolili na trochę twardszą grę, co cieszy. Widać też, jak Heat są zależni od 1 zawodnika. Gdy ma słabszy mecz lub łapią go skurcze, to Spurs zaczynają odjeżdżać.
    I jeszcze jedna obserwacja, przy takiej skuteczności Bosha aż się prosi, żeby więcej zagrywek ustawić pod niego.

  7. Marta pisze:

    Jesli wierzyc statystykom, 83% na mistrzostwo teraz maja Ostrogi ;) nie jestem z tych hejterow Miami, Wade’a bardzo lubie LBJa tez i przede wszystkim Battiera, ale w tym wypadku BURN THE HEAT. Trzymam kciuki za ekipe Popa.

    • zdzichuspodbloku pisze:

      statystyki statystkami, w tamtym roku przy 3-2 dla Spurs też przemawiały za nimi, także wszystko będzie jasne po ostatnim gwizdku (ewentualnie w garbage time :D)

  8. Robak pisze:

    Spurs dziś po mistrzowsku zrealizowali założenia taktyczne. Do tego odpalił Leonard. Jeśli ktoś bije rekord kariery akurat w Finałach wiedz, że jest zawodnikiem Spurs:) ogólnie Finały bardzo zacięte, w poprzednim meczu Heat pokazali charakter teraz przyszła pora na Spurs. Faworyta wciąż nie widzę. Heat muszą teraz kontynuować serię zwycięstw po porażce jeśli nie chcą pożegnać się z 3-peat. Stać ich jednak na to i obstawiam wysokie zwycięstwo Heat w następnym meczu.

  9. snow pisze:

    Różnica w wolnych też zrobiła swoje, oczywiście na korzyść SAS i nikt o tym nie wspomni…

  10. Majecha pisze:

    Duncan grał jak fajtłapa. Boi się pojedynków 1 na 1 w post-up z LBJ (C vs SF!!!) i pivotuje z prędkością leniwca. Uwielbiam go ale albo czas na koniec kariery albo na ograniczanie minut jak to miało miejsce dziś.

    Oby mnie zaskoczył w czwartek i wrócił do swojego anemicznego acz skutecznego stylu.

    • Mateusz Babiarz pisze:

      Ten komentarz jest słaby na tylu poziomach, że nie wiem od czego zacząć.

      a) Duncan nie jest już w tym wieku graczem na regularne izolacje
      b) Jamesa w post-up może przepchnąć w lidze może z 3-4 graczy, a i tak będą mieli problem
      c) Ograniczenie minut nie wchodzi w grę, bo to najlepszy obrońca obręczy Spurs. Tiago przesuwa się bardzo dobrze, ale nie zagrozi blokiem Jamesowi i Wade’owi tak jak (nawet stary) Duncan
      d) Chciałbym, żeby większość podkoszowych ligi grało tak jak Duncan, którego wysyłasz na emeryturę
      e) Co jest złego w tym, że wsiadł na tylne siedzenie w meczu, w którym jego partnerzy byli rewelacyjni – on nie ma problemów z poświęceniem własnych statystyk na korzyść wygranych

    • Woy pisze:

      ja pójdę w innym kierunku:

      – słaba obrona Heat, zwłaszcza na dystansie (przecież to było jasne jak słónce ,że Spurs będą grać szeroko by dać miejsce Duncanowi) – Mistrzom tak nie wypada…
      – 70 punktów do przerwy i 41 po pierwszej kwarcie, ciężko to nazwać obroną.
      – ciągle niezatrzymany Parker, który imponuje mi w finałach trafieniami z dystansu. Tony dokłada ważne trójki i znów pokazuje leadership – > prawdziwy game changer , motor Spurs.
      – stale, mocne zmiany Manu, który znów popisał się wejściem, slam dunkiem czy celną trójką ; Ray Allen na razie w słabszej formie jako vis-a-vie.
      – przewaga zmienników dla Spurs, czyli coś co podkreślałem (w 10ciu powodach Spurs), a nie każdy wierzył w moc Spurs i przeciwstawiał moc zadaniowców Heat . W końcu znów Boris Diaw.
      – skuteczność do przerwy na poziomie 70% z dystansu! (7/10 sic!) a za dwa punkty na 73%!
      – Popovich motywujący Leonarda! Bezcenne!!
      – Spoelstra przegrywa tę serię bardzo wyraźnie, w aspekcie szachów trenerskich. Udonis Haslem i Shane Battier czyli ludzie do obrony, siedzą przyspawani do ławki, a na parkiecie ‚bryluje’ Ryszard Luis.
      – po sezonie do sztabu Spurs ma dołączyć europejski Mistrz Trenerski, Ettore Messina -> czy on będzie potenacjalnym następcą Popa?? (z pewnością zastąpi duet Brett Brown – Mike Budenholzer)
      – Heat na razie wyglądają jak napakowany Brojler, który nie jest głodny mistrzostwa
      – pierwsza porażka na swoim parkiecie, podczas PO2014, stała się faktem. Teraz rodzi się presja.

    • Majecha pisze:

      Mateusz, masz oczywiście rację a moje przemyślenia dotyczą tylko tego meczu. Timmy nie raz udowadniał, że jeszcze nie czas na zieloną łączkę. Piszę tak, bo troszkę mnie denerwowały 2-3 zagrania, kiedy byłem pewny, że będą z tego punkty. Dwa razy przy piwocie stracił piłkę, odpuścił kilka post-upów a przecież robi to świetnie. Takiego Birdmana w pierwszej połowie pięknie ograł piwotem, odejściem i rzutem o tablicę – magia. Jak ktoś przyzwyczaja do wysokiego poziomu, to chcemy, by nie schodził poniżej normy.

      BTW. Spoelstra dziwnie rotuje – wpuszcza na minutę Jonesa mając dobrze dysponowanych Lewisa czy Allena. Potem, tak jak piszę Woy, pomija obronę – Haslem i Battier grzeją pod siodłem tatara dupskami. Chalmers gra piach a Bosh, który rzuca jak w transie jest olewany.

  11. flappjack pisze:

    Oglądając ten mecz zastanawiałem się czy można go określić słabszym spotkaniem Miami – raczej nie. Przy takiej skuteczności SAS wygranie tego meczu tak czy inaczej było by cudem. Miami grało na skuteczności 51,6% – tragedii nie ma. Bardziej martwi mnie postawa Chalmersa, który był zawsze ważną postacią w ataku, a jakoś totalnie go nie ma w grze. A te jego straty z Wadem, w pierwszej kwarcie to była jakaś masakra, maksymalna nonszalancja i jakieś rozkojarzenie.

    • Mateusz Babiarz pisze:

      Yup, Heat zagrali bardzo dobry mecz w ataku (poza wspomnianymi stratami) i też widzę problemy w osobie Chalmersa. Drużyna swoją drogą najlepiej funkcjowała, gdy na parkiecie nie było żadnego klasycznego PG (tę rolę brał na siebie James), a nie wiem czy Spo nie powinien zaryzykować i wstawić Cole’a do S5 na kolejny mecz.

  12. Mariusz pisze:

    A nie wydaje się wam, że LBJ był jakiś dziwnie przemęczony. Może nie łapały go skurcze, ale siadał na ławkę bardzo zmęczony. Nie wiem, może to moje wrażenie.
    Co do meczu, to co Heat wyrabiali w obronie to jakiś koszmar. W drugiej połowie okazało się, że jednak można bronić lepiej. To nie była kwestia wybitnej gry Spurs, bo to w drugiej połowie mieli bodaj tylko 2 straty, a w pierwszej z 10. Być może taktyka ustawiania wyższego plastra Parkerowi jest niesłuszna. Co prawda Parker nie punktuje 20+, ale rozmontowuje obronę i stwarza okazje kolegom. Z takim ball-movementem wystarczy jedno złamanie obrony, a piłka po dwóch, trzech podaniach i tak znajduje kogoś wolnego. Niska liczba asyst Parkera w tej sytuacji trochę myli. Spoelstra trzyma się tego kurczowo, a okazuje się to kompletnie nieskuteczne. Popovich wykorzystuje to do bólu wkładając do składu jeszcze więcej dystansowców (Bonner, Green/Belinelli, Leonard, Ginobili, czy nawet Diaw). Gdy była piątka Parker – Green – Leonard – Duncan – Splitter był zupełnie inna dynamika. Ciekawe, że do 7-punktów Heat zbliżyli się przy piątce – Cole – Allen – Wade – Lewis/Bosh – Andersen.
    Zdecydowanie również nie rozumiem dlaczego Heat tak bardzo pomijają w ofensywie Bosha. Przecież to nie jest tak, że Bosh nie ma ochoty rzucać (komentarz do stwierdzenia autora o jego bezbarwnym występie). Spoelstra i kreujący grę LeBron nie grają na niego, a facet dzisiaj miał skuteczność 4/4. Niech wyciąga Splittera, Duncana czy Diawa na obwód. Niech pogra trochę izolacji. Trochę wszystko za bardzo na jedno kopyto – tylko LeBron i Wade mają piłkę w ręku próbują wjazdów pod kosz i a nuż jakoś będzie – czyli albo próba rzutu, albo podanie na obwód. Wszystko fajnie, ale i Leonard, i Green bronią na tyle dobrze, że nie ma potrzeby podwajania. Trzeba coś zmienić. Heat jak nigdy są uzależnieni od LeBrona. Wade’a ja rozumiem. Jest starszy, kolana nie te. Bosh jest jednak w sile wieku i nie jest gościem na 4 rzuty z gry!

    • Woy pisze:

      zmęczenie to normalka. LeBron po takiej akcji z G1 potrzebuje dużo więcej czasu na regenerację. Oczywiście jest tylko 2-1 i nie można wyciągać daleko idących wniosków, ale wydaje się, że to inni gracze Spoelstry muszą się włączyć by nie przegrać kolejnej gierki. Sam LeBron to nieco za mało a stałe liczenie na niego zamienia się w erę pracy Mike’a Browna z Cavs. Nie tędy droga, niestety…

  13. jm pisze:

    A do wszystkich niedowiarków którym po pierwszym meczu pisałem że Bronek odwodnił się z powodu błędów sztabu trenerskiego jak też i własnego bo grał w grubych elastycznych gaciach spinających mięśnie, zwracam uwagę że Bronek już od dwóch meczy gra bez tych gaci.
    Tak więc nie wina klimy czy podstępu Pop,a tylko banalne błędy trenerów i Bronka.

  14. wade pisze:

    a ja sie pytam ,gdzie jest król. No ku**a gdzie jest krol !!!!

  15. realista pisze:

    Dziwne, że Spo widząc ogromne problemy Heat w obronie nie wpuszcza na parkiet Haslema, przecież to kawał defensora! Ale znajac życie w kolejnym meczu Heat będą tak zmotywowani, że tym razem może być +20 dla nich.

  16. flappjack pisze:

    LeBron nie ciekawie wyglądał w 4 kwarcie – jakby rękawami oddychał.
    Pewnie pokłosie pierwszego meczu.

  17. bulls2006 pisze:

    to był bardzo dobry mecz SAS i dobry Miami, koszykówka na naprawdę wysokim poziomie. Mi w grze Miami brakowało Bosha, co w dużym stopniu obciąża Jamesa i Spo

  18. turndown4what pisze:

    Okiem Balcerowicza ;)
    Czwórka graczy Spurs; Leonard-Green-Diaw-Mills zdobyła łącznie 58 pkt, 12 zb, 12 as, 9 przechwytów i 4 bloki. Razem zarabiają oni około 11,6 mln.
    Natomiast czwórka Heat; Bosh-Haslem-Battier-Chalmers zdobyła łącznie 11 pkt, 5 zb, 4 asysyty, 0 przechwytów i 0 bloków. W sumie zarabiają oni circa 30,7 mln.
    Oczywiście wymienieni gracze San Antonio przebywali na parkiecie dużo dłużej niż tych czterech gentlemanów z Miami, siłą rzeczy byli więc bardziej produktywni. Tylko, że w tym zestawieniu chodzi o coś innego; pokazanie jak marnotrawione są pieniądze w Miami, a jak mądrze wydawane w San Antonio.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *