Troy Daniels uratował sezon Rakiet

rockets-blazers

Gdybyś był na miejscu Jeremy’ego Lina i na 12 sekund przed końcem dogrywki musiałbyś podać piłkę do któregoś ze swoich kolegów, żeby mieć szansę na objęcie prowadzenia, to kto by to był? Harden? Howard? Beverley? A może Troy Daniels? Lin wybrał właśnie tego ostatniego, widząc, że ma dogodną pozycję, a grający swoje pierwsze minuty w play-offach Daniels nie zawiódł i trafił trójkę, która trzyma Rockets w grze o awans. Houston wygrało 121-116 po dogrywce, mecz znowu był świetny, mamy 2-1 w drugiej najlepszej serii pierwszej rundy i zapowiedź wielkich emocji w kolejnych meczach!

Ale kim właściwie jest Troy Daniels? Absolwent uczelni VCU, zgłosił się do Draftu 2013, ale nie został w nim wybrany. Musiał zatem szukać swojej szansy w Rio Grande Valley Vipers (D-League) i zagrał w D-League All-Star Game. 21 lutego podpisany przez Rockets, rozegrał tylko 5 meczy w sezonie regularnym i ogólnie mało kto o nim słyszał. Dzisiaj wyszedł z ławki, zagrał 20 minut, zdobył 9 punktów i trafił trzy trójki, w tym tą najważniejszą. Jego gra to kolejny dowód, że nikt nie dostaje się do NBA przypadkiem, tylko dzięki ciężkiej pracy i umiejętnościom, a nawet największe no-name’y tej ligi byłyby znaczącymi postaciami w każdej innej lidze koszykarskiej świata.

Pochwała za wprowadzenie do gry Danielsa i sporą zmianę rotacji w tym spotkaniu należy się Kevinowi McHale’owi. McHale wiedząc, że jest to must-win game, zwiększył minuty swoim starterom, dodał do pierwszej piątki Omera Asika, a drastycznie w dół poleciał czas gry słabego w tej serii Terrence’a Jonesa. Minuty Garcii przejął Daniels, a rotacja zamknęła się na 8 graczach.

Asik też odegrał sporą rolę w tym spotkaniu i opcja gry Twin Towers tym razem się sprawdziła. LaMarcus Aldridge zagrał dobrze, miał 23 punkty i 10 zbiórek, ale już nie był w stanie szaleć tak jak to miało miejsce w dwóch pierwszych meczach. Asik z Howardem skutecznie męczyli swojego rywala i kontestowali jego rzuty. Do tego ta dwójka była w stanie zebrać 22 piłki, z czego 11 na atakowanej tablicy, co też było bardzo ważnym czynnikiem w ich zwycięstwie. Rakiety wygrały tablice 53-47, a Trail Blazers bardzo źle zastawiali swoją deskę. Niech świadczą o tym 4 zbiórki ofensywne Beverleya, 2 Jonesa i 2 Danielsa.

Rockets przebudzili się też na dystansie, trafiając 12/31 w tym spotkaniu po 11/51 w pierwszych dwóch meczach tej serii. Beverley trafił 4/6 zza łuku, z czego 3 trójki miał już po pierwszej kwarcie. 3/6 dołożył Daniels, a 3/11 James Harden. Mała ilość strat (tylko 8) oraz 22 ofensywne zbiórki pozwoliły Rockets na oddanie 15 rzutów więcej w tym spotkaniu, co okazało się być decydujące.

google.com, pub-2915109786295953, DIRECT, f08c47fec0942fa0

James Harden koniecznie chciał wziąć całe spotkanie na swoje barki i zamazać słabe występy w kolejnych meczach, ale nie do końca wyszedł mu ten występ (za to bardzo zadowoleni mogą być ci, którzy wybrali go w Drive to the Finals). Harden oddał 35 rzutów, trafiając 13 z nich, zdobył 37 punktów, zebrał 9 piłek i rozdał 6 asyst. Jednak jego forsowanie gry na siebie nie było do końca dobre dla Rockets i po „najlepszym rzucającym obrońcy w lidze” (moim zdaniem, wciąż Dwyane Wade jest lepszym graczem) powinniśmy spodziewać się więcej.

Dwight Howard zagrał kolejne dobre spotkanie w tej serii, a Robin Lopez to żadny dla niego przeciwnik (chociaż oddajmy Robinowi, że potrafi wygrać walkę z Howardem na atakowanej tablicy oraz udzielać dobrej pomocy przy graczach obwodowych, dzisiaj miał 3 bloki). Dwight zdobył 24 punkty, zebrał 14 piłek i miał 2 bloki, prowadząc przy tym obronę Rockets do dopuszczenia jedynych 36 punktów z pomalowanego.

Przy słabszej niż w ostatnich spotkaniach postawie Aldridge’a drużynę pociągnęli Nicolas Batum (26 punktów, 9 zbiórek, 5 asyst) i Damian Lillard (30 punktów, 6 zbiórek, 6 asyst). Obaj gracze musieli dostać większą rolę w ataku, przy duchowej nieobecności w tym meczu Wesa Matthewsa (2/7 z gry, 1/5 za trzy, 6 fauli). Na szczęście dla Blazers dobry mecz z ławki miał Mo Williams, który uzbierał 17 punktów i dodał do tego 4 asysty.

Jeśli przegapiliście mecz w nocy (oj, żałujcie!) to na prawdę warto dzisiaj obejrzeć powtórkę. Dobra strzelanina na dystansie, dbanie o piłkę (tylko 8 strat Rockets i 10 Blazers), dużo punktów i ładnej gry + Mike Breen i Jeff Van Gundy za mikrofonem to gwarancja dobrze spędzonego popołudnia przy NBA.

W 4 kwartę weszliśmy przy stanie 81-78 dla Rakiet, które szybko zrobiły serię 6-0 i mieli 9-punktowe prowadzenie. Rockets utrzymywali swoje prowadzenie, kiedy na 6 minut przed końcem zaczął o sobie przypominać klimat Rose Garden i to jak dobrzy są Trail Blazers w końcówkach. LaMarcus Aldridge trafił dwa jumpery, w tym jeden z faulem, a po chwili Damian Lillard dorzucił swoje punkty i Blazers byli tylko -2.

Na objęcie prowadzenia Blazers musieli jeszcze chwilę poczekać, ale odzyskali je na 1:59 przed końcem po trafieniu Lillarda! Wtedy wydawało się, że to oni są w gazie i już nie dadzą sobie wydrzeć zwycięstwa, ale Aldridge i Matthews nie byli w stanie zamknąć tego spotkania, tymczasem na +3 swoją drużynę wyprowadził James Harden po 4 trafionych osobistych. Na nasze szczęście stan meczu wyrównał Nicolas Batum. Potem obie drużyny miały jeszcze swoje szanse, ale nie dały rady przeważyć szali zwycięstwa na swoją stronę. Dogrywka!

Obie drużyny grały nerwowo w dodatkowych minutach, bardzo często pudłując. Jednak zimną krew zachował bohater Rakiet – Troy Daniels, trafiając kluczową trójkę na 11.9 sekundy przed końcem po tym jak Rockets niemal piłkę stracili. Blazers mieli jednak swojego Terry’ego Stottsa na ławce, który jest jednym z najlepiej rozrysowujących akcje trenerów w lidze. Piłka poszła zatem do Batuma, ten rzucił za trzy, ale spudłował. James Harden zamroził mecz na linii osobistych. Trail Blazers strasznie nerwowo rozegrali dogrywkę, pudłowali wszystko i przez ostatnie 3 minuty dodatkowego czasu nie zdobyli ani punktu, dając Rockets przeprowadzić decydujący run 9-0. Seria zostaje w Portland i czeka nas bardzo pracowity weekend z play-offami, którego zwieńczeniem będzie Game 4 między tymi ekipami, o 3:30 w nocy z niedzieli na poniedziałek.

9 komentarzy

  1. sasoo pisze:

    krótko – ufff :)

  2. Paweł Kołakowski pisze:

    To jest właśnie największa siła McHale’a – jeśli widzi w młodym potencjał daje mu szansę!!! Dziś z Danielsem to był majstersztyk, ale przypomnę osoby Jonesa czy też Morrisa. Ewidentnie to są jego strzały!!!

    Przypomnę, że to McHale wybierał Garnetta w drafcie! ma oko !!!

    Gdyby nie Lin pewnie nie było by OT, a tak po jego niecelnym rzucie poszła trójka Batuma… zrehabilitował się w końcówce!

    Howard znowu świetny mecz! – gdyby grali na niega tak jak PTB na LMA w pierwszych dwóch meczach myślę, że pożytek byłby z tego wiekszy (fajnie przez pewien czas wyglądała współpraca DH – JH – szkoda, że w kluczowych momentach kompletnie zanikła…

    Lillard mega spotkanie, LMA trochę słabiej – Asik za to plus za d-fense!

    Czekam na kolejny mecz! najlepsza seria w I rundzie!

  3. Łukasz Siemański pisze:

    Moim zdaniem jednak więcej mocy jest w Grizzlies – Thunder, ale może to dlatego, że tam widziałem dwa mecze na żywo, a tu miałem możliwość zobaczenia tylko jednego spotkania. W każdym razie obie serie są fantastyczne i jak na razie dostajemy świetne play-offy :)

    Co do tej siły McHale’a to nie do końca się zgodzę, bo on nie lubi grać pierwszoroczniakami, daje im szansę raczej w drugim sezonie, tak jak to ma miejsce z Jonesem. Ale to też jest dobre, bo tacy gracze mogą okrzepnąć w lidze, a nie być od razu rzucani na głęboką wodę.

    • Paweł Kołakowski pisze:

      aaa jeszcze Patrick Beverly jeszcze apropos no name’ów :)

  4. Adrian89 pisze:

    No i niestety robi się nerwowo – ale trzeba przyznać że wszystkie trzy mecze na styku, więc niejako należało się Rockets wygrać jeden. Do tego jeszcze jeden świetny mecz zobaczymy bo chyba nie ma wątpliwość że ta seria i seria Okc- Memphis są najlepsze jak dotąd.

    • Finley pisze:

      Mi się rywalizacja Nets – Raptors bardziej podoba niż Oklahoma – Memphis. Mam wrażenie, że nie licząc rywalizacji Pop-Carlisie to tam siedzą dwaj wielcy stratedzy i rywalizacja jest świetna. Ale Houston – Portland jest niesamowicie emocjonująca. Cieszę, że Rakiety wróciły trochę do gry. Howard, my wierzymy!

  5. lucero pisze:

    Szkoda tylko, ze przed rzytem za 3 byl ewidentny faul na MO, ana pewno o wiele bardziej ewidentny niz w pierwszym meczu na Howardzie

    No ale gramy dalej, byle wygrac w niedziele

  6. wicek pisze:

    Ogólnie trzeba przyznać, że większość serii spełnia oczekiwania fanów, do tego kilka naprawdę niespodziewanych wyników i niespodziewane kłopoty faworytów(IND,OKC). Jedynie Heat-Bobcats i Pacers-Hawks mnie nie rajcują. W innych parach ogladam wszystkie mecze ;)

  7. saturn pisze:

    Wicek bardzo podzielam Twoje odczucia. Na mecze Miami-Charlotte nawet nie patrzę, bo spodziewam się 4:0. Ale nie zgodzę się, że Atlanta-Indiana nie rajcują. Dla mnie Atlanta jest sporym, pozytywnym zaskoczeniem. Może wynika to z faktu, że Indiana gra sporo poniżej oczekiwań, Hibbert, który miał być główną bronią w PO praktycznie nie istnieje!

    Ale pary Memphis-Oklahoma, San Antonio-Dallas, Chicago-Washington, Nets-Raptors, ale szczególnie Houston-Portland to jedne z najciekawszych PO ostatnich lat.

    Ta cała sytuacja z Nene albo popsuje chemię w zespole, albo jeszcze bardziej ich zmobilizuje.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *