Salon koszykarski: Dzieje i upadki Środkowego rodu

Czy którykolwiek z dzisiejszych centrów biegających po parkietach NBA przejdzie do historii NBA? Nie sądzę. Nie ma co ukrywać, że sytuacja na tej pozycji w ostatnich latach w porównaniu do wcześniejszych dekad wygląda dość blado i właśnie tym problemem zajmę się w dzisiejszym Salonie koszykarskim…


Nie jest dobrze Moi Drodzy Czytelnicy! Ostatnio omiotłem wzrokiem składy wszystkich drużyn NBA i niestety tylko się utwierdziłem w smutnym przekonaniu, które dołuje mą poczciwą osobę od ponad dekady. Otóż gołym okiem widać, że pozycja środkowego najzwyczajniej leży. Niewielki odsetek graczy prezentuje jakiekolwiek umiejętności, aby móc tytułować ich dobrymi centrami. Być może moje oczekiwania są zbyt wysokie ze względu na to, że koszykarsko dojrzewałem w latach 90-tych, ale właśnie taki pryzmat daje jasny sygnał w mojej głowie! Poziom dobrego gracza na pozycji numer pięć z kolejnymi latami z przestworzy poleciał na łeb, na szyję i znajduje się teraz w rynsztoku…

Pamiętam jeszcze z zamierzchłych czasów liceum i lekcji marketingu takie pojęcie jak „Cykl Życia Produktu”. Otóż można je zobrazować wykresem. Podobnie jest z pozycją Środkowego za czasów, kiedy komisarzem NBA był David Stern. To za jego czasów pozycja ta przeżywała największy rozkwit, aby następnie adekwatnie do naszego przytoczonego wykresu stopniowo opadać na sam dół. Wraz z końcem jego kadencji legendarni środkowi stają się historią. No cóż coś się zaczyna i coś się kończy. Być może to tylko zapowiedź lepszego wraz z nadejściem Adama Silvera, ale o tym później Moje Robaczki…

George Mikan, Bill Russel, Wilt Chamberlein, Willis Reed, Lew Alcindor aka KAJ, Elvin Hayes, Moses Malone to nazwiska wybitne jeszcze sprzed ery Sterna, albo zahaczające o jego czasy (zwłaszcza Kareem)   . Po czym przychodzi złoty rok 1984, który przynosi rządy wspomnianego Davida i o to pierwszy diament na pozycji centra ląduje w NBA z numerem pierwszym draftu prześcigając samego Michaela Jordana. Wiecie o kogo chodzi… Do tej osobistości odwołamy się w dalszej części (#34).

W następnych latach kolejne nabory dostarczają wysokich graczy, którzy w najbliższym czasie staną się postaciami legendarnymi dla całej ligi i zdominują rozgrywki na kolejne lata, a ich gwiazdy będą błyszczały nienaruszonym blaskiem. Ich grę będą oklaskiwać kibice z coraz szerszego grona, aż globalizacja NBA wyrzuci ich nazwiska w najciemniejsze zakątki świata na którym żyjemy.

Zaczynając od Hakeema Olajuwona przez kolejno Patricka Ewinga, Brada Doughtertyego i Davida Robinsona, nie zapominając o Shaqu, Dikembe Mutombo i jego kumplu z college’u Alonzo Mourningu tworzy nam się całkiem przyzwoita śmietanka graczy, którzy z miejsca odmienili oblicza swoich zespołów. Jeśli dodamy jeszcze do tego europejskie perełki w postaci Vlade Divaca i Ricka Smitsa otrzymujemy epokę, w której pozycja środkowego była kluczową dla rozkładu sił. jedyną postacią łamiącą ten schemat jest Michael Jordan, który kolekcjonował tytuły z Bulls mając u boku czy to stetryczałego już Billa Cartwrighta, czy też w drugiej odsłonie dynastii Luca Longleya. No cóż – Michael jednak nie jest szablonowym zawodnikiem i wyłamuje się ze wszelkich stereotypów – nawet tych czasami tworzonych przez amatorów koszykówki jak ja.

Faktem jest jednak, że wymienieni wyżej zawodnicy stali się znaczącą siłą ligi, a ich drużyny wiodły prym w swych dywizjach i konferencjach, walcząc w kolejnych latach o najwyższe cele. Nie przypadkowo w trakcie wakacji Michaela do finałów docierały drużyny mające wybitnych środkowych. Ba nawet w półfinałach obu konferencji za każdym razem oglądaliśmy ekipy z wysokiej klasy graczami na pozycji numer 5. Ot fakt niezaprzeczalny i nie do podważenia.

Hakeem OlajuwonPozycja ta jest bowiem w oczach wieli znawców koszykówki kluczowa i dobry, a wręcz wybitny zawodnik grający na środku może dać przewagę drużynie czyli w pewnym sensie dodatkowy handicap. Ryzykowna teoria i łatwo się na niej przejechać, ale przemawia za nią historia rozgrywek – odsyłam do nazwisk przywołanych przeze mnie wcześniej. Otóż nie trzeba być Einsteinem, żeby wiedzieć, że o punkty najłatwiej spod samego kosza – im dalszy dystans tym trudniej, co potwierdza procent skuteczności z gry zawodników dystansowych od tych operujących blisko kosza. Porównajcie sobie jaki procent celnych rzutów ma choćby Shaq i jaki ma Jordan… Więc już sama matematyka pokazuje, że warto inwestować w środkowych! Rockets kiedyś w dwa lata zbudowali drużynę na finały pozyskując w kolejnych draftach Sampsona i The Dream’a, Spurs dokoptowali Duncana do Robinsona i w 1999 roku sięgnęli po mistrzostwo – to najlepiej oddaje jak szybko może zwrócić się taka inwestycja. Wymaga ona jednak bystrego oka, znajomości rynku, wyczucie i jak zawsze… szczęścia

No i tu pojawia się dopiero problem. Eee tam kłopot. Mamy cholerne kłopoty! Otóż podaż  środkowych jest tak wielka, managerowie wręcz głupieją na punkcie graczy, w których widzą przyszłe gwiazdy NBA, dominatorów pola trzech sekund i w ogóle same ochy i achy. A tu Zonk!

I tak wraz z postaciami legendarnymi po parkietach NBA człapały takie wynalazki jak Yianka Dare, Shawn Bradley, Michael Olowokandi, Erick Dampier, Bryant Reeves i im bliżej XXI wieku można dopiero zagłębić się w prawdziwą wystawę graczy przezabawnych, którzy do NBA nigdy trafić nie powinni, a trafili ze zwyczajnego braku laku i tyle. Włodarze kuszeni przez poprzednie lata wizją łatwego wzmocnienie swego teamu decydowali się kontraktowanie takich osobowości jak: Cezary TrybańskiHanno Mottola, Andrins Bierdrins, Darko Milicić, Andrea Bargnani i wielu innych. Już największą głupotą byłą dla mnie fala chińskich zawodników o sporych wymiarach, która zaatakowała NBA jak jakaś epidemia. Był to odzew na pozytywne wrażenie jakie zrobił na specjalistach Yao Ming. Z tym, że kopiowanie danych wzorców zazwyczaj bywa drogą na manowce i tak o to kolejne kluby zatrudniały Mengke Bateera, Wang Zhi Zhi, a już szczytem idiotyzmu było wybranie Yi JianLiana z numerem 6 draftu!!! Gratulacje dla Bucks!!! W tym czasie można by odnieść wrażenie, że nawet gdyby kung fu panda grała w kosza to smiało mogłaby liczyć na angaż w którymś klubie w NBA. Wówczas podobną kreatywnością wykazywali się Knicks. Przestało się zwyczajnie liczyć czy prezentujesz jakikolwiek poziom – ważne, że jesteś duzy!!!

Z całym szacunkiem, ale Manute Bol czy Gheorhe Muresan mieli jakieś umiejętności. Nawet wspomniany Shawn Bradley, nad którym wszyscy przeskakiwali jak tylko chcieli też w porównaniu z kolejnymi pokoleniami rycerzy stref podkoszowych wypadał na wojownika. I tak proporcję dobrych środkowych do tych przeciętnych i słabych zaczęła się diametralnie odwracać w porównaniu z minionymi dekadami.

Pozycję numer pięć dotknął poważny kryzys. Zresztą ogólnie w USA zaczęto mieć problem od początku XXI wieku z wysokimi sportowcami o czym może świadczyć choćby podobna sytuacja w boksie, gdzie w wadze ciężkiej próżno szukać pięściarzy pokroju Mike Tysona, Evandera Hollyfielda, Riddicka Bowe czy też Ray Mercer. To już jednak temat na inną dyskusję i nie ma co się w niego zagłębiać – niewątpliwie sam symptom jest dość znaczący w przypadku omawianego problemu.

W ostatnich dwudziestu latach (licząc od 1993 do 2013 roku, gdyż tegoroczny draft jeszcze się nie odbył) aż 12 graczy grających na pozycji środkowego wybierano z numerem pierwszym draftu (w 1992 roku pierwszy wybrany został Shaq). W swoje kalkulacje wliczam Webbera i Martina, którzy w ciągu swych karier grali na pozycji centra – C-Webb w Golden State, a Martin ma wszelkie predyspozycje, aby pełnić funkcję piątki, co potwierdza jako zmiennik w Knicks). Jest to ponad 50% graczy, którzy potencjalnie mają zasilać teoretycznie najsłabsze ekipy w NBA, a tym samym pozwolić odbić im się od dna ligi.

Michael Jordan mając numer pierwszy draftu wycelował w Kwame Browna i chociaż mocno chybił to pokazuje jak w oczach samych (ex) graczy jest to znacząca pozycja.

HWK_Classic_WillisŁatwo dostrzegalny jest jednak spadek poziomy umiejętności graczy na tej pozycji. Jednym z najlepszych środkowych dzisiejszych czasów jest Roy Hibbert. Realnie porównując to jest mu jednak bardzo daleko do najlepszych w historii. Patrząc na jego grę przychodzi mi na myśl Bill Cartwright z najlepszych czasów (patrz Knicks). Z pewnością może imponować gra obronna, ale dzisiejszy środkowy nie jest już tak uniwersalnym graczem. Andrew Bogut czy też bracia Gasolowie to bardzo dobrzy zawodnicy, ale czy ich gra rzeczywiście daje faktyczną przewagę nad przeciwnikiem? Nie! Przejdą do annałów koszykarskich jako dobrzy, ale nic więcej… W latach 90-tych czy 80-tych mieliby marne szansę na wyróżnienie się spośród tłumu. Tacy gracze jak Kevin Willis, Rony Seikaly, Buck Williams czy Kevin Duckworth nie wspominając o jednym z moich ulubionych: Billu Laimbeerze zjedli by ich na dzień dobry. To poniekąd rykoszet zmiany interpretacji przepisów, do której się wielokrotnie odwoływałem i która w mojej opinii może doprowadzić do anomalii w postaci kobiecych chromosonów XX u co poniektórych graczy… ale nie o tym chciałem pisać dziś.

Kryzys jest coraz bardziej wyraźny z systematycznie się pogłębia. Śmiało mogę stwierdzić, że żaden z obecnie grających centrów nie może pełną gębą nazwać się spadkobiercą tradycji wielkich środkowych i ich spuścizny, która zostawili po sobie kolejnym pokoleniom. najbardziej widocznym dowodem na spadek roli środkowego w NBA jest fakt, że zlikwidowano ją w głosowaniu do meczu gwiazd. Środkowych zmieszano z resztą graczy z Frontcourtu.

Dla graczy pokroju Russela, Chamberlaina, Olajuwona czy też Ewinga to ogromna obraza. Bo może się okazać, że żaden „prawdziwy: środkowy nie zagości w meczu gwiazd. Czy to znacz, że mamy do czynienia z odstawką graczy wysokich? NBA stara się wytyczyć nowy kierunek? Czy gra aż tak się zmieniła, tak ewoluowała, że pozycja centra najzwyczajniej przechodzi do lamusa, a nasze dzieci, albo wnuki nie będą kojarzyły, że kiedyś w tych prehistorycznych czasach pod koszem grali też wybitni gracze? Czy ich gra ma skupiać się głównie na defensywie? Nie do końca…

Kiedyś Michael Jordan zapytany o to, z którym z centrów najbardziej chciałby grać, bez głębszej refleksji i z pewnością wypowiedzi wymienił Hakeema Olajuwona. Właśnie ten sam zawodnik w nakreślonej przeze mnie erze Davida Sterna, którą zobrazowałem swoistym wykresem był pierwszym z serii kolejnych wybitnych środkowych, którzy zasilali szeregi NBA w kolejnych latach.

I teraz analogii ciąg dalszy. Jeśli wierzycie w pewne zbiegi okoliczności, voo doo, tarota, pełnie księżyca i wróżenie z oka salamandry to tylko upewnicie się, że nadchodzi zawodnik niemal identyczny do niesamowitego Nigeryjczyka.

Jeśli jednak Wasze umysły są bardziej racjonalne to wystarczy, że prześledzicie kilka spotkań Kansas JayHawks, gdzie w akcji będziecie mieli okazję zobaczyć Joela Embiida. Kameruńczyk, który ma taką łatwość w zdobywaniu punktów, w poruszaniu się, w ogrywaniu rywali zwodami z pakietu, który do koszykarskiego menu wprowadził Olajuwon. Ma po prostu to coś, co kiedyś miał właśnie absolwent uczelni Houston. Ma naturalne predyspozycje do gry w koszykówkę. Nie jest tak surowy w ataku jak Dwight Howard, którego jakby nie szkolić i ile by mu nie tłumaczyć to pewnej bariery nie przeskoczy. Superman, czy nawet Hibbert są znakomitymi obrońcami, mają wyśmienite warunki fizyczne, ale nie mają tego błysku. Nie mają tego czegoś, tego elementu najczystszego koszykarskiego talentu, którym koszykarski Bóg obdarzył właśnie Embiida. To on może się okazać swoistym Olajuwonem w erze Adama Silvera i swego rodzaju mesjaszem wśród centrów, graczem, który odrodzi plemię znakomitych wysokich graczy, którzy ponownie będą rządzić ligą.

[youtube=http://youtu.be/P8_MDi2bZrU&w=585]

Patrząc na Kameruńczyka widzę w nim gracza gotowego od zaraz do wzięcia odpowiedzialności za grę na siebie i mogącego z miejsca stać się gwiazdą ligi. (Niestety póki co w Wigginsie tego nie widzę – on będzie potrzebował czasu). Patrząc na grę ekipy Jayhawks, kluczową postacią jest właśnie gracz z Afryki. Od niego w tym teamie zależy najwięcej. Póki co jego statystyki może nie powalają na ziemię i nie wbijają w podłogę, ale wystarczy spojrzeć na to jak prezentuje się na parkiecie. Ta idealna równowaga między obroną i atakiem wprawia w stan ukojenia moje sportowe emocje niczym kwiat lotosu. Mnie to zachwyca!

Zapewne kilku z Was powie, że mnie strasznie ponosi. Być może mam bujną wyobraźnie, ale regularnie śledzę w tym roku mecze Kansas. Oczywiście trzeba się odnosić do jego kariery z pewną ostrożnością, żeby nie zagłaskać go za bardzo. Przykład Obinny Ekeziego, który był gwiazdą wspólnie z Laronem Profitem na uczelni Maryland pokazał, że cholernie łatwo z wysokiego konia spaść bardzo gwałtownie i utopić się na głębokiej wodzie jaką w przypadku koszykarskiego oceanu jest liga NBA. Wspomniany też już przeze mnie Michel Olowokandi również nie poradził sobie w zawodowym baskecie.

Idąc tropem innych analogii dotychczasowi gracze z Kamerunu, których nazwiska bardziej kojarzą się z egzotycznymi drinkami niż z uznaną marką koszykarską, NBA nie podbili, ale czy przed „The Dreamem” był inny Nigeryjczyk, który ją zawojował? A to najważniejsze podobieństwo, a więc samej gry i tej lekkości ruchów, elastyczności, czytania gry i reakcji na ruchy rywali jest póki co zachowane i to wszystko umożliwia Embiidowi dominacje. Ten kto oszlifuje ten talent zapewni sobie w NBA długowieczność. Tego jestem pewien.

Jak zatem widać pozycja numer pięć nie powinna przejść do lamusa i nie pójdzie w zapomnienie. Widać światełko w tunelu w postaci niebywałego talentu, a kolejne nabory także zapewne przyniosą następne perełki. Do tego rozwój takich graczy jak Anthony Davis, DaMarcus Cousins pozwalają mieć nadzieje, że centrzy będą w przyszłości będą dominować nie tylko w obronie, co dziś stało się regułą, ale z równą łatwością będą nadawać ton grze ofensywnej swego zespołu. Może było źle, ale uważam, że wybitni środkowi powstają jak Feniks z popiołów.

Oby…

Paweł Kołakowski

Od lat wierny kibic Houston Rockets i wielbiciel Charlesa Barkleya (głównie z czasów gry w Suns). Wychowany na transmisjach NBA w TVP2 wspominający z łezką w oku te godzinne transmisje w piątkowe popołudnia z komentarzem Szaranowicza i Łabędzia :). Ahh te lata 90-te :)

16 komentarzy

  1. hydro12 pisze:

    „No i tu pojawia się dopiero problem. Eee tam kłopot. Mamy cholerne kłopoty! Otóż podaż na środkowych jest tak wielka, managerowie wręcz głupieją na punkcie graczy, w których widzą przyszłe gwiazdy NBA, dominatorów pola trzech sekund i w ogóle same ochy i achy. A tu Zonk!”

    – powinno być popyt. Na rynku pracy popyt dotyczy pracodawców, a podaż pracowników.

    • Paweł Kołakowski pisze:

      No ja w swym toku odwróciłem sytuację i założenie jest taki, że jest rynek środkowych, których usługi są oferowane klubom. Klub chce kupować, a środkowy zaspakaja jego potrzeb ( w róznym stopniu) – omijając rynek pracy :)

  2. amon pisze:

    Czytam,czytam,już chcę zanegować,że przecież zaraz będzie Embiid,a Ty nagle przywołujesz Kameruńczyka. I uważam,że masz rację,też jestem zachwycony tym gościem,tak od listopada jakoś. Hakeem bis. Odczuwam lekką satysfakcję,że widziałem w nim top3, gdy w mockach,a także na forum Enbiej lokowano go poza top5. Klub,który go wybierze,zyska sobie moją sympatię,tak myślę.Pozostaje mieć nadzieję,że Joel odpali i okaże się wielkim centrem,100%owej pewności jednak nie ma. Oby omijały go kontuzje,niedawno lekkiej doznał.Z innej beczki…nie pamiętam,aby Webber grał na środku,mimo,iż był niezwykle wszechstronny….Kolejny fajny artykuł fz tego cyklu,dzięki Paweł

  3. GPRbyNBA pisze:

    W obecnych czasach nie było by głupim pomysłem grać 2 silnymi którzy walczą o zbiórki pod tablicami przeciwnika. Zresztą takie czasy że centrzy często maja taki sam wzrost co silni.

    Co do Embiida to ze 2 tygodnie temu była już mowa o jakiś zawodniku z koledżu i poniekąd udowodniłem że gra w szkole nijak ma sie do gry w NBA. Jest wysoki, napakowany i za przeciwników ma często niskie olamy nie potrafiące bronić.
    Myślę że nie należy sie obecnej sytuacji dziwić. Ludzi naprawde wysokich jest mało, a żeby jeszcze byli dość zwinni i nie byli patykami oraz mięli odpowiednią psychikę na grę w kosza to już naprawdę musi być fart. Dlatego chodza po parkietach NBA takie cieńkie bolki pokroju Thabittta. I właśnie przy nim widac jak to jest z grą w szkole a grą w NBA.

  4. Wałek pisze:

    Andre Drummond.

  5. cmg35 pisze:

    JOAKIM NOAH

  6. Hogofogo pisze:

    Noah nie jest takim typowym centrem. Asysty nie wystarczą:) Monroe jest zbyt drewniany. Według mnie taki Howard jakiego oglądaliśmy w Orlando na pewno spełniał warunki żeby go nazywać bardzo dobrym centrem. i to pomimo tego, że nie potrafi rzucić spoza trumny. Niestety gra w Lakers zatrzymała jego rozwój. Pozostaje oczekiwać na rozwój Davisa i Embiida.

    • Woy pisze:

      Noah nie jest czwórką na pewno, wystarczy zwrócić uwagę na jego słaby rzut oraz naganną technikę lub grę z piłką, na koźle. Asysty to jedno, ale słabszy drybling i słabe/znikome minięcie gracza dyskwalifikuje go do roli czwórki. Porównajmy go z Chrisem Boshem, Jaredem Sullingerem czy Davidem Westem i od razu rzuca się w oczy większy repertuar zagrań indywidualnych, w ataku, której brakuje zawodnikowi Bulls.

  7. Hogofogo pisze:

    Nie chodzi mi o to, że jest czwórką. Nie jest też takim typowym dominującym centrem. Słabo gra tyłem do kosza. Ogólnie w ataku najlepiej mu wychodzą te asysty:)

  8. majecha pisze:

    Mamy w NBA 1 środkowego godnego epoki wielkich centrów – TIM DUNCAN. Timmy, bo ja nie kupuję gadki, że to PF.
    Myślę, że Bynum w formie dałby radę solidnie (nie wybitnie) grac w latach 90-tych. Ale to musiałaby być super forma.

    • Finley pisze:

      Ale Timmy to PF, które na stare lata został centrem…

      Trochę mi się momentami tekst kojarzył z moim: http://www.enbiej.pl/2012/07/27/pojedynki-wagi-ciezkiej-na-parkietach-nba/ nawet nawiązanie do boksu jest :)

    • majecha pisze:

      Timmy przyszedł do zespołu, w którym grał Admirał – jeden z 10 najlepszych centrów ever. Trudno, żeby któryś z nich grzał ławę. Timmy poszedł na PF i tak się przyjęło.

      http://www.basketball-reference.com/players/d/duncati01.html

      Proszę zajrzeć do punktu „Play-by-play”. Pierwsze 4 lata to stosunek czasu na boisku na PF do C to 60-40. Potem sezon 71-29 i tylko center. Analogicznie Ralph Samson (7 stóp 4 cale) „grał” na PF kiedy byli razem na boisku z Hakeemem. Nie kupuję tego po prostu, jak kolo, który na PF spędza przez 4 sezony po 60% czasu a 40% na środku może byc dożywotnio mianowany Power Forwardem!? :)
      Mam nadzieję, że argumentacja przemawia;)

      Jest jeszcze jedna ciekawa rzecz, może pamiętacie. Lenny Wilkens na igrzyska w Atlancie miał pomysł (oczywiście czysto medialny) żeby wystawić piątkę centrów.
      PG-Robinson, SG-Olajuwon, SF – Ewing, PF – Mourning, C- Shaq
      Pamiętam, że właśnie o Robinsonie mówił, że się nadaje, bo jest nad wyraz szybki i ma świetny kozioł jak na wielkoluda.
      chciłabym to zobaczyć…

  9. Alejanddro pisze:

    Prosze! Jak na zawołanie Mewka 40 punktów zdobywa :) Gdyby nie to że Pelicans słabo stoją i o nic właściwie już nie walczą to bym się pokusił na obejrzenie ich parę meczy. A co z Odenem, każdy się nim jarał, oglądałem ostatnio ze 2 czy 3 mecze Heat i chyba nawet parkietu nie powąchał… No może ze Spurs coś było…

  10. manofthehour pisze:

    Nie zgadzam się z tą tezą. W ostatnich latach stała się zbyt komercyjna. Prawda jest taka, że pozycja centra wcale nie jest tak beznadziejna jak się mówi i nie jest problemem wyhaczyć w lidze chociaż 10 centrów, którzy mają OGROMNY wpływ na rezultaty swojego zespołu. Po prostu zmieniło się trochę ich zastosowanie, rola, ale wyobraźcie sobie Indianę bez Hibberta, Rockets bez Howarda, Memphis bez Gasola (to zresztą było nawet widać), Pistons bez Drummonda czy Kings bez Cousinsa (kompletne dno?). Teraz odpowiedzcie sobie jeszcze raz na pytanie czy pozycja centra to takie wielkie brązowe gówno.

    W ostatnich latach do ligi weszli świetnie wyszkoleni technicznie Cousins i Monroe, do tego dochodzi fenomenalny Drummond i nadchodzą utalentowani Embiid i Okafor. Teza, że pozycja centra to gówno jest bardzo naciągana i mainstreamowa.

    • Finley pisze:

      To raczej potwierdza moją tezę, że pozycja centra jest najważniejsza w całej lidze, a nie wielkość tych graczy. Może z wyjątkiem Howarda.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *