Do dwóch razy sztuka, Howard wychodzi zwycięsko z potyczki z Lakers

rockets-logoDługo trwało zanim James Harden po zmianie barw klubowych pokonał swój były zespół (Thunder). Dwightowi Howardowi zajęło to o jeden mecz mniej, gdyż wczorajszy mecz na linii Lakers – Rockets był drugim starciem tych ekip w tym sezonie. O ile w przypadku „brodacza” upokorzenie swego byłego pracodawcy miało wymiar czysto sportowy, tak wczorajsza wygrana Houston 113:99 ma dla środkowego Rakiet na pewno znaczenie osobiste.

Pierwszy mecz tych drużyn w tym sezonie wygrali Jeziorowcy, którzy to 7 listopada wygrali w Toyota Center  99:98. Sam fakt porażki z pewnością dawał zawodnikom z Teksasu dodatkowy bodziec do walki o wygraną przed wczorajszym meczem. Ciężko jednak stwierdzić, że mimo wyraźnie lepszego bilansu, to Rakiety były faworytem do zwycięstwa.  Listopadowy mecz pokazał, że rywalizacja obydwu tych ekip przynosi często zaskakujące rozstrzygnięcia.

Wczorajszy mecz w Houston oba zespoły grały bez kilku ważnych graczy. W Lakers nie mogli zagrać Steve Nash, Kobe Bryant, Steve Blake oraz Jordan Farmar.  W zespole Rockets z powodów kontuzji poza składem byli: Patrick Beverly, Greg Smith, Omer Asik oraz Chandler Parsons. Lista nieobecnych zatem po obu stronach była dość spora.

Przyznam się, że dziwny system rotacyjny prowadzi Kevin McHale. Z powodu urazu prawego kolana nie mógł korzystać z usług wspomnianego powyżej Parsonsa, a w jego miejsce w pierwszej piątce wystawił … Ronnie Brewer’a, który wcześniej na parkiecie spędził łącznie 78 minut i wydawał się być przyklejony do ławki rezerwowych..

Początek spotkania to bardzo wyrównany mecz. Podobać się mogła gra Kendalla Marshala, który ciekawie rozgrywał i w pierwszych 5 minutach zaliczył trzy asysty. W tym czasie jego drużyna zaczęła obejmować niewielkie prowadzenie. Zawdzięczają to skuteczności w ofensywie, ale też twardej obronie pod swoim koszem. Dwa bloki na Howardzie, w wykonaniu Roberta Sacre oraz Pau Gasola, przełożyły się na punkty dla Jeziorowców i w sumie można stwierdzić, że ich koszykówka wyglądała atrakcyjniej dla oka w tym czasie. Końcówka pierwszej odsłony należała jednak już do Dwighta Howarda i Jamesa Hardena. Obaj wzięli na siebie odpowiedzialność za grę w ataku i poskutkowało to szybkim niwelowaniem strat.

Czteropunktowe prowadzenie LA z I kwarty w dalszym etapie meczu szybko się powiększyło. Ciekawy basket w tym czasie zaprezentował Nick Young. Napędzał on grę ofensywną Kalifornijczyków i na tle rezerwowych Rockets wyglądał bardzo dobrze. W pewnym momencie dystans dzielący oba zespoły sięgnął 9 pkt, a inicjatywę w zdobywaniu punktów w obozie gości przejął Pau Gasol, który pierwszą połowę zakończył z 15 pkt. Podopieczni McHale’a wyglądali w drugiej ćwiartce dość niemrawo i zupełnie nie mogli znaleźć rytmu gry. Większość akcji kończyli po indywidualnych zagraniach i wyraźnie brakowało symbiozy między poszczególnymi graczami. Zasłużenie przegrywali po 24 minutach 52:57.

Nie wiem co się działo w szatni gospodarzy w przerwie, ale po niej wybiegli na boisku podwójnie zmotywowani, co udokumentowali niezwykle agresywną i skuteczną koszykówką. Zaowocowało to serią 17-2 i szybkim objęciem wysokiego prowadzenia. James Harden mijał swym charakterystycznym dwutaktem kolejnych rywali niczym tyczki, a jego rzutu dystansowe całkowicie odbierały chęć gry kryjącym go defensorom Lakers. Lider Rakiet w samej trzeciej kwarcie zdobył aż 17 pkt (na 33 całej drużyny), podczas, gdy oponenci w tym czasie zdołali uzbierać w sumie 15 oczek. Bardzo dobrze w walce na desce prezentował się Terrence Jones, który w tym elemencie wyglądał lepiej od samego Howarda. Rakiety wrzuciły po przerwie szósty bieg i całkowicie zmiotły z parkietu rywali z Miasta Aniołów. Po 36 minutach było 85:72 dla Teksańczyków.

Ostatnia kwarta nie odmieniła już losów meczu. Mimo wszelkich starań ze strony Gasola i Younga, ich zespół wyraźnie nie miał wystarczającej jakości, żeby móc tego dnia zaszkodzić przeciwnikom.  Ekipa z Houston całkowicie kontrolowała grę i akcjami w wykonaniu zwłaszcza duetu Harden – Howard dorzucała do swego dorobku następne punkty. Nie mógłbym zapomnieć o wyróżnieniu Chrisa Kamana.  Zawodnik Lakers zapisał się w statystykach tym, że w przeciągu 6 minut zaliczył pięć fauli i to wcale nie za sprawą jakiejś agresywnej gry… na koniec Mike D’Antoni zafundował nam Hack-a Howard,  ale jedyne co tym zyskał to zanudzenie kibiców zebranych w Toyota Center. Prowadzenie Rakiet nie ulegało zmianie. W taki o to mozolny i mało interesujący sposób dotarliśmy do końcowej syreny. Houston lepsi od Lakers 113:99.

Głównym elementem, który zadecydował o wygranej gospodarzy był oczywiście James Harden, który to rzucił w całym meczu 38 pkt i został pierwszym graczem od czasów Hakeema Olajuwona, który w trzech meczach pod rząd zdobył co najmniej 37 oczek. (Olajuwon dokonał tego w sezonie 1994-95).  Lider Rakiet szalał zwłaszcza w trzeciej kwarcie, która okazała się kluczowa z perspektywy przebiegu całego meczu. Dwight Howard zagrał także bardzo dobre zawody i swymi 20 pkt i 13 zb bardzo pomógł swym kolegom w uzyskaniu korzystnego wyniku. Obok Howarda double-double w zespole Houstończyków uzyskał Terrence Jones (15 pkt i 13 zb).

Trener Lakers po spotkani narzekał na nadmierną liczbę strat:

„Our turnovers are killing us. We’re just not taking care of the ball. We get slow. We get methodical. We get stuck in the mud in the second half, and we’ve got to do a better job.” – powiedział.

Ciężko nie przyznać mu racji, gdyż 18 strat jego podopiecznych przełożyło się na 26 pkt dla rywali. Nie najlepiej ekipa z Kalifornii radziła sobie również z powrotem pod własny kosz, gdyż aż o 10 pkt więcej od rywali stracili po szybkich kontrach Rockets.

Nick Young był najskuteczniejszym graczem w obozie przyjezdnych. Jego łupem padło 25 pkt (FG 10-20). Pau Gasol dorzucił do dorobku Jeziorowców 21 pkt i 12 zbiórek. Najlepiej podającym w szeregach klubu z Los Angeles był Kendall Marshall. Zaliczył on 8 asyst, ale bardzo wiele do życzenia pozostawiała jego skuteczność z gry. Na 13 rzutów trafił ledwie 2 (1-6 za 3 pkt)

Oba zespoły najbliższe mecze zagrają 10 stycznia. Lakersów czeka derbowe spotkanie z Clippers, a podopieczni Kevina McHale’a w najbliższy piątek odwiedzą Atlantę, a zatem rodzinne miasto Dwighta Howarda. Supermana czeka zatem kolejna sentymentalna podróż w czasie…

 

LOS ANGELES LAKERS (14-22) – HOUSTON ROCKETS (23-13) 99:113

(28-24, 29-28, 15-33, 27-28)

N. Young 25 pkt, P. Gasol oraz J. Meeks po 21 pkt – J. Harden 38 pkt, D. Howard 20 pkt, T. Jones 15 pkt

[youtube=http://youtu.be/B41EC4q6bYw&w=585]

Paweł Kołakowski

Od lat wierny kibic Houston Rockets i wielbiciel Charlesa Barkleya (głównie z czasów gry w Suns). Wychowany na transmisjach NBA w TVP2 wspominający z łezką w oku te godzinne transmisje w piątkowe popołudnia z komentarzem Szaranowicza i Łabędzia :). Ahh te lata 90-te :)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *