Udany występ Howarda przeciw swej byłej drużynie

rockets-logoKonfrontacja Dwighta Howarda z Orlando Magic, a więc drużyną, w której „Superman” rozpoczynał swoją karierę w NBA, z pewnością dziś już tak nie elektryzuje jak jeszcze rok temu. Po odejściu swojej ex-gwiazdy Magic wyraźnie polecieli w dół i to było też widać dzisiejszej nocy. Houston bez większych problemów  pokonało bowiem rywali z Florydy 98-88.

W drużynie z Orlando na pierwszy rzut oka rzucał się brak Nikoli Vucevica, a więc jednego z najlepiej zbierających graczy w NBA. Siła pod koszem w rywalizacji z Rockets jest niezbędna ze względu na postać wspomnianego Howarda, a co za tym idzie Magicy przystąpili do tego spotkania wyraźnie osłabieni.

Początek jednak wcale tego nie wskazywał i podopieczni Jacque Vaughn’a  bardzo dobrze weszli w mecz. Już po czterech minutach prowadzili 9:2 dzięki bardzo dobrej grze zespołowej, a także przy wsparciu liderów ekipy przeciwnej, którzy chybiali kolejne rzutu. Rockets załapali rytm dopiero po czasie, który na osiem minut przed końcem I kwarty wziął Kevin McHale. Jak już to zrobili postanowili zafundować graczom z Florydy małe piekło i trafili siedem kolejnych rzutów za trzy punkty. W ten oto prosty sposób ofensywna maszyna Rakiet została rozbudzona i i na niecałe trzy minuty przed finałem pierwszej odsłony było już 25:12 dla gospodarzy.  Magic chyba tym niesamowitym zrywem oponentów zostali mocno oszołomieni, gdyż swoją dalszą grą przypominali boksera, który dostał mocny cios w twarz i bardziej niż o atakowaniu przeciwnika myśli o tym jak bu tu nie upaś na ring…

Tak właśnie wyglądała dalsza część meczu. Wyraźnie zranieni Magicy jakby bali się zadawać kolejne ciosy, a Rakiety zadowolone z prowadzenia oscylującego w granicach starały się kontrolować mecz. Co prawda na początku 2 kwarty po trójce E’twana Moore’a zrobiło się tylko 25:28, ale potem wszystko szybko wróciło już do normalności. Z jednej strony słabo grał Victor Oladipo, którego kolejne rzuty nie dochodziły celu, a z drugiej pewnością siebie przy rozgrywaniu i zdobywaniu punktów emanował James Harden, który był wyraźnie postacią numer jeden w obozie Teksańczyków.  Pod koniec drugiej ćwiartki przebudził się z lekkiego letargu także Dwight Howard, który przypomniał o sobie trenerowi Vaugh’nowi. Po 24 minutach było 52:38 dla Houston.

Wspomniałem wyżej o Howardzie i Vaugh’nie, gdyż w zeszłym sezonie, kiedy to Lakers przyjechali do Orlando coach Magic z uporem maniaka kazał stosować swym zawodnikom taktykę Hack-a-Howard. Zaowocowało to najbrzydszym meczem w NBA jaki kiedykolwiek widziałem i oglądając dzisiejsze spotkanie o dość późnej porze czasu polskiego bałem się, że otrzymam podobny środek usypiający od szkoleniowca Magików.    

Z czasem jednak przewaga Rakiet rosła i przyjezdni szybko chyba stracili wiarę w wygraną w tym meczu. Druga połowa zaczęła się od popisów duetu Harden-Howard i szybko zrobiło się 58:42. Gracze ze środkowej Florydy byli absolutnie bezradni i raczej już myśleli o tym, żeby jak najszybciej zejść do szatni. Czasem tylko dawali upust swej frustracji w postaci nieładnych fauli, w których lubował się Glen Davis.

Z drugiej strony koncert gry kontynuował James Harden. Zdobywał punkty, podawał, mobilizował kolegów. Robił wszystko, żeby jego partnerzy nie stracili koncentracji i nie oddali przewagi rywalom. Sami wiecie, że Rakietom takie rzeczy często się zdarzają, ale w starciu z Magic nic takiego nie miało miejsca.  Wprawdzie 20 punktowe prowadzenie stopniało w sumie jedynie do 10 pkt, ale ten 10 pkt pułap został osiągnięty przez gości na 6 minut przed końcową syreną po trójce Jameera Nelsona i przez kolejne minuty już nic nie uległo zmianie. Ani zawodnicy Orlando nie rozpoczęli jakiejś szaleńczej gonitwy, ani też Rakiety nie traciły głupio piłek. Wręcz przeciwnie – pewnie panowali nad tym co się dzieje na parkiecie Toyota Center i w bardzo dojrzały sposób dowieźli wynik do końca. Efektem było zwycięstwo Houstończyków 98-88.

W ekipie z Orlando bardzo widoczna była absencja Vucevica, gdyż na „desce” szalał Dwight Howard nie mając godnego konkurenta po stronie przeciwnej. Najlepiej powyższe stwierdzenie udokumentuje fakt, że najlepiej zbierającym koszykarzem Magików był Arron Affalo z dorobkiem 9 zbiórek. Rockets ogólnie zdominowali tablicę mając na koniec meczu 17 zebranych piłek więcej.

Bardzo dobre zawody rozegrał Howard, który wykręcił imponujące double double w postaci 20 pkt oraz 22 zbiórek. Podwójny wynik w dwóch kategoriach zanotował także James Harden. Dzięki 27 oczkom był najlepiej punktującym graczem w swym zespole, a za sprawą 10 asyst został również najlepiej podającym w ekipie z Houston. Ciekawostką jest, że gdyby nie 9 pkt Patricka Beverly’ego to każdy z zawodników wyjściowego składu Rockets przekroczyłby granicę 10 pkt. Prócz wspomnianych Hardena i Howarda dobrze spisywali się dwaj młodzi gracze gospodarzy: Chandler Parsons i Terrence Jones. Pierwszy zdobył 18 pkt, a kuzyn Damona Stoudamire’a zakończył mecz z 16 pkt i 13 zbiórkami (trzecie double-double w ekipie Rockets).

Jeśli miałbym wyróżnić kogoś w zespole to byłaby to E’twane Moore. Gracz ten z ławki zdobył 12 pkt oraz zebrał pięć piłek.  Widać, że chciał on bardzo dobrze wypaść w rywalizacji z Houston. Na pewno motywował go dodatkowo fakt, że kiedyś dzisiejsi rywale zwolnili go dwa lata temu po czym trafił właśnie na Florydę. Przyzwoite statystyki po spotkaniu miał też „Baby” Davis, który rzucił przeciwnikom 18 pkt i zebrał 6 piłek. Wspomniany Affalo dodał do dorobku Magików 16 oczek, ale grając na bardzo przeciętnej skuteczności (FG 6-17).

Drużyna z Orlando prosto z Teksasu leci teraz do Memphis, gdzie zagra już dziś spotkanie z miejscowymi Grizzlies. Rakiety natomiast szykują się na szlagierowe spotkanie z obecnie najlepszą ekipą na Zachodzie – Portland Trail Blazers. Odbędzie się ono w czwartek w Moda Center.

ORLANDO MAGIC (6-14) – HOUSTON ROCKETS (15-7) 88-98

(18-28, 20-24, 23-31, 27-15)

G. Davis 18 pkt, A. Affalo 16 pkt (9 zb), J. Nelson 15 pkt – J. Harden 27 pkt, D. Howard 20 pkt (22 zb), Ch. Parsons 18 pkt

[youtube=http://youtu.be/k7gh_u_SL0w&w=585]

 

 

Paweł Kołakowski

Od lat wierny kibic Houston Rockets i wielbiciel Charlesa Barkleya (głównie z czasów gry w Suns). Wychowany na transmisjach NBA w TVP2 wspominający z łezką w oku te godzinne transmisje w piątkowe popołudnia z komentarzem Szaranowicza i Łabędzia :). Ahh te lata 90-te :)

1 Odpowiedź

  1. Truflak pisze:

    Rockets dla mnie nie są kandydatem na mistrza, przejdą pierwszą rundę PO i skończą na drugiej. Ta drużyna jest „bezpłciowa”, jedynym graczem który się wyróżnia jest Parsons, lubię gościa, porządny grajek. Zobaczymy co będzie z Jones’em, za wcześnie by cokolwiek o nim powiedzieć. Harden wiadomo trzyma zazwyczaj poziom, ale zdarzają mu się wpadki jak ostatnio 0-10(!) FG 3pt. Howard nie ma mentalności zwyciężcy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *