Fatalni Warriors, znakomity Harden – Rockets lepsi od ekipy z Oakland

houston-rockets-logoDwie porażki z rzędu, Howard bez bloku od 4 gier, Harden seryjnie chybiający trójki i kontuzje czołowych graczy – nie działo się najlepiej w ostatnich dniach w ekipie z Houston. Okazja do rewanżu za wszystkie wcześniejsze niepowodzenia nastąpiła w starciu z ekipą Golden State Warriors i jak najbardziej okazałą się udana. Rakiety pokonały rywali z Oakland 105-83.

W obozie z Houston wszystkie oczy przed meczem były skierowane w stronę lekarzy, którzy mieli podjąć decyzję dotyczącą występu Chandlera Parsonsa. Skrzydłowy Rockets z powodu urazu pleców opuścił ostatnie dwa mecze, a jego koledzy za każdym razem w trakcie jego nieobecności schodzili z parkietu pokonani. Warto też pamiętać, że z kontuzjami kolana zmagają się Jeremy Lin oraz Greg Smith, a Omer Asik narzeka na ból mięśni w prawym udzie. W zespole przyjezdnych nadal niezdolny do gry jest Andre Iguodala.

Ostatecznie Parsons znalazł się w wyjściowym składzie, co można było uznać za dobry omen.

Początek meczu został wyraźnie zdominowany przez gospodarzy. Jednak o ile pierwsze pięć minut wyglądało w miarę na wyrównaną walkę to dalsza część tej odsłony to była istna masakra ekipy Wojowników. Po rzutach osobistych Stephena Curr’ego na 6:57 przed zakończeniem I kwarty Rockets prowadzili 14-8. Później goście rzucili w tej ćwiartce jedynie cztery punkty, a po stronie graczy Kevina Mchale’a ciężar gry wzięli na siebie James Harden oraz Dwight Howard.

Szybkie odskoczenie rywalom na niemal 20 punktową przewagę to także efekt fatalnej skuteczności z gry. Wojownicy nie trafiali praktycznie z żadnej pozycji, chociaż trzeba przyznać, że defensywa Houstończyków miała w tym swój udział. Nie od dziś jednak wiadomo, że Kalifornijczycy żyją rzutami z dystansu, a jeśli te zawodzą to ciężko im powalczyć z rywalami.

W ekipie Rockets szalał Harden, który robił z rywalami co chciał. Jego kolejne wejścia pod kosz ośmieszały obrońców drużyny Golden State, a swoje layup’y brodacz wykonywał z niebywałą łatwością. Rywale nijak nie mogli powstrzymać lidera klubu z Toyota Center.

Przewaga, którą wypracowali sobie podopieczni McHale’a utrzymała się już do końca meczu. Średnio oscylowała ona w granicach 20 pkt, choć najwyższe prowadzenie uzyskane przez Teksańczyków wynosiła 28 pkt.

Wobec indolencji rzutowej z dystansu i półdystansu zaskakująco łatwo goście oddali rywalom tez strefę podkoszową. Miało to miejsce zarówno w obronie jak i ataku. Za sprawą duetu Harden – Howard Houstończycy zdobyli niemal dwadzieścia punktów więcej od podopiecznych Marka Jacksona z „pomalowanego pola”. Patrząc na tą statystykę oraz końcowy wynik łatwo można wywnioskować przyczyny porażki zespołu z zachodniego wybrzeża USA. Jednak oczywiście nie jest to jedyny powód przegranej Wojowników. Za sprawą „Supermana” Rakiety zdominowały także „deskę” zbierając niemal o 10 piłek więcej od oponentów. Przy bardzo słabej skuteczności z gry Teksańczycy odbierali rywalom szansę ponowienia akcji, co w efekcie kończyło się szybkim transition offense i efektownymi punktami gospodarzy.

Warto też zwrócić uwagę na postawę Dwighta Howarda w tym meczu. Po pierwsze bardzo dobrze był kreowany przez kolegów z drużyny i stąd spora łatwość w grze ofensywnej tego gracza. Ja jednak chciałem podkreślić, że to był chyba pierwszy mecz Rakiet, gdzie można stwierdzić, że środkowy Rockets wspólnie z Hardenem wzięli na siebie odpowiedzialność za wynik. Pokazali, że są w stanie razem decydować o zwycięstwach, a to cholernie ważny aspekt i spory krok do przodu ekipy prowadzonej przez coach McHale’a. Widać, że zaczyna to wszystko dojrzewać.

Fatalne zawody zaliczył Andre Bogut, który nie istniał przy Howardzie. Także znany z waleczności na tablicy David Lee nie miał zbyt wiele do powiedzenie przy łapaniu piłek po niecelnych rzutach. Sam Howard zakończył spotkanie z 18 zbiórkami, a Lee z Bogutem w sumie zebrali 8 piłek. (5 + 3 zb).

Gdyby udało się ekipie z Oakland z większym sercem powalczyć na desce to myślę, że sprawa wyniku byłaby bardziej otwarta, gdyż Rakiety wcale nie grały na rewelacyjnej skuteczności. Bardzo średni wynik 44% celnych rzutów wynikał z dużej ilości celnych rzutów spod kosza. Fatalna obrona i brak skuteczności na tablicach były decydującym aspektem o wyniku z perspektywy Warriors.

Najlepszym strzelcem gości okazał się Steph Curry, który uzbierał 22 pkt. Jednak także jego dopadła strzelecka niemoc, gdyż trafił tylko jedną trójkę na pięć prób, a aż 11 pkt ( a więc połowę ze swego dorobku zdobył z linii rzutów wolnych).  Curry z 5 asystami okazał się także najlepiej podającym w swej ekipie.

Dla Rockets 34 pkt zdobył James Harden i tym samym był najskuteczniejszym graczem Teksańczyków. Dwight Howard zakończył zawody z imponującym wynikiem 22 pkt oraz 18 zbiórek, kompletując tym samym double-double. Wracający po kontuzji Parsons zdobył 8 pkt oraz pięciokrotnie otwierał swoimi podaniami kolegom drogę do kosza rywali.

Ostatecznie po bardzo jednostronnym widowisku Golden State Warriors przegrywają w Toyota Center 83-105.

W najbliższą niedzielę Rockets zmierzą się we własnej hali z Orlando Magic, a pokonana dziś ekipa z Kalifornii już w sobotę zagra w Memphis.

GOLDEN STATE WARRIORS (11-9) – HOUSTON ROCKETS (14-7) 83-105

(12-31, 25-30, 29-26, 17-18)

S. Curry 22 pkt (5 as), H. Barnes 14 pkt (7 zb), K. Bezamore 12 pkt – J. Harden 34 pkt, D. Howard 22 pkt (18 zb), T. Jones 16 pkt (10 zb)

[youtube=http://youtu.be/o9h5YxPXPhs&w=585]

Paweł Kołakowski

Od lat wierny kibic Houston Rockets i wielbiciel Charlesa Barkleya (głównie z czasów gry w Suns). Wychowany na transmisjach NBA w TVP2 wspominający z łezką w oku te godzinne transmisje w piątkowe popołudnia z komentarzem Szaranowicza i Łabędzia :). Ahh te lata 90-te :)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *