Pistons wyszarpali wygraną na Brooklynie, ile cierpliwości ma zarząd Nets?

Nie takiego początku sezonu spodziewali się kibice Nets. Kontuzje, kontuzjami, ale z każdą kolejną porażką Jason Kidd znajduje się w coraz głębszym dole. Czy Prokhorov będzie miał wystarczająco dużo cierpliwości?

Dzisiejsze spotkanie miało dwóch bohaterów. Gości do zwycięstwa poprowadził zmiennik – Rodney Stuckey, który w 31 minut na boisku trafił 10/16 z gry i zakończył wieczór z 27 punktami i 6 asystami. Gospodarzy w grze próbował utrzymywać Joe Johnson (34 punkty, 8/10 z dystansu), ale miał ewidentnie zbyt małe wsparcie partnerów.

Drużyna Bilans I kw. II kw. III kw. IV kw. Wynik
Detroit Pistons 5-8 23 21 34 31 109
Brooklyn Nets 3-10 19 32 15 31 97

Przebieg spotkania

Nie będąc złośliwym, miałem problemy z przestawieniem się z koszykówki a’la Spurs na to co fundowali nam Pistons z Nets.

Pierwsze minuty wyglądały jakby każdy gracz próbował po kolei pokazać swoje ulubione (niekoniecznie najbardziej skuteczne) zagrania. Mieliśmy więc złe rzuty Jenningsa (nieskuteczne floatery), głupie Smitha (półdystans i dystans), forsowane akcje Pierce’a czy brak konsekwencji Livingstona (wyższy o pół głowy od BJa).

W tej koszykówce lepiej odnajdywali się jednak gospodarze, którzy po kilku minutach zbudowali 4-6 punktowe prowadzenie. Taka sytuacja nie trwała jednak długo. Pistons wprowadzili z ławki Stuckey’a, a ten od razu zdobył 4 punkty. Po chwili dołączyli do niego Singler i Villanueva, a ci powalczyli na atakowanej desce i dołożyli kolejne oczka by goście wyrównali stan gry, a nawet wyszli na prowadzenie.

Poza nimi mogła się podobać gra Grega Monroe (dobre, klasyczne ruchy podkoszowego), a z drugiej strony to jak przewagę siły, wzrostu i doświadczenia wykorzystywał Joe Johnson. W końcówce kwarty przebudził się Paul Pierce. Dzięki jego ofensywie i ożywieniu innych podopiecznych Kidda przed zmianą stron tablica wskazywała 51-44 dla gospodarzy.

Pistons dobrze rozpoczęli trzecią kwartę i po kilku punktach z pomalowanego zbliżyli się na dystans jednego oczka, a trener Kidd musiał poprosić o przerwę. Po chwili było już +4, a Nets nie tylko raz za razem tracili piłkę, ale również pozwalali na kolejne zbiórki w ataku. Goście nie robili nic specjalnego. Po prostu atakowali obręcz i walczyli, a mimo to na tle Nets wyglądali jak kandydat do tytułu. Przed ostatnią odsłoną było już +12 dla zawodników z Mo-Town.

Kidd próbował coś zmienić wpuszczając na boisko kolejnych zmienników licząc na to, że przynajmniej podejmą fizyczną walkę. Niestety dla miejscowych kibiców (kilka razy dało się usłyszeć buczenie) nie zmieniało to wyniku i obrazu gry.

Świetnie w kwarcie (tak jak w całym spotkaniu) prezentował się Stuckey. Kolejny raz w tym sezonie okazuje się najbardziej efektywnym partnerem na obwodzie Jenningsa. Z drugiej strony do szarży zerwał się Mirza Teletovic po którego trzech celnych rzutach z dystansu przewaga Pistons spadła do 9 oczek.

Nets próbowali nawet taktyki hack-a-Drummond (umyślne faulowanie bardzo słabo rzucającego wolne centra Pistons). Andre trafił co prawda tylko 1 na 4 próby, ale pod drugim koszem Nets nie radzili sobie wcale lepiej i wynik cały czas oscylował wokół 10 punktów różnicy.

Ostatnią próbę podjął Joe Johnson. Weteran nie tylko trafiał raz za razem z dystansu (8 celnych „trójek” – rekord kariery), ale także wymuszał przewinienia gości i przy 2 min 30 sek na zegarze było tylko 98-92.

Pistons wytrzymali. Wsad Drummonda i wolne Smitha odbudowały przewagę, którą podopieczni Cheeksa dowieźli już do końca.

Problemem Nets jest to, że mają na boisku tyle utalentowanych graczy, że w ataku praktycznie każdy z nich może rzucić z każdego miejsca na boisku. To powoduje, że zamiast dzielić się piłką, koncentrują się na akcjach indywidualnych i własnych rzutach – tłumacząc to na zasadzie – „podam w prawo to rzucą i znowu obrona, podam w lewo to rzucą i znowu obrona, …”. Dobrze to widać choćby po grze Paula Pierce’a, który w Bostonie nie miał problemów z tym by odegrać do Rondo, KG czy Greena. Tam jednak wiedział, że na końcu to on ma najlepszy rzut i to do niego trafi piłka w potrzebie. Tutaj tego nie ma. Wszyscy chcą mieć jak najlepsze wyniki w boxscore zamiast patrzeć na wyniki zespołu. Tak niestety nie da się wygrywać.

Nie myślcie jednak, że Pistons nie mają swoich problemów. Ich rozgrywający (Jennings) i skrzydłowy (Smith) grają długimi okresami tak jakby jedyną rzeczą w ich głowie był sznurek trzymający uszy. Tutaj również uwaga do Mo Cheeksa – jego rolą jest opanowywanie ich zapędów, a nie bezczynne czekanie na to co przyniesie los.

Pozostałe notatki:

  • Statystyczne uwagi:
    • Pistons wygrali klasyfikację punktów w pomalowanym aż 56 do 22.
    • Zbiórki + 9 dla przyjezdnych
    • Straty: 9 – 17 również na korzyść gości
    • Punkty w szybkim ataku: 13-5 (wiadomo dla kogo)
  • Jason Kidd wciąż wygląda na zagubionego na ławce Nets.
  • Andre Drummond jest maszynką do zbiórek. Dodatkowo w przeciwieństwie do większości swoich kolegów jest świadomy swoich ułomności w ataku.
  • Do połowy trzeciej kwarty Paul Pierce był jedynym graczem Nets, który stanął na linii rzutów wolnych.
  • Stuckey przynajmniej dwa razy uratował piłkę wychodzącą za boisko z pełnym poświęceniem. Tak się gra w swoim kontraktowym sezonie.
  • Tyshawn Taylor dobrze wykorzystuje szansę na pokazanie się pod nieobecność Williamsa.
  • Kyle Singler wygląda w tej chwili jak blond T-Bag z serialu Prison Break

Boxscore

Pistons: Monroe 18 (11zb), Smith 13 (8zb), Drummond 9 (10zb), Jennings 14 (10ast), Caldwell-Pope 5, a także Mitchell 0, Harrellson 4, Villanueva 8, Singler 11 (6zb), Siva 0, Stuckey 27 (6ast)

Nets: Garnett 4 (9zb), Pierce 19, Blatche 10, Livingston 4 (7ast), Johnson 34, a także Teletovic 9, Plumlee 5, Evans 1 (5zb), Shengelia 0, Taylor 3, Anderson 7

Mateusz Babiarz

Manager i biznesmen, a po godzinach pasjonat NBA. Od lat kibic San Antonio Spurs i Philadelphia 76ers. Fan Popovicha, ostrej gry dawnych Pistons i fryzur Andrew Bynuma.

4 komentarze

  1. realista pisze:

    Chyba juz najwyższy czas, aby podziękować za pracę Kiddowi. Lionel Hollins jest do wzięcia!

  2. VDL pisze:

    Nie wiem czemu tak jest ale jak widze Livingstona na parkiecie to mam odruch wymiotny….

  3. Mariusz pisze:

    Jestem bardzo zawiedziony grą Nets. Zarówno obroną, ale chyba jeszcze bardziej atakiem. Tam poza izolacjami nie ma kompletnie żadnego pomysłu na grę. W ogóle nie ma szybkiego ataku i to nie jest tylko spowodowane wiekiem zawodników, że nie biegają. Nie ma systemu gry. Słabo to wygląda.
    Co do reszty zawodników Livingstone gra słabo, ale najbardziej jestem zawiedziony grą Garnetta. Pierce jeszcze coś gra, ale Garnett snuje się po boisku i nie potrafi trafiać nawet prostych rzutów z 2-3 metrów do kosza. Duncan jakoś się zakonserwował, ale Garnett wygląda żałośnie.

  4. VDL pisze:

    Livingston to jakas czarna rozpacz w bialy dzien… naprawde Bez produktywny na obwodzie, punktujacy mam czasem wraznienie na sile wrecz. Na miejscu Kidda chyba sam bym wszedl na boisko zamiast zapychac nim roster. Jezeli chodzi wogole o Nets, to zobaczycie ze to nie bedzie lepiej wygladac. O ile doczlapia sie jakims cudem do PO to bedzie sukces. Tak jak Mariusz mowi, KG to cien samego siebie, Pierce porownujac nawet ostatni sezon do obecnego to ma tendencje spadkowa, w 3 ostatnich meczach ledwo 30% wycisnal. D-Will z kontuzja. Joe przygwiazdozyl 8/10 za 3pt ale co z tego… sam meczu nie wygra. Jednak Brooklyn wcale nie taki szczesliwy jest…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *