Rakiety wygrały po raz drugi

Houston Rockets wygrało drugi mecz z rzędu i jeszcze nie zaznało goryczy porażki. Chciałoby się powiedzieć, że Rakiety kontrolowały przebieg spotkania. W drugiej kwarcie dzięki zdominowaniu strefy podkoszowej przez Howarda, dobrym spacingu gospodarze wygrywali nawet 22 punktami. Jednak wprowadzona przez Ricka Carlisle obrona strefowa oraz taktyka „Hack-A-Howard” (lub Asik) sprawiały spore problemy drużynie Kevina McHale’a. Zwycięstwo uratował James Harden, który w trzeciej oraz czwartej kwarcie stanął na wysokości zadania i praktycznie samodzielnie poprowadził ofensywę Rakiet. W całym spotkaniu zaliczył 34 punkty, a w najważniejszym zagraniu wieczoru odesłał Nowitzkiego na ławkę z 6 przewinieniem. Po spotkaniu pozostaje jednak kilka pytań.

Drużyna Bilans I kw. II kw. III kw. IV kw. Wynik
Dallas Mavericks 1-1 22 28 22 33 105
Houston Rockets 2-0 38 23 24 28 113

Przebieg spotkania:

Pierwsza kwarta to popis sprawnej ofensywy gospodarzy. 38 punktów mówi samo za siebie. Mavericks nie potrafili przeciwstawić się podkoszowej dominacji Howarda, nawet mimo tego, że Omer Asik powędrował wcześnie na ławkę rezerwową zaliczając swoje drugie przewinienie w 51 sekundzie spotkania. Samuel Dalambert również musiał usiąść na ławce po drugim faulu i Dwight nie miał pod koszem rywala (9 zbiórek w pierwszej kwarcie, w tym 4 ofensywne). Dodatkowo zawodnicy Rakiet trafiali jak z nut. Brylował James Harden (12 punktów w pierwszej odsłonie) oraz Omri Casspi (8 punktów z ławki). Mavs nie potrafili również poradzić sobie w ofensywie. Słaby początek miał Nowitzki (w całym meczu tylko 6/15 z gry), a kompletnie zawiódł Jose Calderon (0/8 z gry!). Dość powiedzieć, że na 5:12 do końca pierwszej połowy drużyna z Houston wygrywała różnicą 22 punktów. Od tego momentu coś się jednak w grze Rakiet zacięło. Rick Carlisle szukając kolejnych wariantów taktycznych zdecydował się wprowadzić strefę. Efekt był natychmiastowy. Mimo dobrych pozycji rzutowych gospodarze nie potrafili wstrzelić się zza łuku i goście stopniowo zaczęli odrabiać straty. Do pracy zabrał się Monta Ellis, który w ciągu ostatnich 6 minut drugiej kwarty zdobył 10 punktów (w całym spotkaniu miał ich 20). Pierwsza połowa zakończyła się wynikiem 61-50 dla gospodarzy.

W trzeciej ćwiartce meczu przewaga gospodarzy bardzo długo oscylowała w okolicach 10 punktów. Rakiety wciąż nie mogły odzyskać swojego rytmu w ofensywie. Było to spowodowane również taktyką „hack-a-Howard„. Dwight spudłował pierwsze 4 rzuty z linii (w całym meczu 5/12). Po rzucie Dirka Nowitzkiego na 3:00 do końca przedostatniej kwarty spotkania Mavs zmniejszyli różnicę do 70-76 i Kevin McHale poprosił o czas. Od czego ma się jednak Jamesa Hardena. Brodacz w ciągu niespełna dwóch minut zdobył 7 punktów i Rakiety znowu odskoczyły na bezpieczną odległość kończąc tą odsłonę wynikiem 85-72.

Ostatnia ćwiartka wydawała się, że będzie formalnością. Po kolejnych udanych rzutach Francisco Garcii i Hardena gospodarze objęli prowadzenie 91-74. Jednak znowu w drużynie Rakiet nastąpił niespodziewany zastój. Przez blisko 4 minuty gracze z Houston nie zdobyli nawet punktu i ich przewaga znowu stopniała do 8 punktów (83-91). I właśnie w tym momencie Harden znowu pokazał klasę. Trafił w szybkim ataku dodatkowo wymuszając szósty faul Nowitzkiego. Z ekipy z Dallas w jednym momencie zeszło całe ciśnienie, a jak profesor zachowywał się Jeremy Lin raz po raz dostają się na linię rzutów wolnych. Po punktach Parsonsa na 4 minuty do końca spotkania przewaga gospodarzy znowu wróciła do 17-punktowych rozmiarów. McHale za szybko zdjął z boiska wszystkich starterów, a prawdziwe show urządził Joe Crowder trafiając w ciągu kilku minut 5 razy za 3 punkty! Nagle, na 24.4 sekundy do końca przewaga Rakiet stopniała do 105-110. Na szczęście celownik Crowdera rozregulował się w tym momencie i gospodarzom udało się dokończyć spotkanie.

 

Najlepsi na parkiecie Houston Rockets:

James Harden – 34 punkty, 11/17 z gry, 4/8 za 3 punkty

Jeremy Lin – 14 punkty, 4 asysty, 6 strat

Dwight Howard – 13 punktów, 16 zbiórek

 

Najlepsi na parkiecie Dallas Mavericks:

Dirk Nowitzki – 22 punkty, 6/15 z gry, 10/11 z rzutów wolnych

Monta Ellis – 20 punktów, 7/19 z gry, 5 strat

Joe Crowder – 15 punktów, 5/7 za 3 punkty

 

Zawiedli:

Jose Calderon – 0 punktów, 0/8 z gry

Vince Carter – 6 punktów, 2/8 z gry

Chandler Parsons – 9 punktów, 3/8 z gry, 0/5 za 3 punkty

 

Własnym okiem:

Dominacja Rockets w pierwszej kwarcie i połowie drugiej kwarty była całkowita. Nie widzę w tej chwili zespołu w NBA, który mógłby wyjść zwycięsko z takiej wymiany ciosów (może Warriors?). Okazuje się jednak, że stosując różne rozwiązania taktyczne spowalniające grę, nawet mające dzisiaj słabszy dzień ofensywnie Dallas sprawiło drużynie McHale’a sporo kłopotów. Nowitzki, Calderon i Ellis pudłowali dzisiaj wielokrotnie z bardzo łatwych pozycji, a gdyby nie rewelacyjne momenty Jamesa Hardena fanom z Houston przybyłoby wiele siwych włosów na głowie. A przecież Mavericks orłami w defensywie nie są. Jednak poza pierwszą tragiczną kwartą, po której na koncie gospodarzy znalazło się 38 punktów, w trzech kolejnych udało się zatrzymać ich na poziomie 25 punktów na kwartę, co jest wynikiem przeciętnym. Spotkania Rakiet mogą okazać się w tym sezonie bardzo często meczami szachów i to wcale nie błyskawicznych.

Teraz kilka rzeczy o drużynie Mavericks. Potwierdza się, że backcourt i jego defensywa może być bolączką tego sezonu. Mam wrażenie, że Rakiety nie wykorzystały w pełni możliwości Lina, który dzięki swojej szybkości nie miał żadnych problemów z przełamywaniem ich obrony. Podobnie Harden kilkakrotnie obnażył słabość w tym elemencie Monty Ellisa. Od razu widać jednak klasę trenera, który prawdopodobnie będzie stosował obronę strefową bardzo często w tym sezonie. Trzeba powiedzieć, że dzięki świetnym decyzjom Ricka Carlisle przy zaledwie 38% skuteczności swojego zespołu, długimi okresami gry Dallas utrzymywało się w grze. Po pierwszych dwóch spotkaniach trudno jest ostatecznie wyrokować, ale wydaje mi się, że ten team jest jakościowo lepszy niż w zeszłym sezonie. Dobre zmiany dali dzisiaj również rezerwowi – DeJuan Blair i Izraelczyk Gal Mekel. Jeżeli tylko będą mieć lepszy dzień w ofensywie, będą groźni dla każdego.

Marek Miłuński

Z racji swojego wzrostu typowy point guard, choć już na emeryturze. Po burzliwej karierze zdecydował się osiąść. Ma żonę i dwójkę synów, których już teraz wychowuje na przyszłego Chrisa Paula i Rajona Rondo (niestety przekazany materiał genetyczny nie rokuje na wyższy wzrost).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *