Z ławki rezerwowych: Zemsta najlepiej smakuje na zimno

„Ci, których zwą wojownikami, podejmują walkę, mając przed sobą jeden cel – zniszczenie wroga. Muszą się wyzbyć ludzkich odruchów i uczucia litości. Muszą zabić każdego, kto zechce im przeszkodzić (…)”*

Kevin Love, Tony Parker, Paul George, Blake Griffin, Carmelo Anthony, Tim Duncan, LaMarcus Aldridge, Dwyane Wade, Al Horford, Deron Williams, John Wall, Roy Hibbert, Joakim Noah, Chris Bosh, Derrick Rose, Kyrie Irving, Stephen Curry, James Harden, Dwight Howard, Chris Paul, Marc Gasol, LeBron James, Kevin Durant, Russell Westbrook.

24 zawodników. Patrząc na tę mieszankę widzę graczy już należących do najlepszych w historii koszykówki, zawodników wybitnych (James, Duncan), niesamowitych strzelców (Durant, Anthony), prawdziwych generałów na parkiecie (Parker, Paul), gracza, który w formie i zdrowy bez problemu powinien być w top 10 ligi (Wade) świetnych defensorów (Noah, Gasol), przyszłość ligi (Rose, Irving, Curry, Harden, Wall, Hibbert, Westbrook), kogoś, kto ma do udowodnienia, że dalej jest jednym z najlepszych rozgrywających w lidze (Williams), gracza nieco przecenianego (Griffin), wbrew pozorom trochę niedocenianych (Aldridge, Horford, Bosh), maszynkę do zbierania piłek (Love) oraz zawodnika o mentalności dzieciaka w ciele 27-latka (Howard).

Co mają ze sobą wspólnego? Wszyscy zostali umieszczeni w corocznym rankingu ESPN najlepszych zawodników w NBA przed Kobe Bryantem. Większość z nich ma już przypisane swoje miejsca za wyjątkiem ostatniej dziesiątki.

I powiedzcie mi teraz jedną rzecz. Do jasnej cholery, kto to oceniał?

Oczywiście, większość zawodników z tej listy słusznie i bez dwóch zdań znalazło się przed Bryantem w tym rankingu. Co do tego nie mam żadnych wątpliwości. Poza tym już dawno minęły czasy, kiedy Black Mamba był najlepszym graczem w lidze albo w pierwszej trójce. Ba, nie umieściłbym go teraz nawet w pierwszej piątce mimo tego, że to jeden z moich ulubionych koszykarzy w historii tej gry.

Jednak to dalej zawodnik na top15, mogę zaryzykować stwierdzenie, że nawet top10 ligi. Dwa lata temu w tym samym rankingu Kobe uplasował się na 7 miejscu, rok temu 6, a teraz 25! A kto znalazł się przed nim? Aldridge? Griffin? Horford? Williams? Wall? Hibbert? Bosh!? No, proszę. Ktoś naprawdę uważa, że ci gracze są lepsi od koszykarza Jeziorowców?

„Leżąc na tylnym siedzeniu i usiłując wyrwać kończyny z entropii… zobaczyłam twarze pizd, które mi to zrobiły i odpowiedzialnego za to chuja (…) (…)Gdy los się uśmiecha do czegoś tak krwawego i wrednego jak zemsta, czujesz, że Bóg nie tylko istnieje, ale że sama wypełniasz Jego wolę (…)”

Tak, zdaję sobie sprawę, że Kobe to już 35-latek i jest po najcięższej kontuzji w swojej karierze. I do końca nie wiadomo w jakiej formie wróci na parkiet. Czy będzie dalej w stanie grać na takim samym poziomie, jak co najmniej w ubiegłym sezonie, który notabene był jednym z jego najlepszych w karierze.

Nie wierzycie? Średnio 27,3 oczek na mecz. Tylko jeden zawodnik w historii ligi w tym wieku rzucał więcej punktów – Michael Jordan w sezonie 1997/98. Średnio 28,7 punktów.

Tylko dwa razy w historii NBA zawodnik rzucał średnio 24 punktów na mecz w swoim 16 sezonie lub później. Kto to? Tak, Kobe Bryant. 27,9 oczek w sezonie 2011/12 i 27,3 w poprzednich rozgrywkach.

Co więcej PER Bryanta (23) był najlepszy ze wszystkich zawodników w historii, którzy mieli w nogach 17 sezonów lub więcej. Nawet tacy wybitni gracze jak Kareem Abdul-Jabbar (22,7), Shaquille O’Neal (22,3) czy John Stockton (22,3) nie byli pod tym względem lepsi. Ponadto przez ostatnie 11 sezonów zawsze był w piątce najlepszych strzelców w lidze. Który z wymienionych na początku zawodników dokonałby czegoś podobnego?

Jakby tego było mało Kobe rzucał na najlepszej skuteczności z gry od 4 lat, najlepiej za trzy od 3 lat, najlepiej za dwa w całej karierze, jego eFG % był najlepszy w karierze, zbierał najwięcej piłek od 5 lat, rozdawał najwięcej asyst w karierze, nie wspominając już o tym, że pod koniec sezonu ciągnął na własnych barkach wózek o nazwie Lakers, grając prawie przez 48 minut, byle tylko Jeziorowcy weszli do play offs. Niewielu stać na takie poświęcenie.

I mimo tego wszystkiego Bryant znalazł się na 25 pozycji w rankingu? Jak? Dlaczego? Nie wiem, naprawdę nie wiem.

Kontuzja ma być wytłumaczeniem? Przepraszam, ale np. taki Derrick Rose po zerwaniu więzadeł krzyżowych w lewej nodze i niewyznaczonej dacie powrotu, w tym samym rankingu rok temu znalazł się na 5 pozycji. Coś tu chyba jednak jest nie tak.

„Ta kobieta zasługuje na zemstę, a my zasługujemy na śmierć…”

Kobe nie skomentował jeszcze rankingu ESPN. No może nie skomentował tego słowami. Za to zmienił jedynie swój avatar na twitterze na „1225”. Jestem przekonany, że to jego reakcja na oba rankingi ESPN z tego roku. 12 odnosi się do pozycji Lakers na koniec sezonu w Konferencji Zachodniej, z kolei 25 do jego miejsca w rankingu indywidualnym.

Zresztą ten pierwszy został już oceniony przez Bryanta.

Poza rankingiem ESPN liczba ta może odnosić się także do daty powrotu Kobego na parkiet, czyli 25 grudnia, w dzień Bożego Narodzenia. Wtedy Lakers na własnym parkiecie zagrają z Miami Heat.

Niezależnie jednak od tego, co liczby w avatarze oznaczają, jestem przekonany, że ESPN dało Bryantowi dodatkową motywację don gry w nadchodzącym sezonie. Na pewno będzie chciał udowodnić wszystkim, że te 25 miejsce to jedna wielka pomyłka, a Black Mamba nic ze swojego jadu nie stracił i dalej będzie kąsać rywali tak, jak robi to podczas każdego meczu.

Niedowiarki, przygotujcie się na zemstę. Ta zostanie zaserwowana wam już wkrótce. Na zimno. Bo tak smakuje najlepiej.

„Ci, którzy szczęśliwie przeżyli, brać dupy w troki i won! Ale… zostawcie odcięte części ciała. Stanowią teraz moją własność!”

*Wszystkie cytaty z teksu pochodzą z filmów Kill Bill: Vol 1 oraz Kill Bill: Vol 2.

Dawid Ciepliński

Fan koszykówki od 1997 roku, kiedy jako dziesięciolatek obejrzał na żywo swoje pierwsze finały NBA pomiędzy Utah Jazz i Chicago Bulls. Od 1999 roku wierny kibic Los Angeles Lakers.

10 komentarzy

  1. Mike pisze:

    Rankingi – srankingi.

    Nie ma co się ekscytować, jak dzieci w piaskownicy „A mój tata jest lepszy! A nie bo mój!”.

  2. ptb pisze:

    o wiele lepsi od tego zadufanego w sobie i samolubnego typa walczacego o wlasne staty, Gdyby nie on Lakers byli by potęga co roku a nie co 5 lat

  3. bargnani7 pisze:

    tegoroczny ranking espn to śmiech na sali. ciężko uwierzyć, że układali go rzekomo najwięksi koszykarscy eksperci świata.

  4. 2utakt pisze:

    kpina jakich mało. Kobe to legenda NBA. dobre staty podaje autor.

  5. barcelowicz pisze:

    LBJ’a i Durant na pewno dałbym przed Kobasem. Melo i CP3 raczej też, zdrowych Wade’a i Rose’a + być może George’a (tego z play-off, a nie RS), Parkera i Cowarda. Patrząc w miarę realistycznie druga połowa pierwszej 10 to jest w tej chwili miejsce Kobe’go w lidze. Zakładam, że wszyscy gracze są oczywiście blisko swego optymalnego poziomu w tym momencie. Ale jak widzę takie nazwiska jak Bosh, Horford, Aldridge, Griffin czy Wall przed Black Mambą to po prostu nóż się w kieszeni otwiera

  6. melo pisze:

    Jeśli chodzi o indywidualne umiejętności to napewno jest top 10 ale jeśli byłbym trenerem jakiegoś klubu NBA to wolał bym mieć w składzie każdego z wymienionych a i dodał bym pare nazwisk(np Lillard, Deng,Iguodala)

  7. 2utakt pisze:

    1- Jordan, Kobe
    2 ……
    3 ……
    4
    5

  8. Wojtek pisze:

    Pomijając, że trochę rzeczy jest dziwnych w tym rankingu, to ich najważniejszym czynnikiem jest wpływ danego zawodnika na zespół i jego miejsce w lidze w trakcie zbliżającego się sezonu. To nie jest ranking, kto był najlepszy w zeszłym roku, tylko jaki będzie w tym. Więc przestańcie się podniecać 25 miejscem Kobiego – nikt mu nie ujmuje klasy i dokonań podczas swojej kariery, ale „eksperci ESPN” (kimkolwiek oni są), biorą pod uwagę bardzo poważną, jakby nie było, kontuzję, która może odbić się na osiągnięciach zarówno KB jak i Lakers.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *