Podsumowanie sezonu: Sacramento Kings

200px-Sacramento_Kings.svgTen sezon przyniósł kibicom Kings milion złych informacji, ale też dwie dobre które je wszystkie przesłoniły. Po pierwsze bracia Maloofowie w końcu oddali władzę. Po drugie – drużyna pozostaje w Sacramento. 

Co to oznacza? W końcu jest szansa na wyrwanie się z marazmu i próbę prawdziwej przebudowy. Zanim jednak do tego dojdę przypomnijmy sobie zakończony sezon w wykonaniu Kings.

Długi okres posuchy

Zespół ze stolicy Kalifornii (to nie pomyłka, przynajmniej tutaj Kings mają przewagę nad Los Angeles, Oakland czy San Francisco) zaliczyło kolejny bardzo słaby sezon. Na koniec rozgrywek legitymował się bilansem 28 wygranych i 54 porażek (34.1 % zwycięstw), który zagwarantował im trzecie od końca miejsce na Zachodzie i 25 rezultat w całej lidze.

Żeby dobrze zobrazować skalę frustracji kibiców SAC trzeba dodać, że ostatni sezon z lepszym bilansem (ale wciąż poniżej 50% wygranych) zanotowali w rozgrywkach 2007/2008. Mieli wówczas 34-44 i oczywiście też nie dostali się do Playoff.

Rozgrywek post-season nie było zaś w Sacramento od sezonu 2005/2006, gdy w sześciu spotkaniach zostali wyeliminowani przez Spurs.

Okiem statystyka

Kings mieli w ubiegłym sezonie najsłabszą obronę w lidze. Pozwalali rywalom rzucać sobie 105.1 ppg. Nie lepiej było jeżeli chodzi o zbiórki – 40.6 rpg (25 wynik w lidze) i asysty – 20.8 apg (także miejsce 5 od końca).

Statystycznie najlepszym graczem zespołu był enigmatyczny DeMarcus Cousins (więcej o nim niżej), który notował 17.1 ppg i 9.9 rpg.

Pierwszy rozgrywający i najlepszy (!) podający ekipy – Isaiah Thomas zaliczał zaledwie 4.0 apg. W całej lidze tylko jedna drużyna miałą w swoim składzie czołowego podającego z poniżej 5 asystami na mecz (Pacers z Hillem i jego 4.7, ale obok niego grał George z 4.1).

Geoff Petrie, czyli jak nie zarządzać drużyną

Największym problemem Kings od lat były głupie decyzje personalne i absolutna nieumiejętność wyciągania wniosków.

Geoff Petrie, który pełnił funkcję dyrektora i GMa klubu przez blisko 20 lat (!) sprawiał, że poznaliśmy pełnię koszykararskiego mema „I don’t know what I’m doing”.

Jasne, nie wszystko co zrobił Petrie przez ten czas było złe. Wśród dobrych ruchów trzeba mu zapisać m.in. wyciągnięcie w drafcie Stojakovicia, Kevina Martina czy Jasona Williamsa. Potrafił zrobić też kilka dobrych wymian (np. Scott Polard za Hedo Turkoglu i Brada Millera, czy J-Will za Mike’a Bibby’ego).

Największym minusem dla mnie jest jednak to, że zupełnie nie radził sobie przy podejmowaniu decyzji co do posady szkoleniowca (udało mu się raz z Adelmanem). Dodatkowo – poza paroma wyjątkami jego wybory w drafcie i wymiany nie rozwiązywały żadnych problemów (raczej je generowały) ponieważ były zupełnie oderwane od spojrzenia na całą drużynę. Co mam na myśli? Np. wymiana z draftu 2011, która zakończyła się sprowadzeniem zupełnie niepotrzebnego Jimmera Fredette (plus złych kontraktów) i nieuzasadniona miłość dla graczy kochających rzucać i nielubiących bronić.

Nowy GM drużyny – Pete D’Alessandro – zastał w składzie prawdziwą stajnię Augiasza, ale już ostro zabrał się do pracy (patrz niżej).

Boogie

Nie można się spodziewać zbyt wiele, jeżeli najlepszym zawodnikiem drużyny jest taki gracz jak DeMarcus Cousins. Gracz, który od momentu trafienia do ligi jest określany jako wielki talent, ale jeszcze nigdy przez dłuższy czas tego nie potwierdził.

Popularny „Boogie” jest silny jak tur. Ma bardzo dobre ręce i co nietypowe dla gracza na swojej pozycji bardzo dobrze kozłuje i porusza się z piłką. Ma naturalny talent do zbiórek i nieźle podaje.

Problemy? Drobnostki. Jest niestabilny emocjonalnie, tragicznie broni (źle się ustawia, zupełnie nie radzi sobie w bronionych pick&rollach), biega jakby miał rozpostarty spadochron (zawsze jest za akcją, czy to w obronie czy w ataku) i odpala masę idiotycznych rzutów.

Jeżeli chodzi o jego obecność na boisku to moim zdaniem można ją porównać do casusu Ala Jeffersona. Patrzysz w cyfry i myślisz – wow, dobry zawodnik. Obejrzysz kilka spotkań i widzisz, że drużyna jest efektywniejsza bez niego na boisku.

Jeszcze ciekawostka na koniec. Cousins będzie chciał tego lata otrzymać nowy kontrakt. Prawdopodobnie zbliżony do maksymalnego.

Nadchodzą lepsze dni?

W Sacramento wszystko idzie jednak w lepszą stronę.

Poza stanowiskiem GMa i właścicielami zespołu zmienił się również trener. Nowym szefem na ławce będzie znany z Warriors Mike Malone. Żeby podkreślić jego rolę w GSW trzeba przypomnieć, że został wybrany przez GMów ligi najlepszym asystentem, a także miał najwyższy kontrakt na tym stanowisku.

Jeżeli można znaleźć jedną dobrą rzecz, którą robi Malone to byłoby to moim zdaniem upraszczanie. Gdy ma się do czynienia z młodą drużyną nie można kazać im rozgrywać niesamowicie skomplikowanych akcji, ponieważ zawsze coś pójdzie nie tak (a to ktoś się spóźnie na zasłonie, a to nie będzie przekazania w obronie, …).

Nowy trener Kings poprzez spłaszczanie zagrywek zdecydowanie poprawił efektywność Warriors. Teraz będzie próbował zrobić to samo w Sac-To.

Wysoko oceniam również pierwsze ruchy wspomnianego D’Alessandro. Pod koszem pojawili się soldni Landry (Malone wie jak go wykorzystywać) i Patterson. Na skrzydle w końcu jest solidny obrońca (Mbah a Moute). Na obwodzie zaś w kóncu zatudniono gracza, który potrafi podawać (Vasquez) i efektywnie rzucać (McLemore – 49.5% z gry, 42.0% z dystansu w Kansas).

Gdzie są jeszcze problemy? W składzie są wciąż przepłaceni Thornton (8 mln $ za 2013/2014 i 8.5 mln $ w następnym sezonie) i Salmons (7.5 mln $).

Gdyby jakimś cudem udało się zamienić jednego z nich na np. Omera Asika, zabezpieczyć kosz i przesunąć DMC na czwórkę to kto wie, może nawet Kings mogliby trochę namieszać.

Mateusz Babiarz

Manager i biznesmen, a po godzinach pasjonat NBA. Od lat kibic San Antonio Spurs i Philadelphia 76ers. Fan Popovicha, ostrej gry dawnych Pistons i fryzur Andrew Bynuma.

1 Odpowiedź

  1. Wojtek pisze:

    Problem Thortona jest to, że on musi sporo grać, żeby wejść dobrze w rytm meczowy i odpalić. Sezon 11/12 miał bardzo dobry, w zeszłym sezonie było za dużo burdelu w składzie. Zresztą wystarczy popatrzeć na minuty, żeby zrozumieć, że to nie może być zadaniowiec, bo wtedy mu nie idzie – musi wychodzić w pierwszym składzie, bo dopiero wtedy staje się efektywny.

    John Salomons to taki młodszy Hedo – jeden i drugi, nie wiadomo do końca z jakich przyczyn, mocno spadli na dno. Salomons nigdy nie był wielki (stats carrier ma takie sobie), ale tak nierówny jak w ostatnim sezonie, to dawno nie był. Myślałem, że go amnestiują, ale zostawili go sobie chyba po to, żeby spokojnie patrzeć czy zrobi pełnego Hedo, czy może będzie solidnym role player (IMO bardziej się nadaje do takiej roli, niż Thorton).

    Zawodnicy, którzy przyszli w off-season razem z trenerem są wynikiem dobrej pracy GM’a. Trochę, co prawda robi mi się dziura na pozycji SG przy sporym obłożeniu PG: Thomas, Vasquez, Fredette, McCallum to typowi rozgrywający, którzy na dodatek lubią trzymać piłkę. Na dwójce zostają albo wymienieni wcześniej Salomons i Thorton, albo zółtodzioby McLemore i Lockett – nie wygląda to strasznie groźnie, chyba, że McLemore wypali, jak rakieta.

    No i cieszy wzmocnienie na pozycjach 4-5. Przy całej mojej sympatii do dwójki Thompson – Hayes, to szału tam nie ma. Dodanie Landry’ego, Pattersona IMO znacząco poprawi jakość gry pod koszem.

    Cieszy też wejście do klubu Shaq’a, któremu marzy się widzę aktywny powrót do życia NBA. Ciekawi mnie jego praca z Cousinem, bo może dr O’Neal wreszcie spowoduje, że DMC przekuje swój talent na wyniki swoje i zespołu ;)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *