Zdolny i niepokorny – historia Dariusa Milesa

Karierę Dariusa Milesa można zaliczyć do tych, która miały równie interesujące początki, co intrygujący koniec. Jeden z najzdolniejszych koszykarzy na poziomie szkoły średniej nie zrobił w NBA tak ogromnej kariery, jaką mu wróżono. Wszystko to przez trudny charakter, a także kontuzję, które kończyły marzenia o koszykarskich laurach wielu młodym i utalentowanym graczom, którzy trafili na boiska najlepszej koszykarskiej ligi na świecie. 

Gdybym na początku swego artykułu napisał, że niewielu było graczy o tak ogromnym talencie, którzy z różnych przyczyn go zaprzepaścili to napisałbym oczywiście nieprawdę. Bo w jednym szeregu z Dariusem Milesem można przytoczyć historię Leona Smitha, Jay Williamsa, a nawet Shawna Kempa. Z tym, że Milesowi bliżej do legendarnego gracza Ponaddźwiękowców, który z czasem dopiero rozmienił swój talent na drobne (albo jak kto woli na kokainowe szaleństwo…). Tak czy inaczej przyczyny upadku każdego z nich były odmienne, natomiast finał kariery każdego z nich był identyczny – nie udało im się powrócić, ani w przypadku pierwszej dwójki zaistnieć na poważnie w zawodowej koszykówce.

Skupmy się jednak na Milesie, który możliwości posiadał ogromne. Wybrany z numerem trzecim draftu w 2000 roku przez Los Angeles Clippers był w swoim czasie najwyżej wybranym graczem w historii, który do NBA trafił prosto ze szkoły średniej. O wiele niżej w loterii draftu byli Kevin Garnett, Tracy McGrady, Kobe Bryant czy choćby wspomniany już wcześniej Shawn Kemp.

Na poziomie szkół średnich był absolutną gwiazdą i w opinii wielu obserwatorów miał wszystko, aby stać się gwiazdą ligi. Jeżeli pamiętacie wczesne lata Kevina Duranta w NBA to obie te postaci były bardzo zbliżone pod względem talentu i warunków fizycznych. Szczupła dobrze umięśniona sylwetka i długie ramiona predysponowały do bardzo atletycznej gry na pozycji numer trzy zarówno Milesa jak i Duranta. Z tym, że Miles był także wyśmienitym slasherem. Dysponował niesamowitym wyskokiem, ale w przeciwieństwie do choćby Geralda Greena posiadał właśnie wyżej wymienione przeze mnie atuty analogiczne do tych, które miał w latach młodości Durantula. Niestety w jego przypadku potwierdziło się, że od słowa zdolny do określenia gwiazda jest bardzo długo droga, naznaczona krwią, potem i łzami. Innymi słowy na swoją pozycję w NBA trzeba zapracować, nie dostaje się tutaj nic za darmo.

Początkowo jego kariera w LAC układała się bardzo dobrze. Wprawdzie Clippers prowadzeni przez Alvina Gentryego nie osiągali sukcesów (nie awansowali ani razu do Play-off notując za każdym razem ujemny bilans), ale Darius Miles był ważną postacią młodego i perspektywicznego zespołu, który w swych szeregach miał Micheala Olowokandi (pamiętacie go jeszcze???), Lamara Odoma, Quentina Richardsona czy też Kenyona Doolinga. Zresztą na drużynie żadna presja wyniku nie ciążyło, bo ówcześni Clippers mieli metkę ubogich krewnych sąsiadów zza miedzy Lakersów i raczej opinie dzisiejszych Bobcats. Tak czy inaczej nasz bohater notował średnie na poziomie zbliżonym do 10 pkt na mecz, co jak na gracza prosto ze szkoły średniej było dobrym osiągnięciem. Ani Gartett, ani Kobe Bryant takowych nie mieli na początku swej przygody z NBA, a to wróżyło ciekawą przyszłość przed młodym graczem urodzonym w Belleville (Illinois).

Po drugim sezonie pobytu w Kalifornii okazało się, że jego drużyna bardziej potrzebuje doświadczonego rozgrywającego niż dynamicznego skrzydłowego i Miles wraz z Haroldem Jamisonem trafił do Cleveland, którzy w przeciwnym kierunku w ramach wymiany wysłali Andre Millera i weterana Briana Stiha. Clippers mieli wówczas w swym składzie Corey Magetteego czy też wspomnianych Odoma i Richardsona. Pragnęli zatem swój młody i dynamiczny zespół wesprzeć playmakerem z prawdziwego zdarzenia, a Miles padł ofiarą tego planu.

Na przenosinach do Cavs jednak wcale wiele nie stracił, bowiem był tu ważniejszą postacią. Na 67 rozegranych meczów w sezonie 2002-03 aż 64 zaczynał w pierwszej piątce. Dla porównania przez pierwsze dwa lata w NBA w LAC łącznie rozegrał 27 spotkań od pierwszej minuty. Indywidualnie zatem można powiedzieć, że zyskał na przenosinach.  Problem jednak w tym, że ówcześni Cavs nie wiele mieli wspólnego z poważną koszykówką.

Pamiętacie Ricky Davisa, który rzucał do własnego kosza tylko po to, żeby zaliczyć zbiórkę kompletującą mu triple-double??? Tak – ten sam gracz był wówczas w składzie Kawalerzystów, a upust swej głupoty dał właśnie w tym samym sezonie, w którym Miles trafił do Ohio. (Dla przypomnienia zobaczcie to jeszcze raz – mina Jerry Sloana bezcenna :) )

[youtube=http://youtu.be/XDtGHHnA9ms&w=585]

No więc sami widzicie, że Miles trafił najgorzej jak tylko mógł. Powyższa akcja Davisa była symbolem niedojrzałości, którą prezentowali ówcześni Cavs. Z bandą indywidualistów nastawionych bardziej na własne popisy niż na poważną grę nie poradził sobie ani doświadczony John Lucas, ani tym bardziej Keith Smart. Taka otoczka nie wpływała pozytywnie na rozwój obiecującego gracza i o zgrozo on sam zaczął się wpasowywać w to środowisko. Z drugiej strony beznadzieja, jaka towarzyszyła Cavs w sezonie 2002-03 pozwoliła im w kolejnym sezonie pozyskać z numerem pierwszym draftu innego dzieciaka, który trafił do NBA wprost ze szkoły średniej. Nie wiem czy kojarzycie nazwisko, ale gość się nazywał LeBron James. Pojawienie się LBJ’a w Cleveland spowodowało, że dla Milesa najzwyczajniej w Cavaliers już miejsca nie było i w połowie drugiego roku pobytu w tej ekipie trafił do Portland Trail Blazers.

Tutaj jednak wpadł z deszczu pod rynnę. Wprawdzie zespół ze stanu Oregon starał się oczyścić atmosferę wokół swej kadry to w owych czasach miał etykietkę ekipy z największą ilością „oprychów” na parkietach NBA. Swymi pozaboiskowymi wybrykami na takową opinię zapracowali sobie choćby Zach Randolph, Ruben Patterson czy też Damon Stoudoumire. Atmosfera w szatni Blazers była fatalna i szybko odbiło się to na karierze Milesa, który najłatwiejszego charakteru także nie posiadał. Bardzo szybko popadł w konflikt z coachem – Maurice Cheeksem. Jego niechęć do trenera najlepiej objawia się w jednej z jego wypowiedzi z tego czasu, w której stwierdził, że nie dba o to czy jego zespół przegra kolejne 20 spotkań, bowiem Cheeks i tak zostanie zwolniony. Stosunki pomiędzy oboma panami były strasznie napięte, ale o dziwo Miles notował najlepsze średnie w karierze, a jego akcje regularnie można było oglądać w top10.  W mniemaniu zarządu klubu był on niezwykle  perspektywiczną postacią.

Po sezonie 2003-04 Blazers byli tak zdeterminowani by budować drużynę w oparciu o młodych Milesa i Randolpha, że graczowi pozyskanemu z Ohio zaoferowali sześcioletni kontrakt opiewający na sumę 48 mln USD. To dodało mu pewności, która z czasem przemieniła się w zgubną dla ekipy z Oregonu pychę zawodnika. Dodatkowo z posadą trenera pożegnał się Cheeks, co utwierdziło zawodnika w swej nieomylności. Problem w tym, że wcale nie był on kluczową postacią drużyny. Nie grał regularnie w pierwszej piątce, a zespół o udziale w play-off mógł tylko pomarzyć. Zdarzały mu się występy, którymi zachwycał i udowadniał swój nieprzeciętny talent, jak choćby mecz przeciwko Denver Nuggets, który miał miejsce 19 kwietnia 2005 roku. Miles ustanowił w nim rekord kariery rzucając 47 punktów. Z tym, że jego gra nie była do końca zbieżna z oczekiwaniami włodarzy klubu, a podobne występy miały raczej charakter epizodu niż równej i stabilnej formy.

Na domiar złego jego efektowny i dynamiczny styl gry okazał się zabójczy dla jego kolan, które coraz bardziej mu dokuczały i coraz częściej zamiast na parkiecie i treningach spędzał czas w gabinetach lekarskich i rehabilitacji.

Wiosną 2006 roku musiał poddać się operacji kolana, które miało mikro pęknięcia. Niestety zabieg ten dla profesjonalnego koszykarza brzmi bardziej jak wyrok i po nim raczej do optymalnej formy się nie wraca. Przekonali się o tym kilka lat później Tracy McGrady czy Greg Oden, a wcześniej ofiarami podobnych kontuzji byli choćby Penny Hardaway, Allan Houston. Dla Dariusa Milesa problemy z kolanami też oznaczały koniec jakże obiecującej, ale i krótkiej kariery koszykarskiej.

Mimo wszystkich tych niefortunnych zdarzeń Miles starał się walczyć z kontuzją i nie pozwolić, aby zakończyła ona jego kariery. Problemem okazały się jednak przepisy NBA, a dokładniej ogromny kontrakt zawodnika. Wedle przepisów NBA jeśli zawodnik przerwał karierę z powodu groźnego urazu i stara się następnie wrócić do gry w innym zespole to w przypadku rozegrania więcej niż 10 spotkań jego wynagrodzenia obciąża do poziomu wyrównania poprzedniej umowy jego poprzedni klub, a więc prościej mówiąc różnicę jego pensji między obecnym kontraktem, a tym, który podpisał z Portland pokrywał by właśnie zespół Trail Blazers. Na domiar złego nie miał on możliwości rozegrania 10 spotkań – ( a nikt nie chciał z kontuzjowanym graczem w trakcie sezonu podpisać innej umowy), ponieważ dostał od ligi NBA karę zawieszenia właśnie na 10 gier za stosowanie dopingu. Oznaczało to w praktyce, że przez dwa lata nie był w stanie podpisać  żadnej innej umowy, która umożliwiłaby mu powrót do koszykówki.

Dopiero w 2008 roku po nieudanej próbie załapania się do składu Boston Celtics, Darius Miles rozegrał 34 mecze w barwach Memphis Grizzlies, w których notował 3,5 pkt. W styczniu 2009 roku został zwolniony przez klub z Tennessee i już nigdy później w NBA nie zagrał.

Portland Trail Blazers wypłacali mu pieniądze do końca sezonu 2009-10 – blisko 9 mln USD rocznie.

Jego specyficzny charakter ponownie pozwolił usłyszeć szerszej publiczność o Milesie w 2011 roku, kiedy to został zatrzymany i aresztowany na lotnisku w St. Louis za próbę wniesienia na pokład samolotu naładowanej broni.

Tak oto zakończyła się niezwykle obiecująca kariera Dariusa Milesa. Nie on jedyny zmarnotrawił swój ogromny talent. Podobnych przypadków w NBA było mnóstwo. Jest to przykre o tyle, że na przykładzie byłego gracza Clippers, Cavs czy też Blazers widać jak trudna jest droga na szczyt i jak łatwo można się tak najzwyczajniej, po ludzku zagubić. Głupota, niedojrzałość, a także zbieg niefortunnych zdarzeń (może gdyby trafiał do bardziej ułożonych zespołów jego losy potoczyłyby się inaczej). Na koniec najgorsze z najgorszych dla zawodowych sportowców, a więc groźna kontuzja, która sprawia, że fizycznie już nigdy nie odnajdą swej formy sprzed urazu.  To wszystko spowodowało smutne zakończenie pełnej dramatów historii urodzonego w stanie Illinois koszykarza. Niestety dziś jego akcje możemy podziwiać już tylko na takich filmikach…

[youtube=http://youtu.be/7iRr4IWx5CI&w=585]

 

 

 

Paweł Kołakowski

Od lat wierny kibic Houston Rockets i wielbiciel Charlesa Barkleya (głównie z czasów gry w Suns). Wychowany na transmisjach NBA w TVP2 wspominający z łezką w oku te godzinne transmisje w piątkowe popołudnia z komentarzem Szaranowicza i Łabędzia :). Ahh te lata 90-te :)

5 komentarzy

  1. Adik pisze:

    A Stromile Swift? Pamietacie goscia? Chetnie poczytalbym o jego krótkiej lecz skocznej historii

  2. ziomeczek pisze:

    zajebiscie wygladaja te jego paczki, jakby fruwał. Zasięg, dynamika, robią swoje

  3. manek pisze:

    KG w debiutanckim sezonie miał ponad 10 pkt na mecz i był od Milesa lepszy w każdej kategorii statystycznej;)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *