5on5: Wygrani i przegrani sezonu 2012/2013

Za nami kolejny świetny sezon NBA. Jak zwykle nie obyło się bez licznych wpadek, ale też zaskakujących sukcesów. Zapraszamy do cyklu 5on5, w którym dzisiaj porozmawiamy o największych wygranych i przegranych rozgrywek 2012/2013.

Dzisiejszy zestaw pytań:

1) Który gracz jest największym przegranym sezonu 2012/2013?

2) Który zawodnik najbardziej zyskał na reputacji po bieżących rozgrywkach?

3) Największa – drużynowa – wpadka sezonu?

4) Która drużyna najbardziej – pozytywnie – zaskoczyła w tych rozgrywkach?

5) Trenerzy – który najbardziej zyskał, a który stracił na swojej reputacji?

1) Który gracz jest największym przegranym sezonu 2012/2013?

Mateusz Musiał: Największym przegranym minionego sezonu jest chyba Kevin Durant. Przez niespodziewaną kontuzję Russella Westbrooka, Thunder z Durantem na czele, tak naprawdę nic nie osiągnęli. Skrzydłowy ekipy z Oklahoma City na pewno spodziewał się czegoś więcej niż półfinał konferencji, który szybko skończył się porażką.

Mateusz Dubiński: Dwight Howard. Jego przejście do Lakers miało wymiar historyczny. Oto wielki „Superman”, center pretendujący do miana najlepszego w historii, porzuca swój dotychczasowy team, w którym zawodnicy są na tyle słabi, że tylko przeszkadzają mu w zdobywaniu co roku Mistrzostwa, które mu się bezsprzecznie należy (oczywiście ironia). Wiadomo było, że porównań do Shaqa nie uniknie (też Orlando, też przegrana w Finale NBA i też decyzja o przeniesieniu do Kalifornii), a jedynym sposobem na zamknięcie ust krytykom będzie, tak naprawdę, jedynie Mistrzostwo. Mimo że DH20 zagrał obiektywnie niezły sezon, to trzeba przyznać, że zawiódł na całej linii, bo oczekiwano od niego prawdziwej dominacji przy takich „guardach” jak Nash i Bryant. No a pan „Superman” co na to? Jak na prawdziwego Mistrza przystało – po sezonie prawdopodobnie zabierze swoje zabawki i obrażony ucieknie gdzieś, gdzie w końcu znajdzie „odpowiednich” partnerów. Właśnie za postawę, dla mnie jest największym przegranym tego sezonu.

Michał Świderski: Jeżeli patrzeć na potencjał zawodnika i końcowy efekt jego poczynań w sezonie 2012/2013 – Dwight Howard. Wiadomo – wrócił bardzo wcześnie po operacji, ale liczby w jego wypadku nie kłamią – najniższa średnia punktów w sezonie od 2006-go roku (kiedy był drugoroczniakiem!). Średnia zbiórek najniższa od 2007-go roku, ale do tego akurat nie można się zbytnio przyczepiać – i tak było to dużo, bo 12,4 na mecz. Pozostaje jednak niesmak po sezonie ofensywnej niemocy, pełnym plotek o konflikcie z trenerem i narzekania na taktykę. Wszystko to zwieńczone porażką 0-4 w serii ze Spurs.

Bargnani: Dwight Howard – jego reputacja ucierpiała zarówno na parkiecie jak i poza nim. Nie wiadomo jak duży wpływ na jego grę miała kontuzja, z którą zmagał się przed sezonem i której skutki na pewno odczuwał w pierwszej części sezonu, ale to nie tłumaczy już zupełnie jego zachowania. Howard ma 27 lat i nadal nie umie podejmować decyzji ani radzić sobie z presją. Jest największym dzieckiem w NBA. Dosłownie i w przenośni.

Dawid Ciepliński: Manu Ginobili. Może nie największym, ale jednym z największych. Dalej mam w pamięci jego play offy, w których nie prezentował się dobrze i poza game winnerem z Warriors w drugiej rundzie i meczem nr 5 w finałach z Heat nic ciekawego nie zaprezentował. Do tego w ostatnich dwóch spotkaniach popełnił aż 12 strat, w tym kilka naprawdę fatalnych w czwartej kwarcie decydującego meczu, kiedy nie złapał prostej piłki od Parkera, następnie podał w aut, czy przy stanie 92:88 w jednej z decydujących akcji stracił ją na rzecz LeBrona Jamesa.

Damian Suchan: Przewrotnie odpowiem, że Derrick Rose. „Drama” z jego niedoszłym powrotem trwała zbyt długo i na pewno nie przysporzyła mu nowych fanów. Tak naprawdę nie do końca wiadomo skąd były największe naciski na jego szybki powrót, czy od strony klubu, czy może po prostu dziennikarze z ESPN znaleźli sobie temat, który się „klikał”. Od nowego sezonu wszystkie oczy znów będą zwrócone na Rose’a, a on może tej presji nie udźwignąć.

2) Który zawodnik najbardziej zyskał na reputacji po bieżących rozgrywkach?

Mateusz Musiał: Myślę, że takich zawodników jest co najmniej dwóch. Pierwszym z nich jest nie kto inny jak niesamowity Kawhi Leonard, który w niedawno zakończonych Finałach pokazał jak grać przeciwko wielkiemu LeBronowi Jamesowi. Młody Leonard w Finałach notował średnio 14.6 pkt oraz 11.1 zb. Ze świetnej strony pokazał się również Danny Green, co potwierdzają jego wszystkie celne trójki oraz pobity rekord Raya Allena.

Mateusz Dubiński: Kawhi Leonard. 11 ppg i 9 rpg w PO (w RS niewiele mniej) i świetna gra w Finałach, gdzie był najpewniejszym punktem drużyny z Teksasu – gdyby SAS zdobyło Pierścienie, uważam, że powienien zostać MVP, choć zdaję sobie sprawę, że to śmiała teza. Chłopak ma naprawdę potencjał żeby stać się w przyszłości wielką gwiazdą Ligi. Umiejętności to jedno. Ma je George, ma je Irving czy Lillard, ale Leonard ma niesamowitą psychikę. Jest skromny i robi swoje, nie rozpacza po nieudanych akcjach (których zalicza bardzo niewiele), ani przesadnie nie celebruje zdobytych punktów (popatrzmy np na Greena – z całym szacunkiem do jego wyczynów, z zachowania to takie duże dziecko). Widziałem pełno jego wywiadów i wypowiedzi. I muszę powiedzieć, że wywarł na mnie ogromne wrażenie. Gdyby nagrodę dla zawodnika, który zrobił największy postęp przyznawano po Finałach, to myślę, że byłby on głównym faworytem.

Michał Świderski: Stephen Curry został jedną z największych gwiazd ligi, Kawhi Leonard błyszczał w playoffach,  Klay Thompson z kolei potwierdził, że jest zabójczą bronią zza łuku w arsenale Warriors. Można wymienić jeszcze wielu graczy, ale chyba wskażę na Curry’ego, bo jednak wskoczył o ten najtrudniejszy poziom wyżej, z bardzo dobrego, młodego gracza na niekwestionowaną gwiazdę.

Bargnani: Stephen Curry najpierw niespodziewanie w świetnym stylu wprowadził Warriors do play offów, a później okazał się ich najjaśniejszą postacią (przynajmniej do końca 2 rundy). Brak wyboru do ASG i All-NBA 3rd Team kosztem Wade’a to według mnie nieporozumienie.

Dawid Ciepliński: Paul George. W momencie kiedy Danny Granger leczył kolano, George potrafił przejąć po nim rolę lidera Pacers i wynieść swoją grę o poziom wyżej. Dzięki temu został uhonorowany nagrodą MIP, a ponadto poprowadził Indianę do finału konferencji, w której jak równy z równym walczyli z Miami Heat. Ponadto po tym sezonie śmiało można powiedzieć, że jest jednym z 20 najlepszych zawodników w tej lidze, a przed nim na jego pozycji lepsi są tylko LeBron James, Kevin Durant i Carmelo Anthony.

Damian Suchan: Niewątpliwie Paul George. Z gracza drugiego planu stał się liderem drużyny, która w przyszłym sezonie znów powinna powalczyć o wielki finał. Jeśli Danny Granger pogodzi się z rolą rezerwowego, to Pacers mogą już na poważnie myśleć o detronizacji Miami Heat. A co do samego George’a to wydaje się, że może być on jeszcze lepszy.

3) Największa – drużynowa – wpadka sezonu?

Mateusz Musiał: W tym wypadku do głowy przychodzi mi tylko jedna drużyna. Zdecydowanie są nią Los Angeles Lakers. Do zespołu z Kalifornii ściągnięto Steve’a Nasha oraz Dwighta Howarda, którzy wraz z Black Mambą teoretycznie powinni być niepokonani. Do tego nie zapominajmy o Gasolu i mamy już niesamowitą czwórkę graczy. Lakers z niewielką przewagą dotarli do Playoffs, gdzie szybko skończyła się ich przygoda na sweepie ze Spurs.

Mateusz Dubiński: Los Angeles Lakers. Pierwsza piątka: Steve Nash, Kobe Bryant, Metta World Peace, Pau Gasol, Dwight Howard. Miejsce po sezonie zasadniczym: 8 i sweep z San Antonio w 1 rundzie Play-off. Czy te fakty wymagają wyjaśnienia? Lakersi przed uformowaniem swojego Galacticos byli dla każdego zespołu groźnym rywalem, a potem okazało się, że mecz jest za któtki, aby wszystkie gwiazdy się nagrały, w na boisku paradoksalnie jest tylko 5 „miejsc”.

Michał Świderski: Los Angeles Lakers. Miał być nowy „showtime”, był natomiast kolejny niewypał. Szkoda mi pisać to o mojej ulubionej ekipie, ale gdyby nie Kobe Bryant, który został przez D’Antoniego (i siebie pewnie też) „zajechany” do końca – Jeziorowców pewnie nie byłoby w playoffach. Nash walczył z kontuzjami, Gasol ze swoją regularnością, a Howard ze wszystkimi. Dodam też, że posezonowa podróż Oklahomy City Thunder skończyła się  zaskakująco wcześnie, ale wszyscy znamy tego niefortunną przyczynę.

Bargnani: Lakers byli beznadziejni i wejście do play offów tylnymi drzwiami niewiele w tej kwestii zmienia. Zardzewiały Nash, niezdecydowany Howard, zmuszony do gry na półdystansie Gasol i komik D’Antoni na ławce trenerskiej. Miało być Show Time, był cyrk na kółkach.

Dawid Ciepliński: Chyba jednak Los Angeles Lakers. Zespół z potencjalnymi czterema przyszłymi członkami Hall of Fame ledwo, ledwo załapał się do play off i w słabym stylu odpadł już w pierwszej rundzie. Wiem, że nie bez znaczenia były tutaj kontuzje, niemniej jako kibic Jeziorowców po obiecującym poprzednim letnim okresie transferowym spodziewałem się duuuuuuuuuuużo więcej.

Damian Suchan: Los Angeles Lakers. Trudno tutaj mówić o wpadce, bardziej o wielkim bałaganie w LA. Od początku sezonu nic w tej drużynie nie układało się tak jak powinno. Dopełnieniem szaleńczych kroków było zatrudnienie Mike’a D’Antoni i teraz trwanie w tej nieprzemyślanej decyzji. Mając do dyspozycji takich graczy jak Howard, Gasol, Nash to nawet bez kontuzjowanego Bryanta powinni pokazać się z dużo lepszej strony.

4) Która drużyna najbardziej – pozytywnie – zaskoczyła w tych rozgrywkach?

Mateusz Musiał: W tym punkcie zdecydowanie dominuje Indiana Pacers. Od tej drużynie nie oczekiwano tak wielkiego osiągnięcia. Świetnie grający Roy Hibbert oraz Paul George nie dali jednak rady przyszłym Mistrzom i ostatecznie w meczu nr 7 przegrali przewagą 20 punktów. Pacers zabrakło przede wszystkim dobrego rozgrywającego a kto wie, może gdyby go posiadali, seria potoczyłaby się zupełnie inaczej?!

Mateusz Dubiński: Bezsprzecznie Memphis Grizzlies. Pierwszy Finał Konferencji w historii klubu, gdzie „Miski” uległy Spurs. Świetna gra szczególnie w obronie, a ataku duet podkoszowych Marc Gasol – Zach Randolph, wsparci Tonym Allenem pokazali na co ich stać. Bardzo mądrze prowadzona drużyna w trakcie całego sezonu, szkoda że nie udało się awansować do Finałów. Myślę, że mogliby stanowić dla Miami orzech do zgryzienia podobnie trudny, jak przed dwoma laty Dallas, a wszyscy pamiętamy jak to się skończyło. No cóż, może za rok. Poza Memphis, na pewno Denver Nuggets, Indiana Pacers oraz Golden State Warriors.

Michał Świderski: Golden State Warriors. Bardzo dobry regularny sezon, dodatkowo pokazali pazurki w Playoffach. Nie jest łatwo wygrać z San Antonio, o czym dobrze wie nawet Król James. Świetna robota trenera, najlepszy sezon w karierze Curry’ego i kilka niesamowitych momentów Harrisona Barnes’a – to zapamiętam z tego sezonu Warriors. Lee też nie był przypadkiem w All-Star Game, a o Thompsonie już wyżej pisałem – ta drużyna ma zdecydowanie ciekawą przyszłość, o ile kostki Stephena to wytrzymają. Wyróżnić też należy Indiana Pacers i Denver Nuggets (tylko za regularny sezon).

Bargnani: Warriors głównie ze względu na skok jakościowy jaki wykonali w porównaniu z „erą” Ellisa. Wielka brawa dla Marka Jacksona, że potrafił tak szybko ułożyć zespół nie tylko rywalizujący o play offy, ale i walczący w nich samych.

Dawid Ciepliński: Golden State Warriors. Fajny zespół ze świetnie rozumiejącym grę trenerem i młodym, ambitnym trzonem. W życiu bym nie przypuszczał, że uda im się pokonać Denver Nuggets w pierwszej rundzie play off, a do tego walczyć jak równy z równym z późniejszym finalistą San Antonio Spurs. Warriors w przyszłym sezonie mogą być tylko lepsi, a kiedy w przyszłym roku z puli płac zejdą im kontrakty Andrisa Biedrinsa i Richarda Jeffersona może uda im się pozyskać kogoś ciekawego w ich miejsce. Żeby tylko byli zdrowi i omijały ich kontuzje.

Damian Suchan: Mnie osobiście najbardziej zaskoczyli gracze Indiany Pacers. Widać, że powolna, mozolna praca od podstaw, bez wielkich transferów też może przynieść wymierne korzyści. W Indianie zbudowano zespół, który na lata może zagościć w czołówce NBA.

5) Trenerzy – który najbardziej zyskał, a który stracił na swojej reputacji?

Mateusz Musiał: Mark Jackson. To właśnie szkoleniowiec Warriors w minionych Playoffach pokazał się z najlepszej strony. Był świetnym motywatorem, który u swoich podopiecznych wypracował sobie twarde podłoże autorytetu. Natomiast trenerem, który nieco stracił na swojej reputacji moim zdaniem jest George Karl. Od niego wymagano więcej niż było to możliwe.

Mateusz Dubiński: Jeśli chodzi o zawód, to nie będę pastwił się już na Lakersami, choć uważam, że obaj trenerzy, prowadzący ich w tym sezonie (Mike Brown i Mike D’Antoni) nie byli odpowiedni na to stanowisko. Mnie najbardziej zszokowała wiadomość o przejściu Doca Riversa do Los Angeles Clippers (informacja wydaje się już być pewna). Osobiście czuję się oszukany! Zawsze bardzo podziwiałem tego Pana za jego charyzmę, wolę walki, poświęcenie dla zespołu Celtów. A on co? Opuszcza klub, kiedy ten jest w rozsypce. To samo Kevin Garnett. Kiedy Ray Allen przeszedł do Miami, to KG nie chciał mu uścisnąć ręki. Ok, rozumiem – nie mógł się z tym pogodzić, ale w obliczu jego transferu rok później, jego postawa wydaje się śmieszna. Nie kibicuję Celtics, ale bardzo szanuję ten zespół. Tym bardziej szkoda, że ikona klubu (a właściwie 2 ikony), opuszczają go w takich okolicznościach. Jeśli chodzi o trenera który zyskał na reputacji, to można wymienić ich wielu. Ja jednak wskażę Erika Spoelstrę. Spo w Finałach miał naprzeciw siebie jednego z największych trenerów w historii NBA, a jednak zdołał go „przechytrzyć” i wyrwać mu Mistrzostwo, które jest drugim w jego pięcioletniej przygodzie na South Beach.

Michał Świderski: Zyskał na pewno Mark Jackson. Dodam też Lionela Hollinsa, za świetny początek sezonu Grizzlies, a pod jego koniec – 5-tą lokatę na zachodzie. No i mimo wszystko dobra walka w Playoffs i Finał Konferencji. Nie spodziewałem się tego po ekipie, która pozbyła się Rudy’ego Gay’a. Nieco ze swojej reputacji stracił z kolei Doug Collins, którego Philadelphia zaliczyła kiepską drugą część sezonu. Dobrze też się stało, że ze swoją posadą pożegnał się Vinny Del Negro. Po cichu liczę, że na D’Antoniego też przyjdzie pora.

Bargnani: Trenerskim odkryciem był chyba Mark Jackson, ale na pochwałę zasługuje też Mike Woodson, który potrafił z najstarszym zespołem NBA, trapionym kontuzjami wywalczyć 2 miejsce na Wschodzie co przed sezonem wydawało się niemożliwe. Porażka – Vinny del Negro.

Dawid Ciepliński: Najwięcej zyskał Mark Jackson. Dopiero drugi rok prowadzi Warriors, a ci już stali się jedną z rewelacji ligi. Widać pracę Jacksona w Golden State. W ciągu dwóch sezonów zespół zyskał nowy charakter, jest ambitny, waleczny. Poza tym Mark świetnie potrafi reagować na wydarzenia na boisku i czyta grę. Może naprawdę osiągnąć dużo jako trener. Najwięcej stracił Keith Smart. Zupełnie nie potrafił poradzić sobie z zawodnikami Kings. Jestem przekonany, że z tych graczy dało się wycisnąć więcej, bo talentu tam jest dużo, ale były już trener Sacramento nie potrafił tego dobrze poukładać.

Damian Suchan: Nie wiem czy Erik Spoelstra najwięcej zyskał, ale dla mnie był tak samo kluczowy w wielkim finale jak LeBron James. Wszyscy twierdzą, że Miami Heat mogliby grać równie dobrze bez trenera, ale to nie jest prawda. Spoelstra jest trochę niedoceniany, szczególnie przez kibiców, ale to naprawdę bardzo dobry fachowiec. Potwierdził to w tym sezonie. Natomiast na pewno w moich oczach stracił Scott Brooks (choć nigdy go nie uważałem za dobrego specjalistę). Trener Thunder nie miał planu B na wypadek kontuzji jednej ze swoich gwiazd. Być może Brooks jest dobry do trenowania młodych, nieopierzonych gwiazd, ale ekipa z Oklahomy musi wejść na wyższy poziom, jeśli chce kiedyś sięgnąć po mistrzostwo. Durant i Westbrook potrzebują prawdziwego mentora w drodze na swój szczyt.

Mateusz Babiarz

Manager i biznesmen, a po godzinach pasjonat NBA. Od lat kibic San Antonio Spurs i Philadelphia 76ers. Fan Popovicha, ostrej gry dawnych Pistons i fryzur Andrew Bynuma.

4 komentarze

  1. 2utakt pisze:

    1. Dwight Howard „useless”
    2. Chris Andersen – taki spontan.
    3. Los Angeles Clippers – żenada w PO
    4. Indiana Pacers
    5. ……..

  2. mikrofalowka pisze:

    1.Howard – zmienił otoczenie i zapewne liczył że już w 1 sezonie Lakers zdobędzie tytuł. Ha!
    2.Paul George zdecydowanie -on za jakiś czas będzie nowa gwiazda ligi.
    3.Oczywiście Lakers – absolutnie fatalny sezon dla drużyny która miała niszczyć heat.
    4.Memphis i Golden State (co do Indiany: możecie mi wierzyć lub nie ale przed sezonem typowałem ich w Finale Wschodniej Konferencji więc ich postawa w sezonie 2012/2013 nie jest dla mnie jakimś wielkim zaskonczeniem)
    5.Bez wątpienie Jackson najwięcej zyskał a najwięcej stracił D’Antoni

  3. Tomek pisze:

    Bzdury gadacie.

  4. Dawid pisze:

    1. Howard i to zdecydowanie poakzał że nie potrafi współpracowac z innymi (wiekszymi)gwaizdami jak Black Mamba i musi miec całą piaskownice tylko i wyłacznie dla siebie jak w Orlando
    2. Pomimo mojej cąłej sypatii do GSW i Currego to wygranym tego sezonu jest Leonard – pokazały to playoffy a szczególnie finały kiedy niejednoktrotnie powstrzymywał LBJ
    3. Całe Los Angels płacze w tym sezonie.LAL dalj du*py po całosci a LAC (najbardziej wypromowana druzyna w NBA bo ma dwóch goci którzy potrafia się znalezc w top 10 dzieku swoim wsadą) nie powaliła na kolana przeciwko Memphis
    4. Tu bezsprzecznie GSW.Nie ma raczej chyba co sie specjalnie wykucac choc wg. na uznaine zasługuja jeszcze chłopcy z Indiany – finał konferencji oglądałem z najwiekszą przyjemnoscią i mało brakowało do finału z SAS
    5. Mark Jacskosn tutaj nic niezwykłego nie powiem.Swietna robota z GSW w sezonie zasadniczym i playoffach,za rok moga byc jeszcze lepsi.Porażka to D’Antoni i Del Negor (witamy w LA :c)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *