Carmelo Anthony zdemolował Pacers w 4 kwarcie! Knicks wyrównują stan rywalizacji.

Indiana Pacers przez 2,5 kwarty trzymała się w grze, wychodząc nawet w połowie trzeciej ćwiartki na prowadzenie. Potem jednak do gry wziął się król Nowego Yorku – Carmelo Anthony i Knicks w 8 minut ze stanu -2 wyszli na +30. Stało się to czego najbardziej obawiali się fani Pacers. Ofensywna maszyna Knicks ruszyła na dobre i zawodnicy z Indianapolis byli bezradni i mogli tylko podziwiać jak Carmelo Anthony i reszta zdominowali to spotkanie na przełomie 3 i 4 kwarty. Knicks wracają do gry i jeśli ich forma przeniesie się na kolejne spotkania, to dla kibiców Pacers nadchodzą bardzo ciężkie dni. Knicks lepsi od Pacers aż 105-79.

knicks_pacers

Już przed pierwszym gwizdkiem było widać po graczach Knicks, że mocno podrażniła ich porażka w Game 1. Tyson Chandler pokrzykiwał zachęcająco na swoich kolegów. Jak się potem okazało pomogło, bo pierwsze minuty to potwierdzenie tego, że Knicks za wszelką cenę chcieli wyrównać stan rywalizacji już tej nocy. Spotkanie zaczęło się od wyniku 6-0 dla gospodarzy, gracze z Nowego Yorku od początku postawili twarde warunki rywalom w obronie.

Zawodnicy Pacers w miarę możliwości szukali Davida Westa, który miał wymuszać faule na Anthonym. Gospodarze byli jednak na to przygotowani i pomagali swojemu liderowi w obronie, przez co więcej miejsca mieli Hill i George i pierwsze 14 punktów Pacers to zasługa tylko tej dwójki. Knicks natomiast większość swoich akcji grali przez pick&rolla Felton-Chandler co sprawdzało się w pierwszej odsłonie. Pod koniec kwarty Knicks zaliczyli run 9-2 i to oni prowadzili po 1 kwarcie 29-20. Mimo tego, że wciąż nie do końca mógł wstrzelić się Melo(3/7) było widać, że nie forsuje na siłę rzutów z trudnych pozycji.

Drugą ćwiartkę znowu lepiej zaczęli gospodarze, głównie za sprawą Kenyona Martina, który najpierw zaliczył piękny blok, potem sam zdobył punkty, a w kolejnym posiadaniu podzielił się piłka ze Smithem. Goście nie odpuszczali, a dalej szalał Paul George, za którym biegał Iman Shumpert. Obrońca Knicks robił co mógł, aby utrudnić życie liderowi Pacers i dokładał niezłą grę w ataku. Po jego punktach, Knicks prowadzili 35-24 i trener Frank Vogel poprosił o czas. Po powrocie na parkiet wciąż szalał Shumpert, który najpierw zaliczył niesamowitą dobitkę z powietrza (pewniak do dzisiejszego top5), po której Madison Square Garden eksplodowała, a potem zaliczył kolejne punkty i asystę. Ciągle utrzymywała się przewaga Knicks, ale wtedy dobry moment zaliczył DJ Augustin, który mocną obroną dał sygnał kolegom do ataku i Pacers zmniejszyli straty do 5 punktów.

W końcu ruszyła jednak maszyna ofensywna Knicks, nakręcana skuteczną obroną i po kolejnych punktach Anthony’ego, Martina i Shumperta Knicks znowu odskoczyli na 11 punktów, prowadząc 47-36. Gospodarze zmuszali Pacers do zatrzymywania kozła i wtedy dopadali gracza z piłką, najczęściej podwajając i zmuszali tym samym graczy z Indianapolis do grania w szerz boiska. Końcówka kwarty należała jednak do gości, a szczególnie do Paula Georga, który raz po raz katował obronę gospodarzy i zmniejszył straty swojego zespołu do 5 oczek. Po dwóch kwartach Knicks wygrywali z Pacers w Game 2, 47-42.

Po stronie Knicks świetną pierwszą połowę miał za sobą Iman Shumpert, który zapisał na swoim koncie 11 punktów, 2 zbiórki, i jeden z ładniejszych wsadów w swojej karierze. 10 oczek dołożył Carmelo Anthony (4/11), 9 Raymond Felton, a z 7 punktami pierwszą połowę zakończył JR Smith(3/10 -> tylko jeden rzut celny z poza trumny). Pochwalić trzeba obronę Knicks, która wywierała mocną presję na zawodniku z piłką i często podwajali rywali, przez co wymusili aż 12(!!!) strat Pacers. Na wyróżnienie zasługuje także Tyson Chandler, bo kiedy on był na parkiecie to Roy Hibbert, przypominał bardziej Martynasa Andruskieviciusa niż zawodnika pokroju All-Star.

Pacers od początku spotkania przegrywali i nie wyszli na prowadzenie nawet na chwilę. Przez całą pierwszą połowę gonili wynik i w końcu udało im się tego dokonać, głównie za sprawą Paula George’a, który miał na swoim koncie już 15 punktów. W pierwszej kwarcie świetnie grał Grant Hill(7 pkt, 3 ast), aby w drugiej ćwiartce zdobyć tylko 2 punkty. Obrona Pacers mocno broniła pomalowanego, momentami ustawiając wszystkich pięciu zawodników w trumnie. W ataku także szukali swojej przewagi pod koszem, notując z dystansu tylko 3 celne rzuty na 11 prób.

Drugą część spotkania tym razem lepiej zaczęli goście, którzy od początku wzięli się za odrabianie reszty strat. Szybkie 5 punktów rzucił świetnie dysponowany tego wieczoru Paul George. Potem przez dobre półtorej minuty panował ogromny chaos. Obie drużyny popełniały głupie straty i pudłowały swoje rzuty. Złą passę przerwał David West, który zaliczył akcję 2+1 i strata Knicks stopniała do 1 punktu. Zza łuku odpowiedział Felton, kolejne punkty dołożył West i przy stanie 58-56, Mike Woodson poprosił o przerwę na żądanie.

Po powrocie na parkiet zza łuku trafił Stephenson i Pacers wyszli na pierwsze w tym potkaniu prowadzenie. Knicks odpowiedzieli trafieniami Martina i Anthony’ego, ale kolejną trójkę dołożył George Hill i zawodnicy z Indianapolis dalej prowadzili. Końcówka trzeciej kwarty należała jednak do gospodarzy. Knicks nie pozwolili odskoczyć Pacers i zaliczyli świetny run 10-2, z czego 5 punktów i asystę zaliczył Carmelo Anthony. Bardzo mocna i skuteczna obrona pick&rolli gości sprawiła, że po 3 kwartach to jednak Knicks wygrywali 72-66.

W decydującą kwartę lepiej weszli gospodarze, którzy powiększyli swój run do stanu 15-2 , a 5 punktów z rzędu obronie Pacers zaaplikował Pablo Prigioni i Knicks wyszli na prowadzenie 77-66 i Frank Hogel musiał wziąć czas. Po powrocie na parkiet obraz gry się nie zmienił. Pacers przestrzelili ostatnie 11(!!!) rzutów i pozwolili obudzić się bestii Carmelo Anthony’emu, który najpierw trafił z półdystansu,  potem zza łuku, aby w kolejnej akcji zaliczyć 2+1 i w końcu znokautować Pacers trójką sprzed nosa Paula Georga. Knicks prowadzili już różnicą 26 punktów, notując run 30-2, na przestrzeni 6 minut. W Madison Square Garden wybuchła eksplozja radości, kibice z całych sił skandowali MVP, MVP, a Spike Lee był w siódmym niebie. Na 5 minut przed końcem spotkania, stało się jasne, ze Knicks nie wypuszczą już tej przewagi i Carmelo Anthony mógł resztę spotkania oglądać z perspektywy ławki rezerwowych.

Pacers swoje pierwsze punkty w tej kwarcie zdobyli dopiero po 7 minutach gry, a dzieła zniszczenia dopełniali kolejni zawodnicy Knicks, którzy raz po raz trafiali zza łuku. Ostatecznie Knicks zdemolowali Pacers i wygrali to spotkanie w stosunku 105-79.

  • Pacers popełnili aż 21 strat, przy tylko 6 stratach gospodarzy
  • Knicks zebrali 13 piłek w ataku, najlepiej zbierającej ekipie w NBA.
  • Gospodarze zaliczyli aż 11 przechwytów
  • JR Smith stał się oficjalnie właścicielem największej ceglarni w Nowym Yorku trafiając w tych Playoffs 35 rzutów z gry na 103 próby( z Pacers 7/30)

New York Knicks 105:79 Indiana Pacers

Knicks: Anthony 32 pkt, 9 zb, Shumpert 15 pkt, 6 zb, Felton 14 pkt

Pacers: George 20 pkt, West 13 pkt, 6 zb, 4 ast, Hill 12 pkt, 7 ast

 

Krzysiek Czyż

Wierny fan Ersana Ilyasovy. Wychowany na Euro Stepie D-Wade'a i akcjach Paula Pierce'a. Kiedyś zaproszę na grilla Z-Bo. W dzień zamienia się w psychofana Premier League.

5 komentarzy

  1. hydro12 pisze:

    Niech ten Anthony z resztą zostawi trochę energii na te heat

  2. Sadevrian pisze:

    To powinna być siedmiomeczówka – Pacers co najmniej jeden u siebie wygrają na pewno. Dziś straty był kluczowe- w 4 kwarcie Pacers szybko próbowali odrabiać – ceglili za trzy. Z Hawks też zagrali fatalny 1 mecz na wyjeździe.

  3. kosmos111 pisze:

    Grant Hill to chyba nie w Indianie :p

  4. Paweł pisze:

    4:2 dla Indiany będzie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *