Play offs 2013: zapowiedź serii – Chicago Bulls vs. Miami Heat.

Podczas 67. sezonu regularnego potykali się czterokrotnie, z czego każda drużyna wygrała po 2 spotkania. Ostatni raz w play offs, spotkali się w 2011 roku i wówczas górą okazali się podpieczni Erika Spoelstry, którzy też zmierzali do finału NBA. Kilka lat wstecz to jednak Chicago Bulls dominowało serie play offs przeciwko ekipie z Florydy, a prawdziwego szkoku doznali fani Żaru w 2007 roku, kiedy to ich pupile – broniący tytułu wygranego w konfrontacji z Mavs – zostali zmiecieni przez Baby-Bulls. To jednak czasy bardzo odległe, a wtedy to też plaga kontuzji dotknęła florydzką drużynę. Dziś nieco analogicznie, to podopieczni Toma Thibodeau zmagają się z urazami i do meczów z Mistrzami 2012 przystąpią nie tylko bez Derricka Rose’a, ale również bez Krika Hinricha (jego status jest niepewny) oraz Luola Denga (mimo, że wyszedł ze szpitala, to nie niektóre źródła sugerują, iż nie wsiadł on do samolotu zmierzającego do Miami).

http://www.enbiej.pl/upload/po/2013/heat_bulls.png

Heat po szybkim wyeliminowaniu Milwaukee Bucks, mieli czas na odpoczynek i dokładne przygotowanie się na starcie z 6-krotnymi zdobywcami największego w NBA trofeum. Był to szczególnie potrzebny czas dla Dwayne’a Wade’a – najbardziej potrzebującego regeneracji sił. Bulls z kolei przystąpią do pojedynku z numer 1 faworytem rozgrywek play offs, z marszu, po emocjonującym finale spotkań z Nets (rywale z Brooklynu obronili dwie piłki meczowe) i praktycznie bez szans na jakiś większy oddech. Również bez czasu na zaleczenie dających się we znaki graczom urazów (boląca stopa dokucza Joakimowi Noahowi, z bólem łydki zmaga się Kirk Hinrich, a kto wie czy w lato zabiegowi chirurgicznemu na kolanie nie podda się Taj Gibson). W dodatku, w ostatnich dniach, z powodu wirusa do szpitala trafił ten, który miał zatrzymać świeżo upieczonego (4x w karierze) MVP , Luol Deng. W takim razie jak może wyglądać cała rywalizacja dwóch lubianych w naszym kraju drużyn, skoro jedna z nich przypomina szpital?

I – wprowadzenie

Faworyt jest tylko jeden i wydaje się, że każde zwycięstwo rywali z Chicago będzie na miarę sukcesu, grających już bez żadnej presji Bulls. O ile Miami musi wygrać, by dalej bronić tytułu, o tyle Chicago, tylko może (sprawić niespodziankę) awansować dalej. Tak naprawdę Byki pokonując wyżej rozstawionych Nets już zasłużyli na solidne pochwały, a ich mecz numer 4, z trzema dogrywkami, już przeszedł do najlepszej historii NBA. Ten sezon dla Bulls jest jednak inny, od dwóch poprzednich, bowiem nikt już nie liczy na Derricka Rose’a, i zespół Toma Thibodeau świetnie sobie radzi bez wielkiego i wyczekiwanego lidera.

Na Florydzie z kolei, mamy do czynienia z najlepszym składem organizacji kierowanej przez Pata Riley’a od kilku dobrych sezonów. To co stawało się atutem Bulls w ciągu całego sezonu – czyli zespołowość – dziś praktycznie coraz częściej jest dostrzegane w Miami Heat. Wiadomo, że liderów jest aż trzech – wśród nich jeden wyjątkowy i wielki – ale osoby Shane’a Battiera, Ray’a Allena, a nawet Chrisa Andersena (pozyskanego w trybie awaryjnym) daje broniącym tytułu Mistrzom, mocną głębię składu.

O ile Kozły nie miały atutów w walce z Heat, o tyle Byki mają coś ważnego, co budzi respekt w niemal każdym teamie NBA, znakomita defensywa zespołowa. Natomiast Heat najlepiej w lidze czują się w izolacjach oraz grają najszybsze transiton offence w historii ligi. Po tym zdaniu widzimy, że zderzą się dwa odmienne style oraz dwa różne spojrzenia trenerskie na koszykówkę. W dodatku w przeciwieństwie do Nets, Mistrzowie posiadają bardziej wartościowych zmienników, którzy przy urazach kluczowych ogniw Chicago, mogą momentami decydować o obliczach spotkań lub po prostu uciekać rywalom na daleki dystans. To właśnie kontrola gry i wpływ na tempo każdego meczu ma być czymś, nad czym największą uwagę skupi coach Byków. Pytanie kolejne, czy starczy Tomowi Thibodeau „ławki”, do prowadzenia swoich gier, mających na celu powstrzymać silnego rywala?

Pierwsze piątki:

Mario Chalmers – Dwayne Wade – LeBron James – Chris Bosh – Udonis Haslem

Podstawowymi postaciami defensywy Miami są Udonis Haslem i LeBron James. Dużą pracę na obwodzie przy rozgrywającym Chicago powinien robić też Mario Chalmers. Playmaker Heat jednak głównie będzie starał się użądlić rywala celną trójką. Wade – jeśli będzie w pełni sprawny – to postara się o regularne zdobycze na poziomie 20pkt i przy okazji aktywnie będzie pracował przy shooterach Chicago (głównie Marco Bellinelim, rzadziej Richardzie Hamiltonie). Trener też liczy na przebłyski Flasha w przechwytach. Klopoty od zawsze wysokim Bulls sprawia Chris Bosh, ogrywający szybkością i dynamiką Carlosa Boozera, czy starający się wyciągać spod kosza Taja Gibsona lub Joakima Noaha. Siłą Haslema – obok doświadczenie – pozostają zbiórki i nieustępliwość w walce o każdy centymetr strefy podkoszowej. O LeBronie wiemy praktycznie wszystko i zdajemy sobie sprawę ,że najwszechstronniejszy gracz naszego globu znów będzie kręcił cyferki na poziomie triple double (w punktach, zbiórkach i asystach) – just like that ;-)

Nate Robinson – Marco Bellineli – Jimmy Butler – Carlos Boozer – Joakim Noah

Obrona przede wszystkim zależy od zdrowia Joakima Noaha oraz niesamowitej energii objawienia tego sezonu, Jimmy Butlera. To właśnie skrzydłowy Chicago najbardziej zwróci uwagę na ofensywę LeBrona Jamesa. Wiadomo też, żeby Bulls nawiązali równą walkę z Mistrzami to potrzebują w składzie niedocenianego Kirka Hinricha (dwukrotnie w tym sezonie udowodnił, iż potrafi świetnie przeciwstawiać się Miami) oraz niemal rokrocznie, w ostatnich latach, potykającego się i przegrywającego starcia z Jamesem, Luola Denga. Przy ich obecności team z Windy City ma znacznie więcej atutów i szansę na hamowanie tempa faworyzowanego rywala. W ataku sporo i coraz więcej zależy od nietuzinkowego Nate’a Robinsona, podbijającego serca niemal wszystkich fanów NBA. Po tym jak Mistrz wsadów znalazł świetne dla siebie miejsce do gry, postrzegany jest on jako czołowy strzelec Chicago i człowiek, który może dać Bykom choćby cień szansy na równą rywalizację. W dalszej kolejności przypominający sobie najlepsze lata – ex kolega z Cavs LBJ’aCarlos Boozer. Booz w końcu pokazuje, że po poprzednich słabych latach znów zalicza się do grona lepszych silnych skrzydłowych ligi. Na pewno też Thibs otworzy furtkę i da zielone światło na dystansowe granie Włochowi Bellineliemu, zwłaszcza, że w pierwszych meczach raczej zabraknie duetu lepiej spisujących się w po stronie obrony, Hinricha i Denga.

Trenerzy: Erik Spolestra (38-22 w play offs; 2-krotnie w finałach NBA) vs. Tom Thibodeau (15-14; 1 x w finale konferencji).

Spolestra w ciągu dwóch lat sporo przeszedł i wiele się nauczył, nie tylko od Pata Riley’a, ale również od swoich zawodników. W ataku nie stara się im przeskadzać, nie broniąc graczom popisowych kontr i zabójczych izolacji, ale również potrafi znaleźć świetne rozwiązanie podczas finałowych minut meczu. Nie ma problemu z rotowaniem coraz to lepszymi rezerwowymi (przypomnijmy sobie pierwszy sezon wielkiej trójki i słabą rotację Heat) oraz chwilowymi przejściami/zmianami na danych pozycjach (np. Bosh i James wędrują na wyższą pozycję i podkręcają tempo akcji). Spoelstra przygotowany jest na każdą ewentualność, czy to kontuzję Wade’a czy też gorszą postawę Bosha lub Haslema. Wówczas chętnie korzysta z usług Ray’a Allena, Shane’a Battiera, Chrisa Andersena a nawet Rasharda Lewisa. Wszak każdy z nich ma duże doświadczenie w play offs i potrafi zaliczyć dobrą zmianę, nie odbiajającą się na jakośći w grze Heat. Skarbem Spoelstry jest dobry kontakt z gwiazdami oraz głębia składu, które w sumie powinny mu dać pokonanie kolejnej przeszkody w play offs.

Thibodeau również wiele przeszedł i częściowo zmienił swoje nastawienie do wysiłku swoich graczy, ale głównie nauczył się radzić sobie bez Derricka Rose’a (ucząc swoich podopiecznych nieco innej koszykówki). Thibs to wielki motywator, słynący z twardej ręki i potrafiący w danym momencie dokonać skutecznego wstrząsu – poprzez solidne uwagi. To także świetny scout, który bodajże najlepiej w lidze potrafi rozpracować przeciwnika, unimożliwiając mu korzystanie z mocnych stron. Jest to trener lubiący pracusiów oraz wszechstronnych zawodników, ale przede wszystkim wojowników. Stąd takie fory moją u niego Nate Robinson, Joakim Noah oraz Jimmy Butler. Thibodeau w tych rozgrywkach pokazał jeszcze coś nowego; na starcie sezonu dysponował mniejszą głębią składu niż przed rokiem – stracił Omera Asika, Kyle’a Korvera, CJ Watsona i zabrakło cały sezon Derricka Rose’a – a mimo tego już może cieszyć się lepszym wynikiem play offs. O ile defensywnych zamiłowań trenera nie trzeba przedstawiać, to w ofensywie lubi on, kiedy gracze sporo dzielą się piłką, szukają wolnych pozycji i grają ze sobą – dwójkowe lub trójkowe rozwiązania w ataku. W tym sezonie, przy braku Rose’a , widać to szczególnie, gdyż zespół nie ma jedynego, zdecydowanego lidera w ofensywie, a ten gracz, który ma swój dzień ma też swoją szansę na długie granie.

Znaki zapytania w serii:

– zdrowie Dwayne’a Wade’a oraz Luola Denga oraz Kirka Hinricha.

– potencjalny powrót długo wyczekiwanego Derricka Rose’a (wydaje się, że przy wygraniu jednego spotkania na Florydzie przez Bulls, D-Rose może wrócić na serię z Chicago – on sam nie wykluczył tego).

– obawa o bench mob Bulls, której w przypadku absencji trzech nazwisk, może praktycznie nie być.

II – przewagi i słabości:

MIAMI HEAT

mocne strony:

– osoba LeBrona Jamesa, w przypadku braku w składzie Bulls Luola Denga.

– zbilansowany atak przy mocnym wsparciu ławki – Ray’a Allena, Mike’a Millera, Norrisa Cole’a oraz Shane’a Battiera.

– przewaga własnego parkietu, a w przypadku dwóch wygranych spotkań na starcie może wyraźnie podciąć skrzydła Bykom.

– również American Airlines Arena, w której Heat przegrali tylko 4 mecze!

– wcale nie gorsza od byczej defensywa (92.9 CHI i 95.0 MIA), mogąca przy ubytkach Chicago wprowadzić w zakłopotanie rywala.

– pewność siebie, po 100% skuteczności w pierwszej serii, przeciwko Bucks.

– spore doświadczenie w osobach dochodzących w tym sezonie graczy jak Allen, Lewis oraz Andersen.

słabe strony:

– nie w 100% sprawny Dwayne Wade.

– presja na wynik i wygraną otoczenia. Heat muszą wygrać serię w osłabionymi Bulls.

– ligowe dno jeśli chodzi o zbiórki pod koszami.

CHICAGO BULLS

mocne strony:

– zespołowa defensywa (Deng na Jamesa a Butler na Wade’a), która przyniosła 2 wygrane nad Heat w regular season oraz zwycięstwo w serii z Nets.

– liczna kolonia doświadczonych graczy, którzy nie pękną w konfrontacji z Mistrzami (Robinson, Deng, Noah, Boozer, Hinrich i Gibson)

– nic do stracenia, po wykonaniu planu minimum i ograniu Nets.

– energetyczni gracze jak Taj Gibson i Nate Robinson, mogący być decydującymi zmiennikami przy wyniku na styku.

Marco Bellineli, który otworzył się przy pauzie Kirka Hinricha i w dwóch ostatnich spotkaniach z Nets imponował na dystansie.

– dwóch graczy – przy zdrowym Dengu – mogących bez podwojeń i na zmianę kryć Jamesa czyli Deng i Butler.

– podkoszowi grający bardzo solidny sezon – zwłaszcza Boozer i Noah.

słabe strony:

– brak przewagi parkietu, czyli czegoś co mieli podczas play offs w dwóch ostatnich latach.

– problemy zdrowotne starterów, a co za tym idzie automatycznie krótsza ławka i coraz mniej wartościowych zmienników.

– nieregularna i skacząca dyspozycja większości graczy, co zauważaliśmy w serii z Nets (Hinrich, Noah, Deng potrafili w serii nosić dwie twarze)

– zdecydowanie mniej rozwiązań ofensywnych od rywala i brak zdecydowanego lidera..

III – decydujące pojedynki:

LeBron James  kontra Luol Deng / Jimmy Butler

Nie ma w lidze zawodnika, który jest w stanie przez 48 minut trzymać Jamesa poniżej granicy 20 punktów czy na tyle go męczyć by wyraźnie osłabić jego zespół – odcinając MVP od wpływu na grę drużyny. Jednak jeśli Thibodeau dostanie w meczach w United Center zdrowego Denga to będziemy mogli podpatrzeć jak na zmianę przy LBJ’u radzą sobie Deng i Butler. Obaj nie będą się oczczędać i postarają się również zmęczyć LeBrona swoją postawą w ataku. Zwłaszcza Anglik, który spełnia rolę takiego łącznika między back courtem i front courtem Bulls i wchodzi w trójkowe  zagrania z Noahem i Boozerem lub Gibsonem. James z kolei wykazał się wielką klasą po wygranej przez Byki serii z Nets, mówiąc, że teraz zmierzą się naprawdę cztery najsilniejsze zespoły Wschodu (Heat, Bulls, Knicks i Pacers) i uważał, że Bulls zwyciężą Nets w ostatnim meczu, znając ich zaangażowanie oraz wolę walki.

Chris Bosh kontra Carlos Boozer

W zasadzie dwa odmienne style gry; Bosh energetyczny, lubiący rzucić z półdystansu i wyciągający wysokich rywala – natomiast Boozer wolniejszy, nieco ślamazarny i momentami usypiający w obronie. W tegorocznych konfrontacjach z Miami, były klubowy kolega z Cavs LeBrona jednak się przebudził i w jednym ze spotkań na Florydzie rozegrał swój mecz sezonu (31pkt i 12zb). Kto wie czy po wygranej serii z Nets, Carlos nie zadziwi nas jeszcze jakimś wyjątkowym spotkaniem? Bosh z kolei w tym sezonie grywał już jako fałszywy środkowy oraz w potyczkach z Bulls wyróżniał się nie tylko wszechstronnością, ale i trafieniami z półdystansu. Jego gra znów będzie bazowała na wyciąganiu z pola trzech sekund Noaha, Gibsona lub właśnie Boozera. Coś czym dorównać może Boshowi silny skrzydłowy Chicago, w tych play offs, to poprawa rzutu z półdystansu (wysokim lobem, czasami nawet przy skaczących rywalach udawało się Boozowi trafiać).

Zmiennicy

Ray Allen, Rashard Lewis, Norris Cole, Shane Battier i Chris Andersen to solidna armia rezerwowych trenera Miami. Z kolei Thibs jeśli ma zdrowych graczy to może liczyć na wsparcie na obwodzie Nate’a Robinsona, Jimmy Butlera lub Marco Bellineliego (w zależności kto jest starterem -> Deng) oraz pod koszem Nazra Mohammeda i Taja Gibsona. Doświadczenie w play offs jest wyraźne po stronie Heat, a zdobyty przed rokiem tytuł, przy przewadze własnego parkietu, staje się czymś czego Bulls mogą długo nie przeskoczyć.

IV – Podsumowanie

Wygrają Heat, bo Bulls mają zbyt wiele problemów zdrowotnych i w pierwszych dwóch meczach Żar wypracuje sobie przewagę psychologiczną (przy 2 wygranych). Z każdym kolejnym meczem Tomowi Thibodeau ciężej będzie zmotywować swój zespół do wygranej, a podrażniony jedną porażką w United Center tercet (James-Wade-Bosh) przejmie kontrolę nad dwoma ostatnimi meczami w serii – tym samym prowadząc Heat do trzecich z rzędu Eastern Conference Finals. Oczywiście LeBron James nie znajdzie godnego siebie przeciwnika, a obrona Butlera i Denga wystarczy na jedną kwartę każdego spotkania (drugą, kiedy będzie odpoczywał).

Wygrają Bulls, gdyż Heat totalnie ich zlekceważą na początku serii i dadzą sobie zabrać jedno zwycięstwo z American Airlines. Następnie do składu Chicago, na mecze w United Center wróci Derrick Rose, i wystarczająco wesprze Kirka Hinricha i Nate’a Robinsona, by wyrwać sensacyjną wygraną z rąk Mistrzów. Ataki Chicago, przy Derricku i Nate’cie będą miały kluczowy wpływ na zwycięstwo w tej serii, a tempo prowadzonych przez nich akcji będzie bardzo zbliżone do poziomu Wade’a i Jamesa. Kolejna zasłona dymna Toma Thibodeau zostanie odsłonięta!

V – mój typ

Żadne powroty Denga, Hinricha i Rose’a nie będą w stanie zatrzymać Miami Heat, zwłaszcza, że niesamowite rzeczy wyprawia w tym sezonie LeBron James. Heat grają na tyle atletyczną koszykówkę i tak bardzo szybką, iż nawet słynący z wysokiego zaangażowania w grę czy serce w obronie Byki nie dadzą rady powstrzymać naporu Mistrzów. Dodatkowo na formę drużyny wielki wpływ mają weterani – Ray Allen i Shane Battier – preferujący dystansowe granie. Zatrzymać Heat mogliby 30-letni Michael Jordan, Scottie Pippen i Dennis Rodman. Jednak to już materiał na inną bajkę ;-) 4-1 dla Heat. Wyraźnie i zdecydowanie.

Woy

Największy i najstarszy Dinozaur na Enbiej.pl, współtwórca strony. Fan koszykówki z lat końcówki lat '80-tych oraz początku lat '90-tych ; show-time Lakersów czy mocnej defensywy Pistons oraz Knicks. Kibic Chicago Bulls oraz Magica Johnsona czy Scottiego Pippena.

11 komentarzy

  1. w pisze:

    1:0 Bulls, NVP do przerwy 2 punkty, a w końcówce rzuca cegłami :). Cos pięknego!

  2. saturn pisze:

    Voy
    Mam nadzieję (pewnie Ty też) że się nieco pomyliłeś i nie będzie łatwo dla Miami. Mecz otwarcia daje Chicago już to „jedyne” zwycięstwo. To pyszna niespodzianka.

  3. Marcin 23 pisze:

    „4-1 dla Heat. Wyraźnie i zdecydowanie.”

    I cały misterny plan w piz#$ :)

    • woy9 pisze:

      1/ Heat mieli nieco przerwy i to zawsze negatywnie wpływa na formę drużyny. Ponadto radzę doczytać w tekście, ,że Żar może zlekceważyć Bulls w pierwszych meczach i przy kontuzjach. Wg mnie dokładnie tak się stało. Tylko, że teraz pojawi się jeszcze większa presja ;-)
      2/ ciągle 4-1 jest możliwe, także spokojnie, bo na Grizzlies też stawialiśmy 4-2 a przegrali pierwszy mecz i nikt nie zmienia typów!
      3/ ostatnia kwarta to było coś czego chyba nikt nie oczekiwał, nawet fani Bulls. Zwłaszcza w ataku.
      4/ W play offs 2011, w finale konferencji, Bulls też wygrali pierwszy mecz z Heat (20stoma), a następnie przegrali 4 w serii, i mimo przewagi własnego parkietu..z Rosem.

  4. Paweł pisze:

    Mam nadzeję, że się pomylisz i tak łatwo nie pójdzie Heat. Swoją drogą chętnie zobaczył bym pojedynek Miami ze starymi Bulls (Jordan, Pippen). To by była seria.

    • w pisze:

      A co tu by było oglądać 4-0 i Miami do domu. Jak Bronka kryje taki mlokos i sobie szanowny MVP nie radzi, to co by było gdyby go Pipen pokrył :D. A jaka deska z Rodmanem! O MJ-u nie wspominając!

  5. manek pisze:

    HA! Heat przysnęli trochę przez tą przerwę, a Byki w gazie nie dali im szans w 4 kwarcie, ale Miami szybko się otrząśnie, jednak Bulls mogą ich nastraszyć jak Indiana rok temu.
    Za to katastrofalne ostatnie minuty Warriors pozwoliły Spurs uniknąć losu Heat, jednak Warriors znowu rewelka, a 44 punkty Curry’ego robią wrażenie.

  6. Adik pisze:

    Z Bulls tak jest, że jakoś nie leżą Miami, nawet po 27 wygranych z rzędu Bulls pokazali że chcą Miami robić na złość…
    Jestem za Heat ale obawiam się że mogą przewalić serię bo Byki to na prawdę zawzięta drużyna

    • Adik pisze:

      P.S
      no i wychodzi brak prawdziwego centra, bo LeBron przeciwko Noah to mimo wszystko nie to…

  7. Furious pisze:

    Miami trochę ich zlekceważyło, aczkolwiek tak łatwo się nie poddadzą. To dopiero pierwszy mecz także jeszcze wiele przed nami…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *