Podsumowanie sezonu zasadniczego (2/6) – Central Division.

Dywizja Centralna to druga po Atlantyckiej grupa w Eastern Conference, która ma trzech swoich przedstawicieli w play offs. Wśród pięciu drużyn dwie z nich – Bulls i Pacers – prezentują zbliżony poziom, analizując końcowy bilans. Ostatnia czyli Bucks jest z kolei jedyną w NBA play offs, która awansowała do gier poseznowych z ujemnym wynikiem. Między pierwszymi a dwiema ostatnimi ekipami istnieje dość duża przepaść – różnica poziomów – i wydaje się, że właśnie w Cleveland i Detroit dojdzie do wielkich zmian na ławce trenerskiej oraz wierzenia składów po kolejnym nieudanym sezonie.

Indiana Pacers 49-32

Gdyby nie słaba końcówka sezonu i trzy przegrane pod rząd to zespół Franka Vogela spokojnie mógłby się cieszyć z 50. zwycięstw w sezonie. Jakby jednak nie patrzeć na wyniki całej organizacji to jest bilans najlepszy od sezonu 2003-4 czyli ery, w której Rick Carlisle awansował z Nadającymi Tempo do finału konferencji (bilans ówczesnej drużyny to rekordowe w historii klubu 61 zwycięstw). Na początku trzeba zaznaczyć, że kolejny rok świetnej pracy z nadal rozwijającą się drużyną ma Frank Vogel, który znów poprawił wskaźniki defensywne zespołu (po raz pierwszy od pamiętnego sezonu trenera Carlisle poniżej 100 – 99.8 Drtg).

Pacers to przede wszystkim zespół bardzo atletyczny, opierający swoją grę na wszechstronności George’a Hilla, Paula George’a i Davida Westa. O ile ci gracze odpowiadają za zbilansowany atak, o tyle Lance Stephenson i Roy Hibbert wydają się być bardziej zaangażowani przy obronie własnego kosza. Bardzo istotnym faktem jest granie przez 76 spotkań bez lidera punktowego z ostatnich paru sezonów – Danny’ego Grangera. Dziś spokojnie zaryzykuję stwierdzenie, że kilka oczek tego skrzydłowego zwiększyłoby wyraźnie szanse Pacers na zajęcie drugiego miejsca na Wschodzie.

Nieobceność Grangera znakomicie wykorzystał największy wygrany tego sezonu, wszechstronny Paul George. Esencją jego zwyżki formy i dalszego rozwoju był oczywiście awans do All Star Game. Różnica między oboma liderami Pacers jest taka, że George góruje nad kontuzjowanym dziś Grangerem zdolnościami do gry w defensywie. Niejeden rzucający obrońca NBA – jak Dwayne Wade, Kobe Bryant czy Joe Johnson – wyraźnie odczuł pracę George’a w 67. rozgrywkach.

Jeśli jesteśmy przy mocnych stronach klubu z Indiany, to nie można pominąć progresu i lepszej gry niż podczas skróconego sezonu – Davida Westa. Ex podkoszowy Hornets znalazł większe granie z kolegami i coraz efektywnie spisywał się – zdobywając większą liczbę punktów, częściej asystując i dystansując perspektywicznego Tylera Hansbrougha. Na pewno West zapracował na swoje 10 mln USD za sezon, a po sezonie być może czeka go podwyżka (niekoniecznie w Indianie).
Po słabszej stronie należy zapisać występy Roy’a Hibberta, który wg niejednego obserwatora obniżył swoje loty po podpisaniu lukratywanego konktraktu w poprzednie lato. Czołowy center wschodniego wybrzeża obniżył swoje zdobycze punktowe, rzadziej zbiera, nie miał praktycznie szans na ponowny awans do All Star i dopiero ostatnie półtora miesiąca pozwalają nam myśleć, że nawiązuje on do najlepszych występów z poprzedniego sezonu. O ile Hibbert budzi się ze snu zimowego, o tyle kompletnym niewypałem wśród Pacers okazuje się DJ Augustin, którego zadaniem było co najmniej granie na poziomie prezentowanym w niszowym Charlotte. DJ praktycznie nie podjął rywalizacji z weteranem, Georgem Hillem, a ponadto wcale nie zastępuje on oddanego do Mavericks – Darrena Collisona. W tym momencie należy zaznaczyć, że przy absencji Grangera, Frank Vogel dysponuje mniejszym ogniem z ławki.

Podsumowując: dla mnie forma Pacers nie jest jakimś zaskoczeniem, ani fakt, że wygrali własną dywizję. Przed sezonem prognozowałem dokładnie 50. wygranych i kto wie czy jeśli nie miał by miejsca nieszczęśliwy wypadek podczas bostońskiego maratonu to Indiana miałaby jedną wygraną więcej. Na pewno niejeden z nas liczył na rozwój Paula George’a, ale również na powrót Danny’ego Grangera. W tym wypadku wyniki zespołu są wręcz świetne. Jeśli jednak zapytacie mnie jak widzę szanse Pacers na play offs 2013 odpowiem podobnie jak przed startem rozgrywek, maksymalnie II runda play offs. Przeprawa z Hawks na pewno nie będzie należała do łatwych.

Chicago Bulls 45-37

6-krotni Mistrzowie NBA wyglądają na zespół, który nie forsował tempa podczas 82 gier. Przede wszystkim Tom Thibodeau nieco odpuścił swoim graczom i nie starał się śrubować kolejnych rekordowych wyników (przypomnę ,że Thibs jest coachem, który najszybciej wygrał 100 spotkań w NBA). Być może dlatego, że po pierwsze – zabrano mu najlepszych zmienników (CJ Watson, Kyle Korver, Omer Asik i Ronnie Brewer – tych odejść było zdecydowanie za wiele). Po drugie natomiast – nie wypełnionio mu składu zbyt wielką liczbą wartościowych zmienników (Kirk Hinrich, Nate Robinson nie zakleili należycie miejsca po kontuzjowanym Derricku Rose’ie a Marco Belinelli notował upadki i wzloty). Thibs znów skazany został na swoich starterów, z których usług regularnie korzystał na poziomie 43-44 minut.
Nic dziwnego, że obok wielkiego nieobecnego niemal każdy zawodnik pierwszej piątki łapał kolejne kontuzje i w ostatnich tygodniach najbardziej kluczowi zawodnicy jak Joakim Noah, Luol Deng oraz Taj Gibson odpoczywali przez parę/kilka spotkań. Jakby nie patrzeć na Chicago Bulls to trzeba odnotować trzy ważne fakty i plusy.

Jeden z nich to kolejny awans do All Star Luola Denga, który stał się w NBA znakiem firmowym Windy City. Deng, mimo nie poddania się operacji na nie do końca sprawnym nadgarstku, nadal notuje statystyki na poziomie poprzedniego – udanego sezonu. Idąc dalej – podkoszową bestią ze względu na swoją wszechstronność (umiejętność zbierania piłek i co ciekaw podawania ich do rywali) stał się Joakim Noah. Francuz również miał zaszczyt zagościć podczas Meczu Gwiazd, ale ostatnim czasie nieco obniżył loty poprzez przedłużającą się kontuzję. Najważniejszy punkt w perspektywie play offs, oraz przy kontuzji Rose’a to eksplozja formy Nate’a Robinsona, który w Chicago, pod skrzydłami swojego starego-dobrego trenera, znalazł prawdziwy dom do grania. Robinson nie tylko zaliczył poprawy statystyczne, ale odnieść można wrażenie, że z większą nawiązką zastąpił Rose’a niż wracający na stare śmieci – Kirk Hinrich.

Jeszcze o kolejnym X-factorze, który jest niezwykle przydatny po bronionej części parkietu i bardzo dobrze zastępował Denga podczas marca. Mowa tutaj o Jimmym Butlerze, który po pierwszym sezonie, znacząco podbił swoje akcje w Wietrznym Mieście i pod ręką charyzmatycznego i wymagającego szkoleniowca. Dziś Thibodeau nie boi się wypuszczać Butlera nawet na pozycji numer 2, lepiąc niedoskonałości defensywne Ripa Hamiltona i Marco Belinelliego. Na pewno, kiedy przyjdzie do defensywy na najwyższym poziomie w play offs, Thibs wyciągnie rękę po skrzydłowego nie raz.

Wydaje się, że na plus można również ocenić występy Carlosa Boozera, osiągające swoje sezonowe prime w spotkaniach na Florydzie i okolicach Meczu Gwiazd. Booz rozegrał wg mnie najlepszy sezon w czerowonym trykocie i może okazać się kluczową postacią w konfrontacji z Nets. 44-double double gracza to najlepszy wynik w Wierznym Mieście i o jeden niższy od Zacha Randolpha czy Nika Vucevića.

Nawiązując do przedsezonowych przewidywań, wydawało mi się – tak jak i pewnie niejednemu kibicowi Chicago – że w pewnym momencie dołączy do drużyny (gdzieś w okolicach marca) Derrick Rose i przejmie rolę startera z rąk Hinricha. Niestety tak się nie stało, ale zespół notujący upadki i wzloty ostatecznie osiągnął bilans lepszy od prezentowanej czasami formy – czyli 4 zwycięstwa niżej od Pacers oraz Brooklyn Nets.

Milwaukee Bucks 38-44

Zespół z Wisconsin był daleki od bicia się na równi z czołowymi drużynami wschodniego wybrzeża. Mimo, że posiada w składzie takie indywidualności jak Brandon Jennings i Monta Ellis to sezonu zasadniczego nie zaliczy do najbardziej udanych. Wprawdzie Kozły awansowały do gier posezonowych, ale ostatnie mecze i styl gry zostawiają wiele do życzenia. A wydawało się, że zmiana szkoleniowca ze Scotta Skilesa na Jima Boylana może przynieść większe korzyści.
Na pewno wielkim pozytywem była eksplozja talentu Larry’ego Sandersa, zajmującego miejsce weterana Drew Goodena, oraz spychającego gdzieś na tor boczny – oddanego w końcu do Orlando Tobiasa Harrisa – lub wchodzącego z ławki Sama Dalemberta. Sanders niemal do końca rozgrywek walczył o miano najlepszego blokującego ligi oraz starał się znaleźć w pierwszej 20stce graczy z double double (26x).

Wśród Bucks niestety zbyt wiele zależy od skuteczności i dnia na dystanie duetu Jennings-Ellis. Ponadto gdzieś w perspektywie nowego sezonu cały czas krąży widmo odejścia obu zawodników po sezonie. Ten fakt na pewno stawia dalsze losy organizacji pod znakiem zapytania i być może rodzi w zespole jakieś niepewności.
O ile Jennings lepiej prezentował się pod względem zdobywania punktów i skuteczności w trzech pierwszych miesiącach rozgrywek, o tyle ostatnie półtora miesiąca oznacza bycie w cieniu Monty Ellisa (dwukrotnie w sezonie wybrany graczem tygodnia). W dalszej perspektywie – jego rola jako zdobywającego punkty została nieco ograniczona, wraz z przyjściem JJ Redicka.
Na pewno poztywnym zaskoczeniem, jeszcze większym w erze trenera Skilesa, były występy Mike’a Dunleavy’ego Jr. Rezerwowy obwodowy zerwał – być może na dobre – z kontuzjami i okazywał się w niejednym spotkaniu wartościowym uzupełnieniem z ławki drużyny. Dla przykładu ex gracz Pacers i Warriors podciągnął skuteczność zza łuku do najwyższego wskaźnika w karierze i 42,8 %.

Natomiast o Monta Ellisie możemy powiedzieć, że potrafił on prowadzić zespół do niejednej wygranej, jak i również potrafił zawodzić w końcówkach ważnych spotkań – ale jego osiągnięcia asyst na najlepszym poziomie w karierze. Należy się też zastanowić jak w jakim stopniu częste trzymanie piłki w rękach lidera Kozłów blokuje czy hamuje możliwości innych graczy jak choćby notującego gorszy od poprzedniego sezon Ersana Ilyasovy?
Niestety Bucks w play offs trafiają na najlepszą drużynę fazy zasadniczej i w dodatku aktualnych Mistrzów NBA. Wyrwanie dwóch zwycięstw będziemy mogli uznać za mały sukces. Natomiast po sezonie oczekuję zmian w składzie i roszad na ławce trenerskiej.

Detroit Pistons 29-53

Patrząc na Detroit Pistons trzeba podrekślić jeden fakt, ten zespół stoi, mimo dopływu świeżej krwi w osobach nowych graczy. Jeśli mielibyśmy budować na kimś przyszłość to musielibyśmy wymienić tylko jedno nazwisko – Greg Monroe. Poza nim, reszta drużyny, w erze Lawrence’a Franka , zdecydowanie odstawała poziomem.
Podkoszowy Tłoków jest pierwszym graczem Pistons od ery Granta Hilla, który w sezonie zasadnicznym pokusił się o co najmniej 37. double-double. Praktycznie gdyby już dziś zdecydował się na opuuszczenie zespołu to w jednym momencie rzuciłoby się na niego co najmniej 10-15 innych klubów NBA. To jest ta jedyna iskra Pistons dająca szansę na lepszą przyszłość. Co zatem z innymi?

Lawrence Frank przez swoje ostatnie dwa lata bawił się w powszechnie nie lubiane eksperymenty przez fanów drużyny z Detroit i stawiał kolejno na dwójce Rodney’a Stuckey’a i Brandona Knighta. Niestety żaden z nich nigdy nie był i raczej nie będzie potrzebnym zespołowi shooterem, stąd też już dziś pojawia się pomysł pozyskania OJ Mayo.

Atak Pistons podczas 67. sezonu wyglądał niewspółmiernie do potencjału młodych graczy. Poniżej za chwilę przeczytacie o dywizyjnym rywalu Tłoków – Cavaliers – i zarówno w Detroit jak i Cleveland – można odnieść wrażenie – że przeholowano z liczbą młodych graczy, nie dając im potrzebnego wsparcia i doświadczonych graczy by osiągnąć coś więcej niż 20-pare zwycięstw. Jose Manuel Calderon przybył nieco za późno by wspomóc i poprawić współpracę na lini back court – front court. Hiszpan może być ważnym elementem nowych, przebudowanych Tłoków, jeśli znajdzie wspólny pomysł z nowym trenerem (na razie nie wiemy kto nim będzie). Jednak tak ja wspomniałem wcześniej zespół potrzebuje wzmocnienia na pozycji numer 2 i wówczas, przy bardziej zbilansowanym potencjale możemy zobaczyć silniejszych Pistons, w pełni wykorzystujących utalentowanych podkoszowych – bo przecież w Mo-town mamy jeszcze nieokrzesanego Andre Drummonda (ten może czerpać wiele korzyści z first pass playera jakim jest Calderon).

Dziś Tom Gorres (właściciel drużyny) ma kilka dylematów – kogo zatrudnić na stanowisko trenera, czy zwalniać ikonę klubu siedzącą na fotelu managera – Joe Dumarsa – oraz czy znów liczyć na odrobinę szczęścia w drafcie – a może pójść w inwestycje wolnych agentów? Pytań jak widzicie jest cała masa i z odpowiedziami musimy nieco poczekać. Na pewno obok Mayo, przydałby się drużynie doświadczony zadaniowiec, stoper na najlepszych strzelców rywali – wiemy ,że Tay Prince czyli ostatni Mistrz NBA z 2004 roku – nie doczekał się na razie godnego następcy. Wypadałoby się też rozstać z kilkoma zasiedziałymi w Detroit zawodnikami jak Rodney Stuckey (i jego wysoki kontrakt), Charlie Villanueva oraz Jason Maxiell. Dopływ świeżej krwi, głodnej zwycięstw na pewno mile widziany w stanie Michigan.

Cleveland Cavaliers 24-58

Kawalerzyści podczas trzech kolejnych sezonów nie potrafili uzyskać tyle wygranych , ile w obecnych rozgrywkach odnieśli Miami Heat (64:66 na korzyść Mistrzów). Hamulcem nie tylko były marne efekty pracy trenerskiej odchodzącego Byrona Scotta, ale również ślepa wiara w debiutantów wybieranych z wysokimi numerami. Zespół z Ohio praktycznie poza CJ Milesem nie pozyskał wartościowych zmienników i dopiero wymiana z Grizzlies przyniosła im uzupełnienia przy osobach Mareesse’a Speightsa oraz Wayne’a Ellingtona (wcale jednak nie tak mocne jak widzimy po bilansie spotkań).

Pewne jest, że Dan Gilbert będzie starał się wyciągnąć z puli wolnych trenerów, kogoś w większym nazwiskiem (w grę wchodzą wg Gilberta – Nate McMillan, Mike Brown, a nawet Phil Jackson) by zmotywował młodzianów do większego wysiłku, zwłaszcza w defensywie. Cavaliers praktycznie grali to co wyjdzie (mówiąc w slangu ulicznym) a z każdą kolejną kwartą ich skuteczność i efektywność spadały – co często przeradzało się w porażki. Brakowało często koncentracji, zimnej krwi, Nawet przy teoretycznie wygranych spotkaniach. Być może niejeden z Was myśli, że cała organizacja za bardzo zawierzyła w numer 1 słabego draftu, Kyrie’ego Irvinga. Jak obserwujemy przez drugi kolejny sezon, australijski Amerykanin nie jest Iron-manem i kontuzje potrafią się jego czepiać. Stąd też wypadałoby pomyśleć o wartościowym back upie. Lepszym niż Livingston czy Gibson.

Jeśli obok lidera punktowego Cavs można kogoś jeszcze wyróżnić, to będzie nim na pewno wielki nieobecny drugich 41 spotkań, Anderson Varejao. Bez Brazylijczyka strefa podkoszowa Kawalerzystów straciła sporo dobrego – masę zbiórek i jeszcze więcej charakteru – waleczności. Strarał się jak mógł – notujący 31. double double w sezonie – Tristan Thompson.. 22-latek to z pewnością materiał na przyszłość i wiele zależeć będzie od tego, jakiego nowego trenera dostanie i czy ten zmotywuje drugoroczniaka to większej pracy nad sobą przy poprawie defensywy?

Warto też wspomieć, że nie najlepiej z roli shootera wywiązywał się w pierwszym swoim sezonie Dion Waiters. Zawodnik z pozycji numer dwa nie może rzucać na 23% zza łuku (a tak wyglądały jego ostatnie mecze), zwłaszcza, gdy ma być drugim strzelcem drużyny, tuż po Irvingu. Szczerze mówiąc od drugiego wyboru draftu oczekiwaliśmy chyba wszyscy nieco więcej.

Na koniec, szkoda, że w Cleveland część przygotowań pod lepszą drużynę Bryona Scotta poszło na marne. Wydaje się, że trener mógł dostać nieco więcej wartościowych zawodników do rotacji (zamiast Luka Waltona lub Shauna Livingstona, a zwłaszcza bardzo słabiutkiego Omri Casspi). Jeśli oprócz trenera Cavs nie dokoptują klasowego gracza to niestety znów zmuszeni będą liczyć na wysoki numer w drafcie i walkę o wygranie 30. spotkań. Nawet z Philem Jacksonem, którego chciałby zatrudnić Dan Gilbert. Przed Cavs pracowity off-season.

Woy

Największy i najstarszy Dinozaur na Enbiej.pl, współtwórca strony. Fan koszykówki z lat końcówki lat '80-tych oraz początku lat '90-tych ; show-time Lakersów czy mocnej defensywy Pistons oraz Knicks. Kibic Chicago Bulls oraz Magica Johnsona czy Scottiego Pippena.

2 komentarze

  1. Szuwarek napisał(a):

    Niedawno odkurzyłem swój plik z przewidywaniami napisany tuż przed początkiem sezonu. Muszę powiedzieć, że całkiem nieźle obstawiałem.
    1. Pacers – 57-25 (ok, trochę przeholowałem; wyszło nieco gorzej, ale gdyby Granger był zdrowy pewnie skończyłoby się na 53-55 zwycięstwach)
    2. Bulls – 44-38 (jest 45 więc praktycznie trafiłem)
    3. Hawks – 44-38 (idealnie)
    4. Pistons – 34-48 (jest trochę gorzej i to spory zawód dla mnie. Jednak tutaj trzeba jakościowych zmian, a nie liczenie, że dobry draft coś zmieni)
    5. Cavs – 29-53 (znowu trochę zbyt optymistycznie, ale kontuzje Irvinga i Varejao były głównym powodem)

  2. M napisał(a):

    Co do Waltona to się nie zgodzę- faktycznie, cyferek nie kręci prawie żadnych, ale gdy tylko wchodził na parkiet gra ofensywna kawalerzystów wyglądała o niebo lepiej, a i w defensywie mądrze kierował ustawieniem zawodników- pod względem IQ boiskowego wyróżniał się w tym zespole na plus.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *