Harris i Vucevic to za mało na Kawalerię

old-orlando-magic-logo-20002Wczorajsze spotkanie pomiędzy Orlando Magic i Cleveland Cavaliers to pojedynek dwóch drużyn, które nie mają już o co walczyć w tym sezonie. No, może o lepsze rozstawienie w drafcie, ale nikt nie podejrzewa drużyn z NBA o to, że specjalnie przegrywają, żeby mieć wyższy wybór. Orlando Magic ma bardzo słaby bilans, ale w ostatnich spotkaniach gra naprawdę dobrze, grając chyba najmłodszym pierwszym składem w całej lidze. Cavaliers natomiast przerwali ostatnio serię 10. porażek i chciała poprawić bilans w spotkaniu z teoretycznie słabszym przeciwnikiem. Udało się, bo Kawalerzyści wygrali 91:85 i odnieśli drugie zwycięstwo z rzędu.

Przebieg spotkania

Początek meczu to koncert spudłowanych rzutów po obu stronach. Zdziwiło mnie to, ponieważ obie drużyny są usposobione raczej ofensywnie, a dzisiaj grały naprawdę nieźle w obronie. Pierwsze punkty dla gości zdobył świetnie dysponowany ostatnio Mo Harkless. W meczu z Chicago, nie pokazał co prawda wiele, ale w spotkaniach ze Spurs i Rockets rzucił łącznie 46 punktów, dodając 15 zbiórek. Szkoda, że tylko początek spotkania w wykonaniu młodego zawodnika był niezły, bo później było już tylko gorzej. M w całym meczu zdobył 7 punktów, przy skuteczności 3/12 z gry. Po 9. minutach to goście prowadzili 22:14 za sprawą świetnej postawy Nikoli Vucevica, który już w tym momencie miał 8pkt i 8zb. Straty jednak dosyć szybko zniwelowali gospodarze i pierwsza kwarta skończyła się wynikiem 24:22 dla przyjezdnych.

Druga kwarta miała bardzo podobny przebieg. Orlando przez chwilę prowadziło, później szybko pozbierali się gospodarze. Do ataku zerwali się CJ Miles i Shaun Livingston i Cleveland wyszło nawet na prowadzenie 30:28. Potem jednak trafiać zaczął Harris, ponownie kilka punktów dołożył Vucevic i wydawało się, że Orlando spokojnie kontroluje przebieg spotkania. W drużynie gospodarzy jednak dobrze pokazał się dzisiaj Alonzo Gee, który ostatnio naprawdę zawodził zarówno w obronie jak i e ataku. Dzisiaj był najlepszym strzelcem gospodarzy (19pkt) i w dużej mierze to jemu kibice z Cleveland zawdzięczają zwycięstwo. Pod koniec drugiej kwarty kilka ważnych punktów zdobył Tristan Thompson, ale to Orlando schodziło na przerwę z minimalnym prowadzeniem 48:44.

Najlepszym zawodnikiem trzeciej kwarty był dal mnie Tobias Harris. Cieszę się, że Orlando postanowiło postawić na młodych, bo kiedy tylko da się im więcej minut to widać, że mogą powalczyć z każdym. Harris gra ostatnio po 40+ minut w meczu i zdobywa double-double, że aż miło! Szkoda tylko, że ta sytuacja jest spowodowana beznadziejnymi wynikami drużyny, a nie dostrzeżeniem talentu przez coacha. Harris zdobył w tej części 8 punktów i miał kilka ważnych zbiórek. Walczył i niwelował jak mógł pogoń gospodarzy, co skończyło się prowadzeniem 66:62 po tej części spotkania.

Czwarta kwarta należała jednak do gospodarzy. Wpadało im prawie wszystko i nawet słabszy dzień Kyrie’go Irvinga (3/15 z gry), nie przeszkodził im w odniesieniu zwycięstwa. Dobry mecz z ławki zagrał Shaun Livingston, double-double na poziomie 15pkt i 16zb zanotował Thompson i Kawalerzyści odnieśli wymęczone zwycięstwo 91:85. W szeregach gości poza Harrisem (26pkt, 12 zb), świetnie spisał się Nikola Vucevic, autor 21 punktów i tyluż zbiórek. Bestia na tablicach. Niestety ( a może na szczęście?), jak tak dalej pójdzie, to Magic będą jednymi z faworytów o numer 1 w drafcie. Są plusy i minusy bycia jedną z najsłabszych ekip w lidze.

Orlando Magic 85:91 Cleveland Cavaliers

Magic – Tobias Harris (26pkt, 12zb), Nikola Vucevic (21pkt, 21zb)

Cavaliers – Alonzo Gee (19pkt), Tristan Thompson (15pkt, 16zb)

Wojciech Gackowski

Wojciech Gackowski (rocznik 89', 6-0ft) - na boisku często biegam jako zawodnik na pozycjach 1-4, ale tak naprawdę od zawsze byłem combo guardem. Nie lubię błyszczeć w ataku i wolę podać koledze jakiegoś no-look-passa niż punktować jak szalony. W obronie nieustępliwy i wygadany jak Iman Shumpert. Kiedy nie gram dla wyniku uwielbiam z kolegami urządzać sobie konkursy rzutów za trzy i bardzo często w nich wygrywam. Przygodę z NBA zacząłem od finałów roku 1996, kiedy Bulls zmierzyli się z Seattle Supersonics. Miłość do tych drugich pozostała we mnie do dzisiaj, tylko, że w miejsce Paytona i Kempa, kibicuję Westbrookowi i Durantuli. Od zawsze jestem też niepoprawnym fanem LALakers i Kobego.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *