Urodzinowe wspomnienie LaBradforda Smitha.

Autor: Piotr Gładczak

To był wieczór 19 marca 1993 roku. Na trybunach Chicago Stadium zasiadło 18 676 widzów. W ich obecności niespełna 24-letni wtedy i nieznany szerszej publiczności LaBradford Smith odważył się przeciwstawić Michaelowi Jordanowi i jego zmierzającym po pierwszy threepeat Bulls.

Dla „Byków” było to 64. spotkanie w sezonie. We wcześniejszych meczach odnieśli 43 zwycięstwa czyli dokładnie tyle ile porażek na koncie miał zespół Smitha – Washington Bullets. Dla „Pocisków” był to kolejny już stracony sezon. Piąty z kolei kiedy ekipa ze stolicy nie awansowała do playoffs. Mimo wzmocnień w kolejnych latach takimi graczami jak Tom Gugliotta, Chris Webber czy Juan Howard zespół pogrążał się w beznadziei. Nie o tym jednak dziś chciałem pisać.

Powróćmy do 19 marca 1993. Nieopierzony jeszcze drugoroczniak wyszedł w pierwszej piątce Bullets, a jego bezpośrednim rywalem miał być MJ. Zapowiadało się na spacerek dla Bulls. Jednak od początku meczu nadspodziewanie dobrze grał cały team z Waszyngtonu, a ponad wszystkich wyrastał mierzący 191 cm LaBradford. Jeszcze przed ostatnia kwartą goście prowadzili 80-79. Mimo ostatecznej porażki (99-104), tego wieczora najmocniej świeciła gwiazda koszykarza, po którym nikt się tego nie spodziewał. LaBradford Smith rzucił tego dnia 37 punktów (15-20 FG, 7-7 FT) zebrał pięć piłek i rozdał trzy asysty. Przyćmił MJ-a nie tylko w ataku, ale i w defensywie zatrzymując go na 25 oczkach (9-27 FG).

Bulls wygrali, ale Jordan zapamiętał z tego spotkania trzy ważne słowa wypowiedziane przez jego rywala zaraz po meczu. Schodząc do szatni Smith rzucił złośliwie w kierunku Mike’a – Niezły mecz Mike.

Wszyscy wiemy, że zawodnik z numerem 23 na koszulce nigdy nie puszczał płazem takich zachowań. Jego klasa nie pozwalała mu jednak na utarczkę słowną. Mike zawsze rewanżował się najlepiej na parkiecie, a los tak pięknie ułożył terminarz, że następnego dnia obie ekipy zmierzyły się ze sobą ponownie. Tym razem jednak w Capital Center w Waszyngtonie.

Mecz z poprzedniego dnia podziałał na Jordana jak płachta na nomen omen Byka. Już przed meczem zapowiadał – Dla mnie była to bardzo wstydliwa sytuacja. Ewidentnie nie doceniłem go, a on jest z pewnością zdolny do ustanawiania takich wyników i zrobił to. W ofensywie nie miałem problemów, ale on wyzwolił we mnie chęć poprawienia gry obronnej, więc będę musiał się poprawić. Z niecierpliwością czekam na te wyzwanie.

Od początku MJ grał niesamowitą ambicją i już do przerwy zdobył 36 punktów. Jak się okazało po meczu było to dla niego i tak za mało. Dlaczego?

Powiedziałem sobie, że skoro rzucił mi 37 punktów w piątek wieczorem, to ja rzucę mu tyle w pierwszej połowie. Zabrakło mi jednego punktu, bo pomyliłem się z linii rzutów wolnych w końcówce drugiej kwarty. Dlatego jestem na siebie wściekły

Bulls ostatecznie wygrali aż 126-101. Jordan rzucił 47 punktów (16-27 FG), zebrał 8 piłek i zaliczył 4 asysty, a to wszystko w zaledwie 31 minut jakie spędził na parkiecie. Co najważniejsze wygrał indywidualny pojedynek ze Smithem, który tym razem zdobył zaledwie 15 pkt. (5-12 FG).

Po meczu opowiadał o tym jak wyglądała ich rywalizacja – W trakcie meczu było trochę uszczypliwości. Mówił mi, abym się ulitował, ochłonął i przestał tak rzucać. Ale przecież on nie przestawał dzień wcześniej, więc dlaczego ja miałbym zlitować się nad nim?

 

Dlaczego wspominam akurat o tym meczu? Właśnie dzisiaj na Enbiej.pl rozpoczynam nowy cykl, w którym będę opisywał byłych graczy NBA grających później/wcześniej w Polsce.

Smith w całej swojej karierze najbardziej zasłynął właśnie z opisanego wyżej spotkania, a właściwie dwóch. Jak się później okazało słowa LaBradforda po pierwszym meczu, które tak miały wzburzyć MJ-a były tylko wymysłem największej legendy NBA. Widocznie potrzebował jakiegoś dodatkowego bodźca, który pomógłby mu wznieść się na wyżyny kolejnego dnia.

Kim był w ogóle LaBradford Smith? Urodził się 3 kwietnia 1969 roku w małym miasteczku Bay City w Teksasie. Od początku przygody z koszykówką przejawiał spore talenty i w 1987 roku wstąpił na uniwersytet Louisville. Wcześniej jednak z reprezentacją USA zdobył srebrny medal na MŚ U-19 rozgrywanych w Bormio. W tym zespole grali między innymi Gary Payton, Stacey Augmon, Larry Johnson czy Kevin Pritchard. Nasz bohater był głębokim rezerwowym reprezentacji prowadzonej przez Larry’ego Browna i notował średnio 2.9 pkt., 1 ast. i 0.9 zb. Lepsza okazała się jednak drużyna Jugosławii z Tonim Kukocem, Dino Radją i Vlade Divacem w składzie.

W NCAA spędził cztery lata będąc liderem Cardinals właściwie od pierwszego meczu. W sumie rozegrał w barwach Louisville 133 spotkania za każdym razem wychodząc w pierwszej piątce. Notował średnio 13.6 pkt., 5.4 zb., 3.8 ast. i 1.3 prz., trafiając 48.1% rzutów z gry.

Po tak udanej karierze uniwersyteckiej pewnym było, że jeden z zespołów najlepszej ligi na świecie zdecyduje poświęcić się swój wybór w pierwszej rundzie Draftu 1991.

Z pierwszym numerem do Charlotte Hornets powędrował silny skrzydłowy i kolega Smitha z czasów młodzieżowej reprezentacji Larry Johnson. 19. wybór należał do Washington Bullets, ale trafił on do Stolicy po kilku wcześniejszych wymianach z Detroit przez Dallas i Denver.

Bullets prowadzeni wtedy przez Wesa Unselda zdecydowali się na absolwenta Louisville. W stołecznej ekipie w pierwszym sezonie nie miał łatwo. O minuty na parkiecie rywalizować musiał z późniejszym All-Starem Michaelem Adamsem, A.J. Englishem i Davidem Wingate’m. Dlatego też w debiutanckich rozgrywkach rozegrał 48 meczów (5 w starting five) notując 5.1 pkt. i 2.1 ast. w 14.8 minut.

W kolejnym sezonie (1992/93) rozegrał wspomniany już swój najlepszy mecz w karierze. Tym razem Smith odgrywał już większą rolę niż poprzednio. W 33 grach z 69 wychodził jako starter, a jego statystyki podniosły się do poziomu 9.3pkt. i 2.7 ast. grając 22 minuty. Bullets ponownie jednak grali fatalnie i wygrali tylko 22 mecze.

Przed rozgrywkami 1993/94 w Waszyngtonie zaszły spore zmiany. Skład wzmocnili m.in. George Muresan, Mantue Bol i Don MacLean. Dla LaBradforda powoli zaczynało brakować miejsca. Szóstego grudnia 1993 po zaledwie siedmiu epizodach został zwolniony z Bullets. Dwa dni później kontrakt do końca sezonu podpisali z nim Sacramento Kings.

W Kalifornii także nie było łatwo o minuty ponieważ już wtedy niepodważalną pozycję w Sacto miał najlepszy strzelec Mitch Richmond (23.4 pkt.). Ważną rolę odgrywał także mikroskopijny Spud Webb, a w rotacji znajdowali się także Randy Brown i Walt Williams. W sumie w 59 meczach Smith grał po 14 minut rzucając 5.1 punktów i rozdając 1.8 asysty. Prowadzeni przez Garry’ego St.Jeana Kings dołowali podobnie jak zespół ze stolicy i udało im się wygrać zaledwie 28 spotkań.

LaBradford nie miał pewnego miejsca w rosterze, ale mógł liczyć na angaż w Sacramento na kolejny sezon. Niestety 31 października, tuż przed rozpoczęciem rozgrywek jego kontrakt został rozwiązany.

Żadna z drużyn NBA nie przedstawiła już Smithowi oferty kontraktu. Zakończył swoją przygodę z ligą na 183 meczach (40 w s5). Jego statystyki nie powalają, ale jak na rezerwowego są całkiem przyzwoite – 17.1 minut, 6.7 punktów, 2.2 asysty., 1.5 zbiórki, 43.2% FG.

Smith kontynuował karierę w lidze CBA, która w ówczesnych czasach była drugą amerykańską klasą rozgrywkową. W sezonie 1995/96 w barwach Quad-City Thunder rzucał po 15.6 punktów w meczu. W Thunder spotkał swojego kolegę z reprezentacji USA U-19 Kevina Pritcharda, który obecnie jest GM w Indiana Pacers.

W 1996 roku zdecydował się wyjechać do Europy. Pierwszy rok spędził w hiszpańskim BC Leon. Właśnie po tym sezonie przybył do Polski.

Rozgrywki 1997/98 spędził w Mazowszance PEKAES-ie Pruszków. Po jego przyjeździe do naszego kraju od początku wszystkie możliwe media wspominały o jego słynnych 37 punktach przeciwko MJ-owi. Sezon zakończył ze średnią 15.4 punktów grając w aż 43 meczach. PEKAES przegrał jednak po pasjonujących Finałach PLK ze ŚląskiemWrocław 3-4. Pierwszy raz w historii ostateczne rozstrzygnięcie zapadło w siódmym meczu. Ostatecznie po wygranej 63-51 13. tytuł Mistrzów Polski powędrował do Wrocławia.

W tym samym kierunku podążył LaBradford Smith. We Wrocławiu spędził niepełny jeden sezon, a i tak zdążył stać się jednym z ulubieńców kibiców dzięki swojej efektownej, ale i mądrej grze. Dołączył do drużyny WKS-u przed sezonem razem z Jeffrey’em Sternem i legendarnym w stolicy Dolnego Śląska Kakhą Szenegliją. Smith zdążył rozegrać jednak tylko 19 meczów notując 10.2 pkt. i 2.7 ast. Mimo zaledwie 30 lat na karku LaBradford wyraźnie w tym okresie przybrał na wadze i zdarzało mu się nie pojawiać na treningach. Trener z tak silnym charakterem jak Andrej Urlep nie mógł tego znieść i w połowie sezonu zrezygnował z Amerykanina.

W taki sposób jego przygoda z nasza ligą się zakończyła. Później grywał jeszcze, ale bardziej amatorsko w lidze IBL w zespole Baltimore Bayrunners po czym zakończył karierę w 2000 roku.

Mimo nieprzyjaznego pożegnania z Polską, na zawsze będzie w naszym kraju zapamiętany jako ten, który w bezpośrednim pojedynku rzucił Michaelowi Jordanowi 37 punktów.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *