Koniec serii Heat ! Byki nie dały się ujarzmić

chicago bulls logoheatKończy się druga, najdłuższa seria w  historii wygranych spotkań pod rząd. Heat zatrzymali się na 27 i ich licznik wyzerował się wczorajszej nocy w United Center. Bulls byli chyba jedyną drużyną podczas tej serii, która nie ustąpiła fizyczności gościom i pokazała, że można przeciwstawić się mistrzom NBA. Heat nie są przyzwyczajeni do sytuacji, kiedy ktoś umie zagrać równie silnie jak oni, mocno uderzyć i zdecydowanie sfaulować. Sfrustrowany pod koniec meczu tym faktem był nawet LeBron James. Bulls ostatecznie pokonali koszykarzy z Miami 101-97 i Joakim Noah jest prawdopodobnie najszczęśliwszym człowiekiem na świecie.

Przed meczem jasne było, że Bulls zagrają w mocnym osłabieniu. Na parkiecie nie mogli pojawić się ani Marco Bellineli, ani Richard Hamilton, ani Joakim Noah no i oczywiście Derrick Rose. Po przeciwnej stronie natomiast do gry, po dwumeczowej pauzie powrócił D-Wade i wydawało się, że rozpędzeni Heat pokonają dosyć poważnie ranne Byki.

Tradycyjnie już od początku spotkania, zawodnicy z Florydy oddali palmę pierwszeństwa gospodarzom. Bulls bez zastanowienia wykorzystali ten fakt i szybko zaczęli odjeżdżać. W 3 minuty gospodarze osiągnęli już 10 punktową przewagę i trener Spoelstra musiał wziąć czas. Szybko poddenerwowany został LeBron James, który miał przed sobą Luola Denga, nie odstępującego go na krok. MVP zdołał jednak rzucić 13 punktów w 1 kwarcie, ale już w pierwszych 12 minutach kilka razy poczuł na swoim ciele łokcie gospodarzy.

Chris Bosh postanowił w pierwszej kwarcie grać razem z rywalami. Najpierw nie trafił z półdystansu, potem zamiast oddać swój rzut z 6 metra, zapomniał, że na koszulce ma numer 1, a nie 3 i po dwóch piwotach prawie się wywrócił i dostał przy tym blok od Boozera. Na koniec oddał rzut za trzy, który sprawdził wytrzymałość deski i przeleciał obok obręczy. Goście dzięki 9 puntom Denga, 7 Butlera i 6 Boozera, oraz bardzo dobrej obronie wygrali pierwszą kwartę 32-22. Już wtedy wydawało się, że Heat stąpają po cienkiej linii, bo tego wieczoru całe Chicago chciało udowodnić im, że to tutaj skończy się ich seria.

Początek drugiej kwarty zdecydowanie należał do Bulls. Nate Robinson wyglądał, jakby w szatni został naładowany przez Joakima Noaha, jakąś magiczną energią. Wszędzie było go pełno, a po jego przechwycie na Flashu i celnej trójce z kontrataku, Bulls prowadzili już 42-29 i temperatura w United Center mocno podskoczyła. Heat zdołali jednak wrócić do gry, głównie za sprawą D-Wade’a, który szybko uzbierał 6 oczek w tej kwarcie. Pod koniec tej odsłony sygnał do ataku dał swoim podopiecznym też Bosh, który trafiał sprzed nosa Carlosa Boozera. Bulls nie składali broni i zza łuku trafił Kirk Hinrich, a na 25 sekund przed końcem, pięknym rzutem po 2 zasłonach Nate Robinson ustalił wynik po pierwszej połowie. Bulls prowadzili w całym meczu 55-46, ale to goście zdołali odrobić jeden punkt.

Do przerwy LeBron James miał na swoim koncie już 18 punktów i 5 zbiórek. Dla gospodarzy najwięcej oczek zdobył Luol Deng, bo aż 14, a 11 dorzucił Nate Robinson. Swoje zrobił także Carlos Boozer, któremu brakowało już tylko 1 zbiórki do double-double. Widać było, że Bulls bardzo zależy na tej wygranej i Heat mocno nie odpowiadały twarde warunki gry narzucone przez Byki.

W trzeciej kwarcie stało się jednak to, czego najbardziej obawiali się kibice Bulls. Heat nie chcieli być dłużni rywalom i dzięki wstawkom bardzo agresywnej obrony, zaliczyli kilka przechwytów i zdobyli łatwe punkty. Szybki run 13-3 i w połowie przedostatniej kwarty to goście, pierwszy raz w tym meczu objęli prowadzenie. Dwa razy zza łuku trafił  Shane Battier, a jedną trójkę dołożył Ray Allen. Do szybkiego ataku pognał D-Wade, a gonić próbował go Jimmy Butler, który uratował akcję bardzo twardym faulem. Flash wpadł w kamerzystów i przez chwilę się nie podnosił. Otrzepał się jednak i był w stanie kontynuować grę. Gospodarze mieli problem ze zdobywaniem punktów, ale w pewnym momencie zamienili się rolami ze swoimi rywalami i zaserwowali nam akcję dnia:

Kompletnie niewidoczny w ataku był Deng i Robinson. Bulls przegrali tę kwartę 14-22 i tylko dzięki 7 oczkom Boozera trzymali się w grze. Heat odrobili straty i przegrywali już tylko 68-69.

W decydującej kwarcie gra znacznie się wyrównała i toczyła się praktycznie kosz za kosz. To jednak Bulls byli w stanie odskoczyć na kilka punktów i po celnej trójce Butlera, gospodarze prowadzili różnicą 8 oczek. Po stronie gospodarzy dobrze grał Chris Bosh, który zdobył 9 punktów. LeBron James nie do końca panował nad emocjami i kiedy bronił akcji pick&roll, postanowił mocno uderzyć barkiem w splot słoneczny Carlosa Boozera. Widać było, że poczuł to staranowanie przez czołg  uderzenie, ale ustał je na nogach i nie przewrócił się. Gdyby na jego miejscu był Noah, to pewnie obaj nie dokończyliby tego spotkania. Po meczu MVP tłumaczył się, że był to odwet za nieczystą grę gospodarzy przez całe spotkanie. Na minutę przed końcem Bulls wygrywali tylko 94-89 i wynik był sprawą otwartą. Trafił jednak Boozer, Deng zaliczył przechwyt na LeBronie, kolejne oczka dołożył Robinson i Heat musieli faulować. Luol Deng nie mylił się jednak z linii i było po meczu. Trójkę trafił jeszcze Chris Bosh i ostatecznie Bulls wygrali w United Center 101-97.

Dla Heat jest to koniec 27 meczowej serii spotkań bez porażki. Nie zmienia to faktu, że wciąż są najlepszą drużyną NBA i od 2 miesięcy przegrali tylko raz. Paradoksalnie może to dobrze wpłynąć na ich dalszą grę, bo zejdzie z nich presja bicia rekordu, która w San Antonio osiągnęła by punkt kulminacyjny. Heat chcą wygrać mistrzostwo, a nie bić rekordy i są na najlepszej drodze do obrony tytułu.

Bulls natomiast wciąż czekają na odwlekany w nieskończoność powrót D-Rose’a. Koszykarze z Wietrznego miasta udowodnili, że nawet bez swojego największego walczaka, jakim jest Noah potrafili wygrać z rozpędzonymi mistrzami NBA. Zostawili na boisku całe serce i zdrowie, co zaowocowało zasłużoną wygraną. Carlos Boozer jednak pamięta jak to jest dominować w pomalowanym. Twarda gra i walka o każdą piłkę w obronie opłaciła się i Bulls przejdą do historii, jako jedyna drużyna, która była w stanie zatrzymać niesamowity wyczyn Heat.

Chicago Bulls 101:97 Miami Heat

Luol Deng 28 pts, 7 reb, 5 ast
Carlos Boozer  21 pts, 17 reb

LeBron James  32 pts, 7 reb, 3 ast
 Chris Bosh 21pts, 7 reb

 

 

Krzysiek Czyż

Wierny fan Ersana Ilyasovy. Wychowany na Euro Stepie D-Wade'a i akcjach Paula Pierce'a. Kiedyś zaproszę na grilla Z-Bo. W dzień zamienia się w psychofana Premier League.

7 komentarzy

  1. twkarol napisał(a):

    O dziwo brak Hamiltona czy Belinelliego wcale nie był dla Chicago osłabieniem, wręcz przeciwnie, waleczny i twardy Butler świetnie wywiązywał się ze swoich obowiązków. Osobną kwestią jest natomiast niewykorzystana szansa Miami na dobicie rywala w 3 kwarcie. Kilka sytuacji rzutowych Bosha z czystych pozycji powinno zakończyć się łatwymi punktami. Niepotrzebnie w końcówce kwarty nastąpiło rozluźnienie po stronie graczy z Florydy. O wygranej Byków zadecydowało jednak kilka niuansów, które okazały się na przestrzeni całego spotkania kluczowe dla końcowego wyniku. Parę kluczowych zbiórek w ataku i moim zdaniem błąd taktyczny polegający na kryciu Denga w 4 kwarcie przez Wade’a. Tutaj powinna nastąpić zamiana na LeBrona, który słynie przecież z wyłączania z gry najlepszych graczy w końcówkach. Seria się skończyła, ale możne to i lepiej. Trener powinien nieco po-rotować teraz składem, dać odpocząć trochę gwiazdom i przygotować się na fazę play-off.

  2. Barzay napisał(a):

    heat w końcówce zła taktyka na 3 minuty przed koncem sie nie rzuca panicznych trójek przegrywając zaledwie kilkoma punktami, pod kosz

  3. GPRbyNBA napisał(a):

    Pierwsza i druga kwarta to dobra gra Byków i kontrolowanie meczu. W 3 kwarcie Miami sie rozpędziło i po przejciu prowadzenia wydawało się ze Byki są już na straconej pozycji. Trzeba zaznaczyć ze Miami często wykorzystywali swoją większą atletyczność i zdobywali łątwe punkty spod kosza natomiast Byczy skład starał się grać bardzo zespołowo i rozważnie. Czwarta kwarta to rzut za rzut.
    Przy 8,54 do końca na tablicy widniał wynik 75-71 dla byków.
    Następne półtorej min to tylko 2pkt (75-73) po czym za sprawą Denga nastąpił zryw Byków.
    7.03 pierwsza jego 3, potem 2 Hinricha i kolejna 3 Denga. Przy ekstazie miejscowych kibiców o trójkę pokusił sie też w następnym rzucie Butler i… trafił. Chicago na 5.34 wygrywało 86-78 i dzięki temu zrywowi uwierzyło w zwycięstwo.
    W meczu znowu pokazał się Robinson. Miał kilka szlonych aczkolwiek trochę szczęsliwych? rzutów które wręcz porywały publiczność. Zesztą sam (jak to on) jeszcze bardziej ją nakręcał.

    Lebron sfaulował Boozera (z premedytacją wszedł mu całą siłą barkiem w klatę) ze wściekłości za nie podyktowanie Gibsonowi flagran faulu na nim w poprzedniej akcji.

    • del napisał(a):

      GPR ale gdzie tam byl flagrant??! come on? normalny faul , pare cm blizej i dostalby czape ale faul bylby i tak bo Kirk walnal mu w lape juz na pierwszym kroku ..
      Gorzej wygladal jego „byczek” na carlosie bo z premedytacja wjechal w niego na zaslonie, slabo to wygladalo na slow-mo bo wzrokiem widac bylo co chcial zrobic, i ma racje Krzysiek piszac ze gdyby tam byl Noah to byloby mordobicie :)
      Mnie cieszy ze Bullsi wreszcie dali z siebie maxa, nie czesto w tym sezonie widac bylo u nich taka zadze wygranej, PO are comin’ to windy city? :)

      ps. I juz nie czekam na DRose’a, pies go drapal, niech sobie oglada PO ze skyboxu jak ma blokade przed graniem na parkiecie.
      Swoja droga to dziwne, Wall wrocil, Rubio wrocil, a ten sie cyka, echh Derrick Derrick, where’Z your bull heart?!

    • GPRbyNBA napisał(a):

      Nie napisałem ze flagrant był. Napisałem że Bron był wściekły za to ze nie został podyktowany. Flagrant to był na Boozie. Na powtórkach dokłądnie było widać że Bron tylko poluje na Booza (zamiast pilnowac gracza przy piłce).

  4. del napisał(a):

    a mnie zastanawia ze Heat sa 1-2 z kazdym z 3 kontenderow na wschodzie ( bulls, pacers, knicks ) , jasne, to nic nie zanczy bo w PO beda mieli przewage parkietu, ale sam fakt ze te ekipy potrafia skutecznie ostudzic zar, moze nada troche kolorytu na wschodzie, bo patrzac east vs. west to media kreuja „spacerek” heat do finalów, a ja bardzo bym chcial by wysypali sie na Indianie :)))
    a na zachodzie to w zasadzie po pierwszej rundzie to wszystko jest mozliwe, tak samo jak sklad ( 8me miejsce ) o ktore drą parkiet Mavs, Lakers i Jazz :)

    I Luuuuuv thiz Game :)

  5. pablo napisał(a):

    Bosh zdobył 21 pkt a nie 18, mała poprawka ;)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *