Rekord kariery Walla i pewne zwycięstwo nad Grizzlies

wiz1Memphis Grizzlies, od kiedy pozbyli się swojego najlepszego zawodnika, radzą sobie wspaniale. Wygrali 17 z ostatnich 22 spotkań i pewnie okupują piąte miejsce na zachodzie. Niestety w ostatnim spotkaniu poważnej kontuzji doznał Marc Gasol i na dobrą sprawę nie wiadomo, kiedy Hiszpan wróci do gry.  Washington Wizards natomiast grają coraz lepiej. Szczególnie od chwili, kiedy po kontuzji kolana powrócił John Wall. Drużyna ze stolicy ma od tego momentu bilans 21-16 i jak widać Wall ma niesamowity wpływ na grę tej drużyny. Nie inaczej było dzisiaj, a numer jeden draftu z roku 2010 zanotował  47 punktów, 7 zbiórek i 8 asyst.

Przebieg spotkania

Już początek spotkania pokazał, że może to być wspaniały wieczór dla młodego zawodnika z Waszyngtonu. Wall w ciągu niecałych dwóch minut rzucił 8 punktów z rzędu i wyprowadził swoją drużynę na prowadzenie 12-4. W ekipie Grizzlies szwankowała skuteczność, a drogi pod obręcz wybitnie nie mógł odnaleźć Zach Randolph. Wyraźnie widać też było brak Marca Gasola, bez którego Miśki nie dawały rady z Bookerem i Okaforem. W szeregach ekipy z Memphis ambitnie walczył Mike Conley, który jest jednym z najszybszych zawodników w całej lidze. Dopóki na boisku przebywał Wall Wizards prowadzili dosyć spokojnie, ale kiedy na dwie minuty przed końcem pierwszej kwarty trener Wizards dokonał zmian, Memphis szybko odrobili straty i zniwelowali przewagę Wizards do dwóch punktów (26:24).

Pierwsze 4 minuty drugiej kwarty to pokaz gry Grizzlies. Miśki nie tylko wyrównały stan gry, ale w szybkim tempie wyszły na 9-cio punktowe prowadzenie. Sygnał do ataku dał już w pierwszej akcji Austin Daye rzucając szybką trójkę, a temat podjął Quincy Pondexter, który najpierw zaaplikował rywalom dwa rzuty zza łuku, a potem zakończył run ładnym dunkiem. Zrobiło się 39-30 dla drużyny z zachodu. Jednak Czarodzieje mieli Johna Walla. Od tego momentu rzucił 16 punktów, wspomogli go Booker i Okafor i po pierwszej połowie mieliśmy remis po 55.

Przez początkowe pięć minut trzeciej kwarty zawodnicy Grizzlies nie potrafili znaleźć drogi do kosza rywali. Tą słabość skrzętnie wykorzystała drużyna ze stolicy. Po kolejnych punktach Walla, lepszym okresie gry Singletona i trójce Temple’a zrobiło się 66-59. W szeregach Grizzlies wciąż punktował Conley, próbował mu pomagać Prince, ale pod nieobecność Gasola i przy bardzo słabej formie strzeleckiej Randolpha (tylko 10pkt) na niewiele to się zdało. Pod koniec trzeciej kwarty dzięki Conley’owi i krótkiemu zrywowi Baylessa udało się co prawda dojść na dwa punkty, ale w czwartej kwarcie ponownie nie było mocnych na Johna Walla.

John zaczynał tę kwartę z dorobkiem 30 punktów, co już było wynikiem bardzo dobrym. Jednak bardzo szybko zdobył kolejne cztery, po nim dwa rzuty oddał Martin i Washington prowadził 85:80. Tych dwóch zawodników zdominowało bardzo szybko Grizzlies – po sześciu minutach i kolejnej trójce Martina, Miśki dostawali już dziesięcioma. Mecz skończył się wynikiem 107:94, a John Wall zdubył 47 punktów, z czego aż 19 z linii rzutów wolnych. Po stronie gości nie zawiódł na dobrą sprawę tylko Conley, zdobywca 23 punktów. Na deskach natomiast rządził Emeka Okafor, który pod nieobecność Nene całkiem fajnie współpracował z Bookerem i Singletonem. Wall rzucił rekord swojej kariery i poprowadził Wizards do 22 zwycięstwa w 48 meczach po swoim powrocie.

Memphis Grizzlies 94:107 Washington Wizards

Memphis –  Conley (23pkt, 7as), Bayless (14pkt, 7as)

Washington – Wall (47pkt, 7zb, 8as), Okafor (21pkt, 9zb)

Wojciech Gackowski

Wojciech Gackowski (rocznik 89', 6-0ft) - na boisku często biegam jako zawodnik na pozycjach 1-4, ale tak naprawdę od zawsze byłem combo guardem. Nie lubię błyszczeć w ataku i wolę podać koledze jakiegoś no-look-passa niż punktować jak szalony. W obronie nieustępliwy i wygadany jak Iman Shumpert. Kiedy nie gram dla wyniku uwielbiam z kolegami urządzać sobie konkursy rzutów za trzy i bardzo często w nich wygrywam. Przygodę z NBA zacząłem od finałów roku 1996, kiedy Bulls zmierzyli się z Seattle Supersonics. Miłość do tych drugich pozostała we mnie do dzisiaj, tylko, że w miejsce Paytona i Kempa, kibicuję Westbrookowi i Durantuli. Od zawsze jestem też niepoprawnym fanem LALakers i Kobego.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *