Cenna wygrana Rockets w Oracle Arena

houston-rockets-logogolden_state_warriors_logoBardzo ważne spotkanie dla układu tabeli zachodu odbyło się dziś w Oakland. Houston Rockets dzięki wygranej z miejscowymi Warriors pokazali, że nie mają zamiaru oglądać się na goniących ich Los Angeles Lakers i sami mają zamiar atakować wyższe pozycje w czołowej ósemce Western Conference. Dzisiejszy sukces zbliżył ich do szóstego miejsca, które obecnie zajmują właśnie Wojownicy z Kalifornii. Obecnie oba zespoły dzieli różnica tylko jednego meczu na korzyść podopiecznych Marka Jacksona.

W składach obu ekip znajdują się gracze, których forma ostatnio wyraźnie zwyżkuje. W zespole gospodarzy to oczywiście Stephen Curry, natomiast w zespole Rakiet wcale nie mam na myśli Jamesa Hardena.  Rewelacyjną dyspozycję pokazuje bowiem Chandler Parsons i to on jest w ostatnim czasie wiodącą postacią w swojej drużynie.

Pierwsza kwarta rozpoczęła się od mocnego wejścia Davida Lee, który w 5 minut zanotował aż 10 pkt po czym doznał lekkiej kontuzji. Z drugiej strony trzy trójki zaliczył wspomniany już wcześniej Parsons. Taki obrót spraw przekładała się na wyrównane widowisko. Końcówka tej odsłony to dobra gra Klaya Thompsona i jego seidem kolejnych punktów wywindowało Wojowników na prowadzenie 30-21.

Kolejne 12 minut to popisy strzeleckie Rakiet. Kolejno Carlos Delfino, Francisco Garcia i James Harden trafiali za trzy i przewaga gospodarzy szybko stopniała do zera. W ekipie Warriors dobre wrażenie robił niezawodny Steph Curry i do przerwy Rockets prowadzili tylko 2 pkt.

Po przerwie obserwowaliśmy pasjonujący pojedynek strzelecki pomiędzy Parsonsem i Curry’m. Obaj trafiali za trzy, penetrowali pod kosz, byli po prostu wiodącymi graczami w swoich ekipach. Dzięki nim mecz nabierał rumieńców, a wynik cały czas oscylował w granicach remisu.

Słaba skuteczność Hardena sprawiła, że skupił się na podawaniu do kolegów. Jednak to jego trójka ( jedna z trzech celnych w całym spotkaniu) dała sygnał do forsowania tempa w ataku jego kolegom. Następnie za trzy trafił Francisco Garcia i przewaga gości wzrosła do 6 pkt ( 82-76). Tym samym teraz Kalifornijczycy musieli gonić wynik. Gwarantowało to ciekawą końcówkę, w której lepsi okazali się Houstończycy. Dzięki świetnie egzekwowanym rzutom wolnym przez Hardena i Jeremy Lina dowieźli korzystny wynik do końca i wygrali 94-88.

David Lee, który rozpoczął mecz od 10 pkt w I odsłonie w dalszej części gry dorzucił już tylko sześć oczek i spotkanie zakończył z dorobkiem 16 pkt i bolącą stopą. Najwięcej punktów dla Wojowników zdobył Curry, a miał ich konkretnie 24. O dwa punkty mniej zanotował Klay Thompson. Bardzo mizernie wypadł natomiast Andre Bogut. Australijczyk praktycznie nie istniał w ataku i tylko jego 11 zbiórek można zapisać na plus jego dzisiejszego występu.

W ekipie zwycięskiej najaktywniejszy w ataku był Chandler Parsons. Zakończył mecz z 26 pkt (trafiając w tym 6 trójek na 8 prób). Potwierdził swym występem, że jego rola w zespole staje się coraz ważniejsza. James Harden dodał do dorobku Rakiet 20 pkt oraz 11 asyst. Nie zachwycał jednak skutecznością trafiając 3 rzuty z gry na 17 prób i co ciekawe wszystkie te celne oddał zza linii 7,24, a tym samym nie trafił ani razu dwupunktowego rzutu…  Omer Asik po raz kolejny był niezastąpiony w walce na tablicach i w całym meczu zebrał 17 piłek (15 w defensywie).

HOUSTON ROCKETS (34-29) – GOLDEN STATE WARRIORS (35-28) 94-88

(21-30, 29-18, 23-28, 21-12)

C. Parsons 26 pkt, J. Harden 20 pkt, J. Lin 15 pkt – S. Curry 24 pkt, K. Thompson 22 pkt, D. Lee 16 pkt

MVP meczu: Chandler Parsons

[youtube=http://youtu.be/dNAv-HKaBbU&w=585]

Paweł Kołakowski

Od lat wierny kibic Houston Rockets i wielbiciel Charlesa Barkleya (głównie z czasów gry w Suns). Wychowany na transmisjach NBA w TVP2 wspominający z łezką w oku te godzinne transmisje w piątkowe popołudnia z komentarzem Szaranowicza i Łabędzia :). Ahh te lata 90-te :)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *