Bohater i antybohater tygodnia 2012/2013 (12)

blazers-dancers

Witam! Toronto Raptors tak często przegrywają w końcówkach, że gdy DeMar DeRozan zapewnił im zwycięstwo to na mojej twarzy pojawił się uśmiech. Marc Gasol w konfrontacji z „Sixers” wspiął się na wyżyny swoich umiejętności, zagrał świetny mecz i trafił nawet trójkę, a w decydującej akcji wykorzystał swoje długie ramię i zablokował rywala. Podobnie zresztą Andrew Bogut. Wraca po kontuzji i też pokazuje, że może dużo zaoferować swojej drużynie w strefie podkoszowej. Z drugiej strony zastawiam się czy Rick Adelman ma jeszcze jakiś konkretny pomysł na prowadzenie „Wilków”. W ostatnich meczach jego drużyna legitymuje się bilansem 1-10. Jeśli spojrzymy na ostatnie kilkanaście dni zadowolonej miny nie powinien być Paul Pierce. Jego Boston był w dołku, grali wyrównaną końcówkę z NYK, a w niezwykle ważnym momencie „The Truth” nie opanował piłki i wyrzucił ją w aut. Tego typu błędy zawodnika tej klasy bolą podwójnie. Celtics jednak grają już o wiele lepiej, a Pierce cały czas jest sercem drużyny.

BOHATER TYGODNIA:

LaMarcus Aldridge – ekipa Portland musiała odrabiać spore straty w meczu z Dallas. Odrobiła. Motorem napędowym był wtedy właśnie LaMarcus Aldridge. Zagrał swój najlepszy mecz w sezonie (29 punktów i 13 zbiórek). Najważniejsze jest jednak to, że w samej końcówce eksplodował niczym kolorowe fajerwerki na sylwestra. Najpierw trafił kluczową trójkę (pierwszą w tym sezonie!), a w ostatniej akcji postanowił jeszcze trafić buzzera, żeby wygrać ten mecz. Końcówka tego meczu była świetna, ale wszystko przyćmił Aldridge. Heros rodem z Portland.

[youtube=http://youtu.be/ZAv9pS5pFDA&w=585]

 

ANTYBOHATER TYGODNIA:

Reggie Evans – czasami trzeba wiedzieć, co można mówić. „Mowa jest srebrem, a milczenie złotem”. Jeśli słowa nie znajdą potwierdzenia w czynach to naprawdę lepiej zamknąć buzię. Evans przed meczem z Miami opowiadał dużo o słabości aktualnych mistrzów. Znalazł nawet łatwy sposób na zatrzymanie LeBrona. Porównał Jamesa do takich graczy jak Joe Johnson czy Andray Blatche. Na parkiecie jednak Brooklyn Nets nie stawili większego oporu, wręcz zostali rozbici, i te wszystkie słowa Evansa można wrzucić do śmietnika. Po co tak prowokować? Jeszcze zrozumiałbym, gdyby to mówił jakiś czołowy gracz tej ligi, ale Evans? Lubię kolesia za jego zbiórki, ale trzeba być szczerym – to nie jest wielki talent. To zwykły zadaniowiec, człowiek od czarnej roboty. Chciał chyba postraszyć, a wyszło komicznie. Później niby odkręcał te słowa, ale smród pozostał…

Reggie Evans

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *