Podopieczni McHale’a zdemolowali Jazzmanów

Teksańska masakra w Salt Lake City – tak można określić wydarzenia, które miały miejsce dziś w nocy na parkiecie EnergySolution Arena. Drużyna ze stanu Utah doznała najdotkliwszej porażki w historii swoich domowych występów w lidzę NBA, a sprawcą całej tragedii gospodarzy była ekipa Houston Rockets, którzy wygrali mecz 125-80.

8xe4813lzybfhfl14axgzzqeq

Nawiązanie do tytułu klasycznego horroru nie jest przypadkowe. Houston Rockets zafundowali bowiem swoim rywalom prawdziwy koszmar, a zakończenie (podobnie jak w przypadku „Teksańskiej masakry piłą mechaniczną”) wcale nie miało happy endu dla drużyny Tyrona Corbina.

Początek meczy nie zapowiadał tak dotkliwej porażki gospodarzy. Pierwsze punkty rzutem za 3 zdobył Marvin Williams… i to było jedyne prowadzenie Jazz w tym spotkaniu. Już od początku meczu przewagę mieli goście, ale w ich przypadku gra zrywami nie jest niczym niezwykłym i w tym fakcie można było dopatrywać się lepszych widoków na grę ekipy z Utah.

Niestety nic takiego nie nastąpiło, bo w drugiej kwarcie Rockets zaliczyli serię 17-4 i po wygranej pierwszej kwarcie w stosunku 28-22 wyraźnie odskoczyli przeciwnikom. Ogromny udział w tym runie miał Carlos Delfino, który trafił trzy kolejne trójki i dał sygnał swoim partnerom do natarcia. W tej odsłonie po powrocie do gry po krótkim odpoczynku znakomicie grał James Harden. To właśnie pod niego ustawiane były ofensywne zagrywki Teksańczyków, a on nie marnował okazji zdobywając kolejne punkty.

Z biegiem czasu przewaga Rakiet rosła i rosła, aż w pewnym momencie sięgnęła 50 pkt! (125-75)  Wyglądało to w pewnym momencie tak, jakby w trykotach Jazz biegali kompletni amatorzy. Gospodarze kompletnie nie mieli pomysłu jak zatrzymać koszykarzy Rockets, a ci wcale nie zwalniali tempa. Ostatecznie zakończyło się na wyniku 125-80, ale mecz dla zespołu z Salt Lake City mógłby się zakończyć już po 24 minutach, bo w dalszej części gry zupełnie nie podjęli jakiejkolwiek walki.

Jak już wspomniałem porażka z Rakietami była najwyższą w historii organizacji w meczach na własnym parkiecie. Wcześniejszy powód do wstydu drużyna ta jeszcze pod wodzą Jerrye’go Sloana dała swoim fanom niecałe 13 lat temu, kiedy to ulegli Los Angeles Lakers 67-113. Było to dokładnie 4 lutego 2000 roku.

Jeżeli zapytacie o przyczyny porażki to poza brakiem woli walki ze strony gospodarzy widoczna była przewaga w punktach z kontrataków. W tym elemencie goście byli lepsi w stosunku … 26-2. Niezwykłym wydarzeniem też była liczba strat w zespole Rockets. Normalnie notują oni ponad 10 straconych piłek na mecz, a w dzisiejszej rywalizacji tracili piłkę tylko pięciokrotnie… Rywale natomiast zaliczyli ich 15.

Omer Asik wyrównał swój rekord kariery pod względem zbiórek kończąc mecz z 19 zebranymi piłkami. Najlepszym strzelcem w szeregach zwycięzców był oczywiście James Harden, którego łupem padło 25 oczek. Carlos Delfino dodał 14 pkt (4 na 6 za trzy) i co ciekawe rzucał je wszystkie w pierwszej połowie meczu. Identyczną skuteczność w rzutach z za linii 7,24 jak Argentyńczyk uzyskał Marcus Morris. Urodzony w Filadelfii zawodnik w sumie uzbierał 16 pkt i tym samym był drugim strzelcem swojej ekipy.

Rakiety ponownie zagrały mecz na skuteczności przekraczającej 50% (dokładnie 52,8), a to bardzo dobry znak dla fanów tej drużyny. Może to bowiem oznaczać (podobnie jak ostatnie wyniki ich ulubieńców), że po kryzysie w jakim była drużyna Kevina McHale’a nie ma już raczej śladu. Wygrana z Jazz była czwartym sukcesem Teksańczyków w ostatnich pięciu meczach.

Teraz czeka mnie ciężkie zadanie bo wypadałoby napisać coś o zespole Utah Jazz. Sam wynik wskazuje na to, że grali po prostu beznadziejnie. Nie chcę się znęcać nad klubem z Salt Lake City, ponieważ pamiętam ich potyczki z Rakietami z lat 90-tych i przyznam się, że mam do tych rywalizacji ogromny sentyment. Dyplomatycznie zatem stwierdzę, że dzisiejszym występem z pewnością nie nawiązali do pojedynków na linii Karl Malone – Hakeem Olajuwon (a kilka z ich pamięta Tyrone Corbin, który grał u boku „Listonosza”). Najlepszym strzelcem po stronie pokonanych, a raczej zdemolowanych był Randy Foye, który zakończył zawody z 12 pkt.

Jako pewne usprawiedliwienie tegoż wyniku można uznać absencję Mo Williamsa czy też Raja Bell’a, ale tak poważnie mówiąc, kto w to wszystko uwierzy…

Była to druga wygrana Rakiet nad Jazz w tym sezonie w trzecim rozegranym meczu pomiędzy obiema stronami. Szansę na zatarcie „złego” wrażenia podopieczni Tyrona Corbina będą mieli w środę, kiedy to zmierzą się na własnym boisku z Hornets. Rakiety natomiast jada teraz do Denver, gdzie jutro zagrają z miejscowymi Nuggets.

HOUSTON ROCKETS (25-22) – UTAH JAZZ (24-21) 125-80

(28-22, 29-17, 36-20, 32-21)

J. Harden 25 pkt, M. Morris 16 pkt, C. Delfino 14 pkt – R. Foye 12 pkt, D. Favors 11 pkt, A. Jefferson 10 pkt

 

Paweł Kołakowski

Od lat wierny kibic Houston Rockets i wielbiciel Charlesa Barkleya (głównie z czasów gry w Suns). Wychowany na transmisjach NBA w TVP2 wspominający z łezką w oku te godzinne transmisje w piątkowe popołudnia z komentarzem Szaranowicza i Łabędzia :). Ahh te lata 90-te :)

2 komentarze

  1. GPRbyNBA pisze:

    WOW!
    1 WOW – 19 zbiórek Asika w 26 minut
    2 WOW – zero strat Hardena :-)) i tylko 5 drużyny
    No ale widać że Dżez nie bronił

  2. Adrian89 pisze:

    Hayward też nie grał- o ile się nie myle a to spore oslabienie

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *