Świetna czwarta kwarta Rakiet pozwala im przerwać serię 7 porażek

Charlotte Bobcats bardzo długo prowadzili z Houston Rockets i można śmiało stwierdzić, że byli lepszym zespołem. Rockets jednak w ostatniej odsłonie meczu włączyły szósty bieg i pokonały swoich rywali 100-94. Świetny mecz zagrał Kemba Walker, ale jak widać okazało się ro za mało na bardzo przeciętnie spisujących się od dłuższego czasu koszykarzy z Teksasu.

8xe4813lzybfhfl14axgzzqeq

Rakiety przyjechały do Północnej Karoliny z bagażem siedmiu porażek z rzędu i bez Grega Smitha, który z powodów rodzinnych nie mógł zagrać w starciu z Rysiami. Mimo to wydawali się być faworytem meczu z zespołem, który do mocarzy Konferencji Wschodniej nie należy.

Tymczasem już od samego początku przeważającą stroną byli gracze z Charlotte. Zaskoczyli oni swoich rywali zarówno szybką i zdecydowaną grą w ataku (w tej części gry każdy z zawodników wyjściowego składu skutecznie punktował), jak i bezpardonową grą w obronie. Tutaj pod bronionym koszem rządził niepodzielnie Bismack Biyombo, który powoli zaczyna przypominać mi bardzo Serge’a Ibakę.  Rockets bardzo słabo bronili, czego najlepszym dowodem jest dunk Ramona Sessionsa, który bez żadnego problemu minął w polu podkoszowym trzech graczy gości. Po pierwszej kwarcie było 30-22 dla Bobcats.

Druga kwarta zaczęła się od trójek Marcusa Morrisa i Carlosa Delfino co pozwoliło nieco zbliżyć się drużynie Rakiet do rywali. Nie trwało to jednak zbyt długo, bo w połowie drugiej kwarty na parkiet powrócił Kemba Walker, który rozpoczął koncert gry. Trafiał wszystkie trójki, świetnie penetrował pod kosz, a także wyśmienicie prezentował się na półdystansie. Biyombo co chwila zaliczał kolejne bloki oraz zbiórki czym deprymował bezradnych przeciwników.  Do przerwy przewaga ekipy z Charlotte wzrosła do 11 pkt, a Kevin McHale miał wyraźny problem.

Trzecia kwarta to ponowna pogoń rywali przez Rakiety. James Harden zdobywał punkty głównie z linii rzutów wolnych, ale dobra gra Marcusa Morrisa pozwalała na systematyczne zmniejszanie dystansu. Z tym, że ponownie powtórzył się scenariusz z II kwarty i kiedy Rockets tracili już tylko punkt do swych oponentów (62-63) ponownie do roboty zabrał się Walker, który po 36 minutach miał już na swoim koncie 25 pkt (w tym żadnej pomyłki w rzutach za trzy pkt) . Wtórował mu też Ramon Sessions. Były gracz Lakers czy Cavs w końcówce tej odsłony zaliczył osiem punktów, a Rysie znowu odskoczyły Rakietom.

Jak mówi jednak przysłowie „do trzech razy sztuka” tak właśnie Rakiety po raz trzeci zaczęły gonić rywali w ostatnich dwunastu minutach meczu. Tym razem udało się im dopaść rywali i na niecałe osiem minut przed końcem po wsadzie Hardena to goście wyszli na prowadzenie. Lider Rakiet w tej części meczu zdobył 12 pkt i był głównym inicjatorem przejęcia inicjatywy przez ekipę z Houston. Trójki Patricka Beverly’ego oraz Carlosa Delfino w końcówce meczu dały już Teksańczykom spokojne prowadzenie, które dowieźli do końca i pomimo starań Kemby Walkera udało im się pokonać Bobcats 100-94.

Mimo wygranej Rakiety nie mogą zaliczyć tego meczu do udanych. Udało im się przerwać serię siedmiu porażek, ale ich gra wcale nie była dobra. Była wręcz fatalna. Zagrali na ledwie 39%. Fakt, że kiedy wygrywali na początki stycznia czy też w grudniu, notowali skuteczność ponad 50% z gry. James Harden nie jest zupełnie sobą. Owszem znowu zdobył najwięcej pkt dla swojej ekipy (29 pkt), ale wynika to bardziej z faktu, że większość zagrywek ofensywnych ustawiana jest pod niego. Nie trafił on trójki już od dwóch spotkań, a w ostatnich czterech meczach notuje koszmarną skuteczność w tym elemencie gry 4-27!!! (1-8 z Dallas, 3-7 z Indianą, 0-7 z Minnesotą i dziś  0-5). Trafił tylko pięć rzutów z gry na 20 prób i zebrał aż pięć czap… Jego forma ewidentnie spadła.

W przeciwnej ekipie mecz życia zagrał Kemba Walker. Zdobył 35 pkt trafiając 6 trójek na 7 rzutów. To jego najlepszy występ w jego dotychczasowej karierze w NBA. Pod koszem zaporą nie do przejścia był Bismack Biyombo, który zebrał 9 piłek i zablokował siedem rzutów rywali. Jego czapy na Linie czy Hardenie były prawdziwym pokazem jego potencjału defensywnego. Ma on olbrzymią szansę stać się graczem pokroju Dikembe Mutombo czy Serge Ibaki. Z pewnością bliżej mu do tych graczy niż przykładowo Hasheemowi Thabeet’owi, który posiada podobne warunki, ale spożytkować ich nie potrafi.

Na koniec jeszcze ciekawostka, że trójki Walkera były jedynymi jakie trafili w całym meczu gracze Babcats. Rakiety natomiast trafiły 10 rzutów z za linii 7,24 i to była zła wiadomość dla ich rywali. Charlotte mają bilans 1-18 z zespołami, które w starciach z nimi trafiają 10 lub więcej rzutów trzy punktowych.

HOUSTON ROCKETS (22-21) – CHARLOTTE BOBCATS (10-31)  100-94

(22-30, 23-26, 29-25, 26-13)

J. Harden 29 pkt, M. Morris 21 pkt, C. Delfino 16 pkt – K. Walker 35 pkt, R. Sessions 19 pkt, H. Warick 10 pkt

 

Paweł Kołakowski

Od lat wierny kibic Houston Rockets i wielbiciel Charlesa Barkleya (głównie z czasów gry w Suns). Wychowany na transmisjach NBA w TVP2 wspominający z łezką w oku te godzinne transmisje w piątkowe popołudnia z komentarzem Szaranowicza i Łabędzia :). Ahh te lata 90-te :)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *