Blazers ponownie wyjeżdżają z Denver bez wygranej

Spotkanie pomiędzy Portland Trail Blazers i Denver Nuggets zapowiadało się na jedno z najciekawszych gier minionej nocy. Z jednej strony grająca szaloną koszykówkę drużyna George’a Karla z drugiej odradzająca się pod wodzą Damiana Lillarda ekipa z Oregonu. Kibice, którzy zdecydowali się obejrzeć to starcie na pewno nie żałowali, a po zaciętym spotkaniu zakończonym po dogrywce Nuggets pokonali rywali 115-111.

TeamMatchupsNuggetsBoards1

Rywalizacja szóstej z ósmą drużyną Konferencji Zachodniej na pierwszy rzut oka nie miała faworyta. Raczej zapowiadał się wyrównany pojedynek. Jeśli jednak spojrzymy na statystyki ostatnich meczów pomiędzy tymi teamami rozegranymi w Denver to więcej szans wypadałoby dawać gospodarzom, którzy z ostatnich 25 spotkań rozegranych w Kolorado przegrali z Portland tylko dwukrotnie.

Tym bardziej więcej szans wypadałoby dawać podopiecznym George’a Karla, że jego Nuggets przed tym meczem notowali serię pięciu spotkań bez porażki, a Trail Blazers w dwóch ostatnich gracz schodzili z parkietu w roli pokonanych.

Humory fanom „Świetlistych Smug” poprawiał natomiast fakt, że pierwsze starcie pomiędzy tymi zespołami w obecnym sezonie wygrali koszykarze z Portland. Wówczas w meczu rozegranym w Rose Garden było 101-93 dla graczy Terry’ego Slottsa.

Początek spotkania należał do graczy z Denver. Szczególnie aktywny był Ty Lawson, który szybko zanotował osiem punktów z czego sześć po akcjach trzypunktowych.  Żmudna praca pod atakowanym koszem LaMarcusa Aldridge’a pozwoliła jednak nadrobić ośmiopunktową stratę i dzięki dobrej końcówce (dwie trójki Lillarda i jedna Batuma) goście zakończyli pierwsze dwanaście minut z prowadzeniem 35-33.

O ile w drugiej odsłonie zawodnicy z Oregonu początkowo swoje akcje kończyli z bliskiej odległości od kosza to gracze Nuggets dzięki dobrej defensywie szybko przechodzili do kontr, a te efektownymi zagraniami kończył zwłaszcza Kenneth Farried.  Dopiero w końcowych minutach tej części gry dzięki Blazers przenieśli ciężar zdobywania punktów na dystans, ale zaprocentowało to celnymi rzutami z za linii 7,24 Damiana Lillarda czy Wes’a Matthews’a. Gospodarze jednak też nie odpuszczali i dzięki aktywności Farrieda oglądaliśmy grę kosz za kosz z obu stron. Do przerwy mecz stał na bardzo dobrym poziomie, a Nuggets przegrywali 54-57.

Trzecia kwarta była trochę słabsza od dwóch poprzednich. Gra była nieco wolniejsza, co pasowało bardziej zespołowi z Portland, którego podkoszowi gracze znacznie lepiej spisywali się w ataku pozycyjnym. Faried znakomicie radził sobie w szybkiej grze, ale kiedy Blazers uporządkowali trochę grę to Aldridge robił o wiele lepsze wrażenie. Silny skrzydłowy zarówno punktował jak i oddawał piłkę na obwód, gdzie dobre pozycje rzutowe na punkty zamieniali Batum czy Lillard. Obaj Ci gracze także często penetrowali strefę podkoszową. W ekipie Denver dobrą zmianę dał Wilson Chandler. Nie sposób zapomnieć o Danillo Galinarim, którego trójki cały czas trzymały wynik blisko remisu, a w końcówce szybka gra zespołu z Pepsi Center pozwoliła im zdobyć przewagę.  Po trzech kwartach prowadzili gospodarze 81-76.

Dwa efektowne dunki z początku czwartej kwarty pozwoliły odskoczyć podopiecznym Karla na 9 pkt. Później jednak znowu w ofensywie gości świetnie spisywał się Aldridge i w miarę upływu czasu dystans ten stopniowo się zmniejszał.  Na blisko 90 sekund przed końcem meczu po dwóch celnych rzutach wolnych Aldridge Nuggets prowadzili już tylko trzema punktami. Jeszcze ciekawiej zrobiło się kiedy Damian Lillard chwilę później zdobył kolejne dwa punkty dla Portland. Pół minuty przed końcem przy stanie 99-96 piłkę dostał Matthews i rzutem za trzy doprowadził do remisu, który utrzymał się już do końca. To oczywiście oznaczało dogrywkę i kolejne pięć minut walki.

W dogrywce znowu mecz był bardzo wyrównany. Żadna z drużyn nie odskoczyła na więcej niż na dwa punkty, aż do wyniku po 111. Wtedy to na niemal 15 sekund przed końcem meczu za trzy z rogu boiska trafił Wilson Chandler i ustawił  swój zespół w bardziej komfortowej pozycji. Kolejna akcja należała do „Świetlistych Smug”, ale trójka Lillarda celu nie doszła, a jego koledzy musieli szybko faulować rywali. Ty Lawson trafił jeden rzut osobisty z dwóch i jego zespół ostatecznie wygrał z Portland Trail Blazers 115-111.

Najlepszy w szeregach Portland był LaMarcus Aldridge, który zdobył 28 punktów. Równie dobrze radził sobie drugi podkoszowy z wyjściowego składu Blazers – J.J Hickson. Gracz ten zaliczył double double notując 13 zbiórek i 19 punktów. Dobre zawody zagrał też Damien Lillard, który zakończył spotkanie 16 pkt oraz 8 zbiórkami. Zabrakło jednak trochę tego błysku, który widzieliśmy w jego grze w poprzednich spotkaniach, ale mimo wszystko mecz z Nuggets debiutant może zaliczyć na plus.

Dla Nuggets czołową postacią był Danillo Gallinari. Włoch miał 25 pkt z czego trzykrotnie na sześć prób trafił za 3 pkt. Kenneth Faried i Ty Lawson zaliczyli dwucyfrowe zdobycze. Pierwszy z nich miał 21 pkt i 11 zbiórek, a playmaker gospodarzy oprócz 24 punktów rozdał 12 asyst.

PORTLAND TRAIL BLAZERS (20-18) – DENVER NUGGETS (24-16) 111-115 OT

(35-33, 22-21, 19-27, 23-18, 12-16)

L. Aldridge 28 pkt, N. Batum 22 pkt, J.J Hickson 19 pkt – D. Gallinari 25 pkt, T. Lawson 24 pkt, K. Faried 21 pkt.

 

 

Paweł Kołakowski

Od lat wierny kibic Houston Rockets i wielbiciel Charlesa Barkleya (głównie z czasów gry w Suns). Wychowany na transmisjach NBA w TVP2 wspominający z łezką w oku te godzinne transmisje w piątkowe popołudnia z komentarzem Szaranowicza i Łabędzia :). Ahh te lata 90-te :)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *